Komentarze:
strach_sie_bac
Typowy mongoł ruski, do tego zespól downa. Takie właśnie kacapy mordują Ukraińców. Co im szef powie to jest słuszne i trzeba zabijać. Nie żal, jedno ścierwo mniej w czołgu.
--------------------
perkis1234
Zrywają oznaczenia, identyfikatory. Giną bezimiennie jak zwykłe psy. Bo Rosjanie to psy i władze Rosji tak właśnie traktują własnych żołnierzy.
cyt. ,,- Sam nigdy nie widziałem żadnych Polaków. Ale mówiono nam, że tu są - stwierdza Rosjanin." oraz "Wjeżdżamy czołgami do Doniecka, a w radiu mówią, że nie ma tu wojny" Jedna i druga informacja jest z tego samego źródła. Druga została sfalsyfikowana więc jaki wniosek wyciąga inteligentny człowiek. Widać kacap się nie uczy.
---------------------
panzerfaust39
Ruscy najwięksi masowi ludobójcy bezustannie wycierają sobie zapijaczone ryje pokojem! Zawsze robili wszystko w imię pokoju rabowali gwałcili mordowali palili dziesiątki milionów ludzi wysłali do obozów i gułagów też w imię pokoju nawet na defiladach czołgi na pancerzach miały wypisany pokój
=============================
"Wjeżdżamy czołgiem na Ukrainę, a w radiu mówią, że tu nie ma wojny". Opowieść rosyjskiego żołnierza
Dorży przejechał 6 tys. km z Syberii, by walczyć na Ukrainie. Jak twierdzi - na ochotnika. Został ciężko ranny w bitwie w "debalcewskim kotle". W szpitalu rozmawiali z nim dziennikarze "Nowej Gaziety". - Szkoda Ukraińców, ale nie najemników z Polski - mówi Dorży.
Dorży Batomunkujew należy do 5 Brygady Pancernej z Ułan-Ude, dużego miasta w okolicach Bajkału. Jesienią został wysłany na "szkolenie" - wiedział jednak, że w ramach tego szkolenia może trafić na Ukrainę. Jego historię opisuje rosyjska "Nowaja Gazieta".
Po 10 dniach drogi i prawie 6 tys. km Dorży wraz z resztą oddziału znalazł się w ośrodku szkoleniowym w Rostowie, tuż przy ukraińskiej granicy. Stamtąd, po 3 miesiącach, został wysłany do Donbasu - chociaż miał możliwość odmowy.
Jedenaście dni później, 19 lutego, jego czołg zniszczono w bitwie, a Dorży trafił z ciężkimi poparzeniami do szpitala w Doniecku. Tam dziennikarze "Nowej Gaziety" przeprowadzili z nim wywiad.
"Kazali nam zamalować oznaczenia na czołgach"
- Nikt nas nie zmuszał, żeby pojechać. Jeszcze w Ułan-Ude jeden z oficerów odmówił - powiedział rosyjski żołnierz. Takich, którzy nie chcieli jechać, miało być więcej. Według relacji Dorżego ci, którzy się zgodzili - w sumie ok. 300 żołnierzy - zostali przetransportowani do bazy wojskowej w Rostowie. - Byli wśród nas i doświadczeni wojskowi na kontraktach, i poborowi - mówi Dorży.
Szkolenie trwało trzy miesiące. Nikt nie wspominał o Ukrainie, ale ponoć wiadomo było, że tam mają trafić po zakończeniu treningu. Jeszcze w Ułan-Ude żołnierze zamalowali oznaczenia armii rosyjskiej na czołgach i innym sprzęcie. - Później kazano nam zerwać identyfikatory z mundurów - powiedział Dorży.
"8 lutego. Pierwszy stopień gotowości"
Jak twierdzi Batomunkujew, pod koniec szkolenia w bazie pojawili się oficerowie, mówiący, że za tydzień żołnierze będą wracać do domu. - Czołgi będą zabrane pociągiem, a wy polecicie samolotem - tak nam mówili. 12 godzin i jesteście w Ułan-Ude - relacjonuje żołnierz.
Żaden z oficerów nie wspominał o Ukrainie. - Ale nie było potrzeby. Każdy rozumiał, o co chodzi - dodaje Rosjanin. Kilka dni później, 8 lutego, padł jednak rozkaz "pierwszy stopień gotowości". - Kiedy opuszczaliśmy bazę, musieliśmy zostawić tam dokumenty i telefony - opowiada Dorży.
W wywiadzie Rosjanin mówi, że jego jednostka składała się z 31 czołgów. Na każde dziesięć przypadały trzy BMP (wozy bojowe piechoty), jeden pojazd medyczny i pięć ciężarówek Ural wiozących amunicję.
"Wjeżdżamy czołgami do Doniecka, a w radiu mówią, że nie ma tu wojny"
- Jechaliśmy nocą. W pewnym momencie zobaczyliśmy napis: DNR (Doniecka Republika Ludowa). O, jesteśmy już na Ukrainie - pomyśleliśmy - relacjonuje Dorży. Według "Nowej Gaziety" ta jednostka pancerna została skierowana do wsi Longinowo, w okolicach Debalcewego. Czołgi posłużyły do zamknięcia "debalcewskiego kotła".
Jak mówi Batomunkujew, któryś z żołnierzy - mimo zakazu - wziął ze sobą telefon. Wojskowi słuchali za jego pomocą radia "Sputnik". - Na antenie dyskutowano, czy jest wojna na Ukrainie. I wszyscy goście twierdzili, że nie, nie ma wojny - opowiada żołnierz.
- Wiedzieliśmy, że to kłamstwo. Ale kto miałby to powiedzieć otwarcie? - mówi Dorży. Usprawiedliwia władze Rosji, twierdząc, że przecież NATO też jest zaangażowane w konflikt i zapewnia broń Ukraińcom.
"Mieliśmy strzelać do każdego, kto się pojawi. Amunicji było dosyć"
- Nie wyjaśniono nam szczegółów. Pokazano, gdzie zająć pozycje, gdzie prowadzić ogień. Jeśli ktoś się pojawił w polu widzenia, mieliśmy strzelać - relacjonuje Dorży w wywiadzie.
Według czołgisty nie było trudno trafiać. - Mój czołg był bardzo dobry. T-72b z peryskopem pozwalającym na celowanie po ciemku. A ja wiedziałem, jak używać tego sprzętu - stwierdza. - Nie żałowaliśmy pocisków. Amunicji było dosyć - dodaje czołgista.
Według jego relacji donieccy separatyści w niewielkim stopniu uczestniczyli w walkach. - Zajmowali pozycje i odmawiali ruszenia dalej. Do nas należało prowadzenie natarcia - opowiada Batomunkujew.
Czołg, w którym walczył Dorży, został trafiony. - Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem ogień. Myślałem - wszyscy zginęli. Ale ja mogłem się ruszać, więc żyłem - wspomina żołnierz. Po tym zdarzeniu z ciężkimi poparzeniami trafił do szpitala.
"Ukraińców żal, ale najemnicy z Polski przyjechali z własnej woli"
Jak mówi żołnierz, nie jest dumny z zabijania i dokonywania zniszczeń. - Ale to wszystko robimy w imię pokoju, dla dobra obywateli, dzieci, starszych - twierdzi.
Mówi, że w pewnym momencie był przerażony tym, co robi. - W końcu uświadamiasz sobie, że po drugiej stronie jest taki sam człowiek - stwierdza Dorży. - Z drugiej strony to także twój wróg - dodaje.
Rosjanin mówi, że żal mu z powodu Ukraińców, którzy zginęli, ponieważ oni musieli walczyć. - Obwiązywały ich rozkazy - mówi. Dodaje, że nie żal mu rzekomych "polskich i czeczeńskich najemników", ponieważ są tam oni z własnej woli i z pobudek ideowych. - Sam nigdy nie widziałem żadnych Polaków. Ale mówiono nam, że tu są - stwierdza Rosjanin.
"Jedzenia i picia od miejscowych nie braliśmy, bo mogło być zatrute"
Według relacji żołnierza w niektórych miejscach dowódcy informowali, że nawet 70 proc. ludności w Makiejewce może popierać Ukrainę i należy mieć się na baczności. Najlepiej z nikim nie rozmawiać. - Mieszkańcy zaproponowali nam poczęstunek, ale nic nie zjedliśmy. Baliśmy się trucizny - opowiada Dorży.
- Kiedyś w czołgu udało nam się złapać fale ukraińskiego radia. Mówili w nim, że chcą zabić nas wszystkich, że Czeczeni odetną nam głowy - twierdzi żołnierz.
"Co zrobią z tą niepodległością? Będzie plan 5-letni?"
Rosjanin uważa, że interwencja na Ukrainie była usprawiedliwiona. - Widzieliśmy w wiadomościach wybory na Ukrainie, rewolucję, to co działo się w Odessie i Mariupolu - ludzie płonęli [w Odessie w maju 2014 r. zginęło kilkadziesiąt osób, głównie prorosyjskich demonstrujących - red.] - mówi Dorży.
Czołgista postrzega zbliżenie Ukrainy do Zachodu jako zagrożenie dla jego kraju. Twierdzi, że gdyby Ukraina wstąpiła do Unii, to pojawiłyby się tam europejskie wojska, które wywierałyby presję na Rosję.
Mówi, że w rozmowach z żołnierzami podkreślano, iż DNR ma prawo do niepodległości. - Ale co zrobią, kiedy już dostaną tę niepodległość? Tam nie ma gospodarki, a bez gospodarki nie ma nic. Wprowadzą plan pięcioletni, jak za Stalina? - zastanawia się Rosjanin.
"Wszystko dobrze, mamo, mam tylko trochę poparzeń"
Dorży nie wie, czy jego rodzina otrzyma pieniądze od rządu za to, że został ranny na wojnie. - W Rosji, gdy pojawia się temat pieniędzy, nagle nikt nic nie wie - stwierdza żołnierz. Twierdzi jednak, że nie żałuje swojej decyzji, bo uważa, że walczył w słusznej sprawie.
W szpitalu w Doniecku pozwolono mu zadzwonić do rodziny. - Odebrała mama. Mówiła, że wszystko dobrze, była wesoła. Powiedziałem, że u mnie też OK. Tylko mój czołg spłonął, jestem trochę poparzony. Jej głos się zmienił. Rozłączyłem się - mówi dziennikarzom wojskowy.
- Putin to ciekawy człowiek. Cwaniak. Z jednej strony mówi światu, że nie walczymy na Ukrainie, a z drugiej - wysyła tam żołnierzy - dodaje Dorży.
"Ministerstwo zapłaci za leczenie"
Według "Nowej Gaziety" Dorży Batomunkujew wraz z dwoma innymi żołnierzami został przeniesiony z Doniecka do szpitala wojskowego w Rostowie. Nie figuruje jednak w oficjalnym spisie pacjentów przyjętych na oddział. Gazeta twierdzi, że nikt z jednostki, w której służył Dorży, nie kontaktował się ani z nim, ani z jego rodziną.
Matka żołnierza sama więc pojechała do jednostki. Tam powiedziano jej, że jej syn jest na liście żołnierzy, których wysłano na Ukrainę. W związku z tym rosyjskie ministerstwo obrony ma zapłacić za jego leczenie. "Nowaja Gazeta" pisze, że Dorży kontaktuje się ze swoją rodziną dzięki uprzejmości innych pacjentów oddziału, którzy pożyczają mu telefon komórkowy.
źródło:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/ ... 15936.html