W tym artykule nie jest denerwujące, to ile mają dzieci. Mogą mieć ich setkę. Tylko to że ich na to nie stać. Żyją na koszt gminy. A najstarsza córka marzy o mieszkaniu z gminy a nie z rąk własnej pracy. I to jest tragedia, że rodzice nie dali swoim dzieciom poza życiem nic, bo chyba nie są wykształcone na tyle by sobie zapracować na lokum same. No i ten światopogląd, że po wszystko można iść do gminy czyli żyć na kredyt paąstwa. Dla mnie to patologia. ----------------------------------- ~radzio
_z do ~marian:
Cieszyć się z czego? Że ktoś ma postawę roszczeniową i życie pośrednio na mój koszt? A może z tego ze dzieci wychowane w takiej rodzinie, jedyne co będą potrafiły i do czego będą dążyły to spłodzenie dużej ilości dzieci i proszenie "systemu" o pomoc? Już widać ze najstarsza córka idzie tym schematem. Większość z nas planuje swoje życie, planuje bo musi. Ale są tacy którzy idą na żywioł na zasadzie jakoś to będzie, a potem wyciągają do Paąstwa ręce po pomoc. Ale Paąstwo to my, my wszyscy którzy na to Paąstwo pracujemy. No i to Paąstwo na zasadzie że nawet psu nie daje się zdechnąć z głodu pod mostem, się nad takimi przypadkami lituje, ale kosztem wszystkich którzy na to ciężko pracują. Jakbyś razem z 10 innymi osobami wynajmował mieszkanie i jedna z współlokatorek urodziłaby dziecko, po czym oświadczyła że nie stać ją na wynajem "bo ona ma dziecko", to chciałbyś razem z innymi zacząć ją utrzymywać? ===========================

- A niech gadają, ja swoje wiem. Co komu do tego, ile dzieci rodzi. Nieraz jedno się w rodzinie pojawi, a zabiedzone i chore. Ja urodziłam szesnaścioro, a każde zdrowe i ważne. Osiem dziewczynek i ośmiu chłopaków. Po równo! - śmieje się 49-letnia Grażyna. W budynku po starej, zniszczonej szkole, gdzie mieszka rodzina Życiąskich (zobaczcie zdjęcia z rodzinnego albumu), jest gwarno i tłoczno. Jest też kolorowo i schludnie. Ze ścian w żywych i jasnych kolorach śmieją się postaci z bajek. Łóżka zaściełane, ubrania w szafach. Na podwórku wymiecione jak w izbach. Każda rzecz i przedmiot mają swoje miejsce. Nic się wala, o nic nie trzeba się potykać. Przed domem zadbany ogródek. Rabaty kwiatów i figurki z drewna. Własnej roboty. - Lubię ład wokół siebie, porządek. Dzieci tak nauczone, że zaraz po sobie sprzątają. Starsze pomagają młodszym. Nieraz ludzie przychodzą i się dziwią, że u nas tak czysto zawsze. A jak mam być, gdy taka gromada w domu! Proszę sobie wyobrazić, gdyby córki zaraz naczyą po obiedzie nie umyły, albo pranie zalegałoby w łazience. Jeden taki dzień i mam "sajgon"! U nas każdy wie, co ma do zrobienia. Dziewczyny swoje obowiązki, chłopcy swoje. Nawet mówić niewiele im trzeba - chwali dzieci matka. Grażyna i Wiesław są małżeąstwem od 28 lat. W starej szkole, w Buczku mieszkają od siedemnastu. Wcześniej, z ósemką drobnicy gnieździli się na pokoju u teściów. Ciasno było, niełatwo, ale wspomnienia są dobre. I rodzice, i teściowie pomagali w odchowaniu gromadki. Grażyna złego słowa nie powie na bliskich. - Nigdy nie usłyszeliśmy od nich, że nam się dzieci za dużo urodziło. Że wystarczy. Trzeba było pomóc, to pomogli. Jak wójt gminy Jeżewo wynajął nam budynki po szkole w Buczku, czułam się, jakbym Pana Boga za nogi złapała. Z Wieśkiem dostaliśmy wiatru w żagle. Zakasaliśmy rękawy, do pracy w obejściu, do remontów. W Buczku przyszła na świat kolejna ósemka dzieci. Co rok prorok, śmieliśmy się z mężem. Grażyna ma taką zasadę, że na tematy intymne nie rozprawia. A tematem intymnym są ciąże i porody. - Co tu mówić? Ciąże znosiłam dobrze. I dzięki Bogu, bo pracować mogłam. Nie leżałam, nie pieściłam się ze sobą. Połowę dzieci urodziłam sama, w domu. Zanim karetka dojechała, maluszek był już na świecie. Przy tych późniejszych porodach to było mi nawet łatwiej, bo starsze dziewczynki pomagały pielęgnować noworodka. Wystarczyło, że maluch buzię w podkówkę zrobił, a już ktoś ze starszaków na ręce go wziął albo herbatkę podał. Do "salonu" rodziców zagląda Wiesław. Na chwilę, bo zaraz trzeba w obejściu czegoś dopilnować. Synowie nie odstępują ojca na krok. W roboczych ubraniach krzątają się razem po podwórzu. Tną drewno na zimę, doglądają zwierząt, czyszczą maszyny. Dziewczyny przy matce, w kuchni i przy młodszych dzieciach. Taki podział wychodzi im samoistnie. Nie ma rozpraw o równouprawnieniu i feminizmie. Za to o szkole, o stopniach, o planach na przyszłość i zwykłych, codziennych bolączkach. A teraz chwila, w której gościom zawsze robią się okrągłe oczy. Mama Grażynka wymienia po kolei imiona i daty urodzin dzieci, ale też imiona pięciorga już wnucząt.












