Komentarze:
saves
Kredyciki!!!! Ludzie chcą się pokazać i zakładają sobie tę podstępną pętlę na szyje. Czy naprawdę każdy musi mieć 120m mieszkanie, BMW M5 i wakacje na Seszelach (oczywiście na kredyt)? Żyję na poziomie na jaki mnie stać, nie mam kredytów, a dzień w którym się budzę i nic mnie nie boli, już uważam za udany i wspaniały.
------------------------------------
sushi2010
Bardzo wazna rzecz, na jaka zwrocono w artykule, to to ze czlowiek jest jednostka spoleczna i potrzebuje innych ludzi. Musimy, (my jako Polacy, bo mamy z tym troche problem), nauczyc sie zyc ze soba w zgodzie i przyjazni. To sie zaczyna od drobnych zyczliwosci na ulicy, w sklepie, w pracy. Nasze zycie jest wplecione w zycie innych ludzi, razem tworzymy wielka pajeczyne, jak ktos szarpnie z jednej strony, to ktos inny poczuje z drugiej. Musimy nauczyc sie siebie lubic, usmiechac sie do siebie, pomagac sobie. Jesli mam w komorce tylko dwa numery, to bede czekac na wiesci tylko od dwoch numerow, jak mam 20 numerow (ergo wiecej znajomych), to zawsze ktos zadzwoni, zawsze z kims sie moge spotkac. To wazne, zeby dbac o naszych przyjaciol i pozwalc im na czesta obecnosc w naszym zyciu.
Inna sprawa, ze przydalby sie nam, tak jak we Francji, zakaz dzwonienia do pracownikow po 6 wieczorem. We Francji szef nie moze dzwonic do swoich pracownikow po 6, jest to nielegalne, nie moze tez wysylac mejli. Prawo rozgranicza czas na prace i czas na rodzine i przyjaciol. Moze kiedys tez doczekamy takiego przepisu w Polsce.
=========================
Polak nie daje rady
Mamy ładne mieszkania, dobre samochody, płaskie telewizory i zagraniczne wakacje. I tyle samo co na Zachodzie depresji, psychoz, samobójstw oraz brutalny rynek pracy
A by nadążyć za światem, stawiamy sobie coraz bardziej wyśrubowane cele. Musimy być lepsi i płacimy za to najwyższą cenę. Ze swoimi zasobami odporności psychicznej i możliwością reakcji na stres jesteśmy nieprzystosowani do zmian, które wokół nas zachodzą. Ale rozwój odbywa się kosztem naszego życia. Kontakty z ludźmi są płytsze i ograniczone czasem.
Kto z nas pracuje osiem godzin? Zostajemy po godzinach, bierzemy pracę do domu. Siedzimy do drugiej w nocy. Jesteśmy niedospani. Żyjemy syndromem piątku. Czego nie zrobiliśmy przez pięć dni, to w piątek wieczorem zaplanujemy, jak to nadgonimy przez weekend. A od poniedziałku znów zastanawiamy się, jak zadowolić szefa, który będzie oczekiwał nowych pomysłów.
Jesteśmy jednym z najdłużej pracujących narodów w Europie. Chcąc nadgonić dystans do Zachodu, poświęcamy czas potrzebny na regenerację i życie osobiste.
Kraj ze szkodliwymi warunkami
- Z powodu zaburzeń psychicznych leczy się dziś dwa razy więcej Polaków niż na początku lat 90. Pyta pani, czy dzieje się tak dlatego, że leczenie jest bardziej dostępne, a szpitale na tym zarabiają? Większa liczba chorych wynika z narastania zagrożeń cywilizacyjnych. Powierzchowne relacje z innymi ludźmi, osamotnienie, bezrobocie, emigracja zarobkowa, pogoń za pieniędzmi, narastanie konkurencji pracowniczej, mobbing, brak ochrony socjalnej.
W relacjach zaczyna dominować agresja będąca wynikiem osobistej frustracji - niezaspokojonych potrzeb, szukania winnych, "że znowu innym wyszło, a nie mnie".
Podam pani kilka liczb:
* Między 1990 a 2004 r. częstotliwość rozpoznań zaburzeń psychotycznych (czyli m.in. schizofrenii, psychozy) wzrosła o 85 proc., a zaburzeń niepsychotycznych (np. lękowych, związanych ze stresem) o 220 proc. (raport Narodowy Program Zdrowia Psychicznego z 2009 r.).
* Polacy biorą też coraz więcej leków antydepresyjnych. W 2001 r. wykupiono 10 mln opakowań takich leków, a w 2009 r. już 13 mln (dane IMS Health).
* W 2012 r. 85 proc. Polaków stwierdziło, że warunki życia w naszym kraju są szkodliwe dla zdrowia psychicznego (badanie CBOS).
* W Polsce w 1989 r. życie odebrało sobie 3657 osób, a w 2013 r. 6097. W PRL byliśmy mniej samotni. Dziś pozostajemy sami z problemami psychicznymi. Zwykle to najbliżsi namawiają albo wręcz prowadzą chorego za rękę na wizytę u psychiatry.
Teraz te więzi są słabe. Pomoc nie przychodzi na czas. Samobójstwo staje się jedynym sposobem rozwiązania sytuacji beznadziejnych. Byle skończyć z życiem w zagrożeniu i napięciu.
Przed transformacją w 1989 r. depresji było znacznie mniej. Mieliśmy przede wszystkim problem z uzależnieniem od alkoholu. Frustrację ludzi budziło to, że tracą energię na użeranie się z absurdalnymi sytuacjami, jak kolejki, cenzura, pustki w sklepach. Tempo życia było wolniejsze. Gdy życie przyspieszyło, pojawiło się poczucie lęku, że nie zdążymy, że rozczarujemy, że przegramy. Mózg pracuje na wyższych obrotach i jeśli ten stan utrzymuje się latami, to nie wytrzymujemy.
Dla większości Polaków transformacja dała nadzieję na lepsze życie i sukces. Ale dla całkiem sporej grupy Polaków tamta zmiana niosła ze sobą poczucie lęku. Grupa około miliona osób związanych z PZPR, służbami, władzą plus ich rodziny, czyli w sumie z 5 mln ludzi, zaczęła się bać o to, co będzie, jak żyć z niewiadomą jutra. W społeczeństwie funkcjonowali z piętnem ludzi przegranych. Ich dzieci słyszały: "Na tych drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści", i traciły poczucie bezpieczeństwa.
Niewielu interesowało też, co dzieje się w odrapanych popegeerowskich blokach. A tam wielka grupa ludzi z dnia na dzień straciła poczucie stabilności ekonomicznej, bezpieczeństwa socjalnego. Ludzie ci zaczęli żyć w przekonaniu, że są niepotrzebni.
Trudno w nowej Polsce miały też osoby mniej przedsiębiorcze, które nie rozumiały nowych zasad gry rynkowej. Uciekały np. na rentę, popadając w coraz większy stres i degradację zdrowia.
Przypomniała mi pani moje słowa sprzed prawie 20 lat: "Łatwo jednej lub drugiej stronie wywołać stany społecznego lęku, przerażenia przed konkretnym zagrożeniem - choćby przed władzą politycznych przeciwników". Część społeczeństwa wciąż reaguje histerycznie na sytuację polityczną, a wzajemne przepychanki wskrzeszają lęki społeczne.
Politycy wykorzystują ten sam sprawdzony mechanizm: straszą sobą nawzajem, rozbudzają nadzieję na zmiany, wykazują niespełnione obietnice przeciwników, przypominają niezaspokojone potrzeby. To budzi frustrację w społeczeństwie, nasila uprzedzenia i agresję. Podatne są na to osoby, które wychowane były w postawie, by winy za własne niepowodzenia szukać na zewnątrz. Szukają grup społecznych, które mogą uznać za wroga i obwinić za nieszczęścia.
W latach 90. byli to komuniści i postkomuniści, jak zawsze dyżurni Żydzi, dzisiaj doszły nowe ofiary: geje, lesbijki, obcy. Ta agresja buzująca w społeczeństwie szuka ujścia, ostatnio na pogrzebie gen. Jaruzelskiego.
Chcieliśmy dogonić Europę. I doganiamy
- Czy 25 lat temu zaczęliśmy układać nasz świat w zły sposób? Nie dało się inaczej. Chcieliśmy dogonić Europę w standardzie codziennego funkcjonowania. Mamy ładne mieszkania, dobre samochody, płaskie telewizory i zagraniczne wakacje. Ale też podobną liczbę depresji, psychoz, samobójstw i brutalny rynek pracy. Trudniej nam sobie radzić z tymi problemami, bo w porównaniu z Zachodem jesteśmy wciąż za biedni, by państwo gwarantowało nam na właściwym poziomie dostęp do opieki zdrowotnej, do nowoczesnych leków, do opieki socjalnej.
Pyta pani, czy to oznacza, że kapitalizm przyczynia się do rozwoju depresji? Istota kapitalizmu, czyli prywatna własność środków produkcji, na pewno nie. Ale to, co nam przyniósł, czyli konkurencję rynkową, ten wyścig szczurów, poczucie niepewności zatrudnienia, może wpływać na rozwój stanów depresyjnych. W przypadku pojedynczego człowieka lęki i poczucie niepewności powodują, że koncentruje się on tylko na sobie, przestaje myśleć przyszłościowo i prospołecznie.
Powszechność takich odczuć prowadzi do bierności społecznej i ma to swoje konsekwencje nie tylko w niskiej wyborczej frekwencji. Obniżenie przyrostu naturalnego to właśnie pochodna stanów lękowych i koncentracji na sobie: nie zdecyduję się na dziecko, skoro nie jestem pewny jutra.
Kobiety chorują na depresję dwa razy częściej niż mężczyźni. Są obciążone taką liczbą zadań, że nie wytrzymują. Presja na sukces w pracy, dzieci, dom i często główny ciężar ekonomicznego dbania o rodzinę. Aby zapewnić najbliższym bezpieczeństwo, kobieta pójdzie sprzątać za ledwo ponad 1000 zł. I tego nie wytrzymuje. A ilu młodych mężczyzn siedzi w kasach w marketach? Zdrowych, wykształconych, dwa lata szukali dobrej pracy i nic.
Mają poczucie krzywdy, bezsensownie włożonego trudu w zdobycie wykształcenia. A jeśli żona ma podobną pracę? Biorą chwilówki, a potem pożyczają od rodziny, aby je spłacić. Czy ci ludzie mogą być szczęśliwi, mieć poczucie sukcesu? Raczej żyją ze stałym poczuciem lęku i z przekonaniem, że będzie jeszcze gorzej.
Około 40 proc. młodych Polaków wymaga finansowej pomocy rodziców. W wieku moich dzieci miałem pracę i byłem samodzielny. Dziś młodzi mają umowy śmieciowe, dorywczą pracę i brak perspektyw na bezpieczeństwo socjalne w przyszłości. To ogromna część społeczeństwa, która żyje bez poczucia własnej wartości. Cały problem polega na tym, że aby odbudować tę wiarę, najpierw muszą dostać szansę. A nie każdy ją dziś dostanie. Jak więc mają uwierzyć, że coś się zmieni?
Inni do emerytury będą spłacać kredyty na mieszkanie. Kiedyś młodzi gnieździli się w małych mieszkankach z rodziną, dziś są na swoim, choć kosztem kredytu. To poczucie na wielu wpływa fatalnie. Nie śpią po nocach, bo obawiają się, że stracą pracę, bank zabierze mieszkanie, a zobowiązanie jest na całe życie. Najpierw bezsenność, w dalszej kolejności depresja, lęki, uzależnienia, inne cywilizacyjne choroby somatyczne: nowotwory, choroby serca, cukrzyca.
Zwraca pani uwagę na to, że depresja to także problem krajów skandynawskich, gdzie tempo życia jest wolniejsze, poziom życia wysoki, zabezpieczenia socjalne doskonałe. Tam rozwojowi depresji sprzyja, jak się uważa, mniejsze natężenie światła słonecznego, bo to obniża poziom melatoniny, co zaburza zegar biologiczny. Swoje robi też zapewne sposób życia Skandynawów, tak odrębny od modelu europejskiego. Są poważni, refleksyjni, przyzwyczajeni do samotności. Często żyją w dużych odległościach od siebie. Wtedy trudniej rozładowywać emocje, koić lęki.
Trend coraz powszechniejszej zapadalności na depresję jest ogólnoświatowy, a przyczyny złożone.
Szacuje się, że na depresję choruje od 1,5 miliona do 3 milionów Polaków. Milion łyka leki antydepresyjne. Światowa Organizacja Zdrowia przewiduje, że w najbliższych latach depresja będzie najczęściej występującą chorobą. W gabinecie mam sportowców, menedżerów, prawników, rolników, milionerów w średnim wieku i młodych bezrobotnych. Mówią: "Nie wiem, jak sobie poradzić". Coraz częściej chorują młodzi, aktywni, z sukcesami.
źródło:
http://wyborcza.pl/magazyn/1,139105,161 ... _rady.html