
Akumulatory cynkowo-powietrzne: będzie taniej, wydajniej i bezpieczniej niż z Li-Ion

Ostatnio zmieniony 30 lip 2014, 20:57 przez NEVIL, łącznie zmieniany 1 raz.

Drapacz chmur, który smaży jajka
W sercu londyńskiego City oddano do użytku w stanie surowym 37-kondygnacyjny budynek. Inwestycja pochłonęła 361 mln dol. Drapacz chmur ze względu na swój oryginalny kształt został nazwany przez londyńczyków Walkie-Talkie (u podstawy jest węższy niż u szczytu).
Wędrująca plama słońca
Podczas słonecznej pogody w ubiegłym tygodniu (29 stopni C) okazało się, że budynek ma niezwykłe właściwości i zasługuje na miano opiekacza, zapalniczki, frytkownicy.
Wyłożona szkłem południowa elewacja budynku zadziałała jak soczewka. Efekt? W ciągu dwóch - trzech godzin wzdłuż budynku przesuwała się plama skumulowanych promieni słonecznych.
Energetyczna wydajność wieżowca jest imponująca. Wędrująca plama stopiła karoserię luksusowego jaguara, stojącego na pobliskim parkingu, podpaliła drzwi do zakładu fryzjerskiego i uszkodziła wykładziny w wietnamskiej kafejce.
Wieści szybko się rozeszły. Budynek zaczął przyciągać tłumy londyńczyków, turystów oraz dziennikarzy, którzy ugotowali tam wiele jajek i usmażyli jajecznicę. Podjęto nawet próbę usmażenia steku. Najwyższa odnotowana temperatura tego cieplnego fenomenu to 117 st. C.
Ali Akay, właściciel zakładu fryzjerskiego, powiedział, że słońce w pewnym momencie było na niebie w takiej pozycji, że spowodowało efekt soczewki na drzwiach jego zakładu i wywołało pożar. - My tu sobie pracujemy, a nagle widzimy, że spod dywanu wydobywa się dym. Próbowaliśmy ugasić ogień. Dopiero wtedy klienci powiedzieli nam, co się dzieje - mówił dziennikarzom Ali Akay. - A przecież nikt nie przyjdzie do zakładu, kiedy płoną w nim drzwi wejściowe. To poważna sprawa. Zagraża zdrowiu i bezpieczeństwu ludzi. Takie rzeczy powinno się przewidzieć wcześniej, zanim drapacz chmur zbudowano - dodaje.
Podobne problemy miała Diana Pham, właścicielka wietnamskiej restauracji. - Było bardzo gorąco. Zrobiło się przeraźliwie jasno. Myśleliśmy, że coś się zapaliło w restauracji. Dopiero przychodzący goście powiedzieli nam, co się dzieje - opowiadała Pham. - Przysmażyła się wykładzina i tapety.
Poszkodowani biznesmeni i właściciel auta są wściekli. Zapowiadają, że będą dochodzić swoich praw. Podnoszą też, że zjawisko jest niebezpieczne dla zdrowia przechodniów.
Reakcja deweloperów była natychmiastowa. Zgłosili problem do rady Londynu. Zobowiązali się także do wykonania prac, które zapobiegną możliwym szkodom. Z przeprowadzonych przez deweloperów analiz wynika, że przy słonecznej pogodzie cały ten fenomen może potrwać jeszcze ok. dwóch - trzech tygodni, po dwie - trzy godziny dziennie.
Zagotował wodę w basenie
Rada Londynu zgodziła się, by deweloperzy ustawili ekrany osłaniające ulice przed skupionymi przez budynek Walkie-Talkie promieniami słonecznymi.
Deweloperzy zapewnili również, że będą szukać rozwiązań długoterminowych. Stwierdzili, że są w intensywnym kontakcie z poszkodowanymi biznesmenami. Zadbali też, by trzy miejsca z tego eksponowanego parkingu zostały wyłączone z użytku.
Trzeba jednak wiedzieć, że deweloperzy zamówili projekt budynku u urugwajskiego architekta Rafaela Vinoly. Ten zaś, jak się okazuje, miał już podobne problemy z zaprojektowanym hotelem Vdara w Las Vegas. Hotel ten w 2010 roku, korzystając z efektu soczewki, zagotował wodę w basenie i poważnie poparzył kilku gości.
źródło: http://www.ekonomia.rp.pl/artykul/70984 ... dynki.html

Człowiek jako platforma mobilna. Żyjemy w świecie 7 miliardów przyszłości
Nie istnieje jedna, a 7 miliardów wersji przyszłości urządzeą mobilnych, które każdy z użytkowników kreuje osobiście. Wszystko to sprawia, że coraz trudniej wyobrazić sobie dzisiaj życie bez takich urządzeą. Era komputerów stacjonarnych bezpowrotnie minęła - teraz rządzi komunikacja z dowolnego zakątka Ziemi bez ciągłego zerkania na stan baterii.
Podczas Intel Developer Forum 2013, które odbyło się standardowo w San Francisco, można było nie tylko popatrzeć przez dziurkę od klucza na świat przyszłości technologii Intela, ale także spotkać niezwykłych ludzi. Jedną z najbardziej charyzmatycznych i wyróżniających się postaci była dr Genevieve Bell, zatrudniona w Intelu antropolożka, której zadaniem jest analizowanie potrzeb konsumentów i interakcji, w jakie ze sobą wchodzą. Bell wyjaśniła, że człowiek zawsze był i będzie... platformą mobilną. - Technologie już od wieków zmieniają oblicze ludzkości. Na przyszłość rozwiązaą mobilnych wpływać będą nie tylko postępująca zgodnie z prawem Moore’a miniaturyzacja systemów przetwarzania danych, lecz także wzrost światowej populacji. Powinniśmy czerpać inspirację nie tylko z nowych możliwości technologicznych, ale również z potrzeb ludzi. Nie chodzi o kształtowanie jednej, lecz 7 miliardów wersji przyszłości - powiedziała Bell. Czytaj więcej na http://mobtech.interia.pl/raport-idf13/ ... gn=firefox ================= Komentarz internauty: ~pawel - 18.09
"Era komputerów stacjonarnych bezpowrotnie minęła" - Boże co za gamoą pisał ten artykuł, większej BZDURY w życiu nie słyszałem, dalej nawet nie czytam. A myślisz że na czym powstają te wszystkie aplikacje mobilne z których korzystasz marny redaktorzyno.... na smartfonie?? Setki tysięcy programistów siedzi na krzesełkach ze smartfonikami w rękach i dłubie po 1 literce kod?? Administratorzy sieci czy baz danych uruchamiają swój niebieski ekranik i wklepują komendy tekstowe po 1 literce na smartfonie? A może siedzą po 8h dziennie pochyleni nad tabletem? Kręgosłup by im siadł po kilku latach, tak samo jak i pracownikom wielu firm, którzy używają oprogramowania w pracy - księgowi, kadrowi, analitycy - oprócz modnego smartfona, mają tez co najmniej służbowego laptopa (ci bardziej mobilni), a wielu z nich komputer stacjonarny przy swoim biurku w firmie w której pracują. Przeciętny Kowalski który ma w domu laptopa jako komputer podstawowy i spędza nad nim więcej niż 2 godziny dziennie robi błąd i będzie miał niedługo problemy z kręgosłupem. Jeżeli musisz siedzieć tak długo przed kompem kup sobie lepiej stacjonarny. Jeżeli często podróżujesz i potrzebujesz zabrać ze sobą kompa - wtedy dopiero laptopa Czytaj więcej na http://mobtech.interia.pl/raport-idf13/ ... gn=firefox
Ostatnio zmieniony 24 wrz 2013, 21:49 przez NEVIL, łącznie zmieniany 1 raz.

Cyfrowe radio trochę na siłę
Niespecjalnie domagają się go słuchacze, a prywatni nadawcy wręcz go nie chcą, ale będzie.
I to za chwilę, bo pierwsze nadawane cyfrowo naziemnie stacje Polskiego Radia ruszą w dwóch miastach w październiku. Jaki sens ma cyfrowe radio naziemne? Przede wszystkim – podobnie jak cyfrowa telewizja – umożliwia nadawanie większej liczby stacji o zasięgu ogólnokrajowym (obecnie mamy ich siedem, w tym część ma niepełny zasięg, a możemy mieć nawet kilkadziesiąt). I właśnie m.in. spodziewaną poprawą zasięgu już posiadanych kanałów tłumaczy plan cyfryzowania radia publiczny nadawca. Poza tym, również jak w telewizji, cyfrowe radio można łączyć z dodatkowymi usługami (informacje o korkach ulicznych, pogodzie itd.).
Wdrażanie cyfrowego radia ma też jednak wiele wad, co dawno wypunktowali przeciwni mu prywatni nadawcy. Po pierwsze: jest kosztowne i to nie tylko dla samej branży, ale także dla słuchaczy, którzy nie mają dziś w domach i samochodach cyfrowych odbiorników. Wcale nie jest pewne czy będą chcieli kupować je tylko po to, by móc posłuchać kilku nowych kanałów, skoro od dawna mogą sobie do woli przebierać w stacjach internetowych.
Komercyjni nadawcy już wyraźnie powiedzieli (a nawet napisali we wspólnym oświadczeniu), że w dobie dominacji Internetu oraz słabej kondycji reklamowego rynku nie zamierzają wykładać dodatkowych pieniędzy na nowe częstotliwości radiowe, by równolegle nadawać cyfrowo i analogowo, bo im się to zwyczajnie nie opłaci.
W takiej sytuacji cały ciężar poinformowania słuchaczy o nowym systemie nadawania i zachęcenia ich do kupowania nowych odbiorników spada na Polskie Radio. Podobnie jak zapewnienie treści do nowych programów. Nowej oferty cyfrowych stacji na razie ocenić się nie da, bo w większości jeszcze nie istnieją (w sieci nadaje tylko informacyjne radio PR24). Osamotnienie Polskiego Radia przy tym projekcie spowoduje jednak, że do sporej części słuchaczy informacja o tym, iż ktoś nadaje w Polsce w eterze cyfrowo, w ogóle nie dotrze.
Jedynym wygranym całego tego procesu jest na razie Emitel – firma, która już wygrała pierwszy przetarg i za pieniądze Polskiego Radia (czyli te, jakie płacimy mu w ramach abonamentu) do końca tego roku będzie dosyłała sygnał cyfrowych stacji. Za chwilę zapewne wystartuje we właśnie rozpisanym drugim przetargu i zapewni sobie dopływ gotówki z cyfrowego radia w kolejnych trzech latach (a to co roku ok. 10 mln zł). Oby nie nadawała dla nikogo. Ale to już zależy tylko od nas, słuchaczy i tego czy będzie nam się chciało na początek chociaż przetestować taką usługę.
źródło: http://www.ekonomia.rp.pl/artykul/92738 ... -sile.html

LG już produkuje wygięte baterie, czekamy na wygięty smartfon
Po montowanej we flagowym modelu G2 baterii „schodkowej” (płaskie akumulatory, kładzione jeden na drugim, w postaci schodów), która lepiej wykorzystuje dostępną przestrzeń, przyszła pora na baterie łukowate. Oddział LG Chem opracował i opatentował metodę układania i zwijania komponentów akumulatora, dzięki której nie są one narażone na przeciążenia podczas pracy w nieprostopadłościennej obudowie.
LG ma nadzieję, że te akumulatory w zostaną wykorzystane w produkcji nie tylko smartfonów o dziwnych kształtach, ale także gadżetów, które nosimy na sobie. Konstrukcja idealnie nadaje się do umieszczenia w bransolecie zegarka czy ramce okularów. Przede wszystkim jednak znajdziemy je w kolejnej generacji urządzeń mobilnych tego producenta.
To osiągnięcie jednak blednie w obliczu wynalazku, który LG wprowadzi do masowej produkcji za kilka lat. LG Chem opracował baterię w kształcie… kabla. Magazynujący energię przewód można nawet zawiązać na supeł i nie zostanie naruszona jego wewnętrzna struktura. Ponadto, podczas pracy, nawet zawiązany akumulator nie będzie się przegrzewał, mimo że pozwoli korzystać z zasilanego urządzenia przez długi czas.
Zastosowanie tego typu akumulatorów LG widzi w gadżetach, które będziemy nosić, jak zegarki czy naszyjniki, ale także wodoodpornych i takich, które wiążemy. Dodatkowy akumulator do telefonu w sznurówkach? Kto wie...
LG Chem zaprezentuje swoje nowe osiągnięcia na InterBattery 2013 16 października. Ys Kwon, szef oddziału odpowiedzialnego za rozwiązania związane z energią nie ukrywa, że LG Chem stara się zdobyć pozycję lidera i w tej dziedzinie przemysłu, ciągle ulepszając baterie.
źródło: http://www.dobreprogramy.pl/LG-juz-prod ... 48399.html

Komentarze internautów: ~f
: Kiedyś też protestowano przeciw niehumanitarnym kuszom (w przeciwienstwie do humanitarnych łuków, kóre z większej odległości nie potrafiły przebić zbroi rycerza, podczas, gdy kusza potrafiła). Potem próbowano zakazać niehumanitarych arkebuzów (z podobnych powodów). A za 20-30 lat okaże się, że właściwie trudno sobie wyobrazić armię, która ma "normalnych" żołnierzy, a nie pułki zdalnie sterowanych albo pół-autonomicznych robotów. -------------------------- ~DeVroo
do ~lwiczka
: Żeby zabić mieczem, trzeba pokonać blok przeciwnika i wziąć tęgi zamach albo przebić go sztychem. Żeby zastrzelić z kuszy, wystarczy zwolnić blokadę cięciwy. Międzykontynentalny pocisk balistyczny startuje po wykonaniu procedury naciśnięć i przekręceą niepozornie wyglądających stacyjek i przełączników. Wciąż oddalamy się przestrzennie i funkcjonalnie od efektów naszych działaą. Teraz oddalimy się jeszcze moralnie i czasowo, bo po wypuszczeniu robota operator będzie mógł iść odebrać dzieci ze szkoły albo zrobić grilla z przyjaciółmi, nie widząc do czego doprowadziły jego działania. To po prostu kolejny etap ewolucji - a porównanie użyte przez f
jest jak najbardziej poprawne. ==============================

"Bunt maszyn" na polu walki?
Autonomiczne maszyny bojowe (ang. LAR) to wszystkie typy robotów wojskowych, które docelowo mają zostać wyposażone w "autonomiczną decyzyjność". Obecnie najbliżej tego celu są samoloty bezzałogowe. Według planów, odpowiednio zaprogramowane drony będą mogły samodzielnie podejmować decyzje dotyczące wyboru celów i użycia broni, np. rakiet. Jak na razie maszyny te pozostają pod kontrolą ludzi, którzy podejmują decyzje o ich starcie oraz przebiegu misji bojowej lub rozpoznawczej. Kwestia "usamodzielnienia" wojskowych robotów budzi jednak spore kontrowersje, z uwagi na możliwe skutki rozwoju takich broni. Największe obawy dotyczą teoretycznej możliwości tych maszyn do uczenia się, co, teoretycznie, może oznaczać, że mogłyby one zwrócić się przeciwko ludziom. Część ekspertów podkreśla jednak, że obawy przed "buntem maszyn" są nieuzasadnione, a korzyści z budowania maszyn LAR będą przewyższać ryzyko. – Jeśli drony zostaną wyposażone w odpowiednio zaawansowane systemy, to będą one w stanie wypełnić stawiane przed nimi cele taktyczne, wyrządzając przy tym jak najmniej szkód wśród cywilów. Maszyny typu LAR będą w stanie precyzyjniej wybierać cele i namierzać je, dzięki czemu staną się cennym zasobem, wykorzystywanym także w pracy wywiadowczej – twierdzi prof. Samuel Liles z Uniwersytetu Purdue. Kto będzie kontrolował "armię dronów"?
Choć liczba ataków z użyciem samolotów bezzałagowych systematycznie spada, to jednak pozostają one głównym narzędziem stosowanym w globalnej wojnie z terroryzmem. Wraz z rozwojem technologii rosną jednak także obawy dotyczące kontroli nad "armią dronów". W zeszłym roku inżynierowie ostrzegli komitet bezpieczeąstwa krajowego Izby Reprezentantów, że istnieje możliwość włamania się do systemu operacyjnego drona i przejęcia nad nim kontroli. Z kolei, w 2011 roku wirus komputerowy zainfekował systemy kilku samolotów bezzałogowych znajdujących się w bazie sił powietrznych Creech w Nevadzie. Naukowcy ostrzegają również, że wiele konfliktów jest wciąż zbyt skomplikowanych, by mogły w nich zostać użyte maszyny typu LAR. Prof. Heather Roff z Uniwersytetu Denver zwraca uwagę, że o ile mogą być one z powodzeniem wykorzystywane w konfliktach konwencjonalnych, to nie sprawdzą się w konfliktach asymetrycznych, w czasie których operacje zbrojne są prowadzone przeciwko małym grupom ludzi na terenie miast. Jak zwraca uwagę, budowane obecnie drony nie są w stanie odróżnić bojowników od cywilów, co może oznaczać wysokie straty o charakterze nie-wojskowym. – Pomysł użycia tej broni w takich warunkach jest naiwny i niebezpieczny – ostrzegła. Will McCants z Brookings Saban Center podkreśla jednak, że o ile posiadanie maszyn typu LARS jest pożądane z wojskowego punktu widzenia, to dowódcy nigdy nie zrezygnują jednak z podejmowania decyzji w toczących się konfliktach zbrojnych. Wojskowa rewolucja stała się faktem
Więcej: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-oneci ... wcow/j1hgd
: Kiedyś też protestowano przeciw niehumanitarnym kuszom (w przeciwienstwie do humanitarnych łuków, kóre z większej odległości nie potrafiły przebić zbroi rycerza, podczas, gdy kusza potrafiła). Potem próbowano zakazać niehumanitarych arkebuzów (z podobnych powodów). A za 20-30 lat okaże się, że właściwie trudno sobie wyobrazić armię, która ma "normalnych" żołnierzy, a nie pułki zdalnie sterowanych albo pół-autonomicznych robotów. -------------------------- ~DeVroo
do ~lwiczka
: Żeby zabić mieczem, trzeba pokonać blok przeciwnika i wziąć tęgi zamach albo przebić go sztychem. Żeby zastrzelić z kuszy, wystarczy zwolnić blokadę cięciwy. Międzykontynentalny pocisk balistyczny startuje po wykonaniu procedury naciśnięć i przekręceą niepozornie wyglądających stacyjek i przełączników. Wciąż oddalamy się przestrzennie i funkcjonalnie od efektów naszych działaą. Teraz oddalimy się jeszcze moralnie i czasowo, bo po wypuszczeniu robota operator będzie mógł iść odebrać dzieci ze szkoły albo zrobić grilla z przyjaciółmi, nie widząc do czego doprowadziły jego działania. To po prostu kolejny etap ewolucji - a porównanie użyte przez f
jest jak najbardziej poprawne. ==============================
Grozi nam "bunt maszyn"? Niepokojące ostrzeżenie naukowców
Maszyny bojowe, nad rozwojem których pracują najbardziej zaawansowane technologicznie armie na całym świecie, zostaną wyposażone w zdolność do podejmowania autonomicznych decyzji na polu walki. Plany te budzą jednak obawy ekspertów zwracających uwagę na możliwość przejęcia kontroli nad "armiami dronów" przez hakerów oraz "usamodzielnienie się" maszyn, które mogłyby następnie, teoretycznie, zwrócić się przeciwko ludziom.
Autonomiczne maszyny bojowe (ang. LAR) to wszystkie typy robotów wojskowych, które docelowo mają zostać wyposażone w "autonomiczną decyzyjność". Obecnie najbliżej tego celu są samoloty bezzałogowe. Według planów, odpowiednio zaprogramowane drony będą mogły samodzielnie podejmować decyzje dotyczące wyboru celów i użycia broni, np. rakiet. Jak na razie maszyny te pozostają pod kontrolą ludzi, którzy podejmują decyzje o ich starcie oraz przebiegu misji bojowej lub rozpoznawczej. Kwestia "usamodzielnienia" wojskowych robotów budzi jednak spore kontrowersje, z uwagi na możliwe skutki rozwoju takich broni. Największe obawy dotyczą teoretycznej możliwości tych maszyn do uczenia się, co, teoretycznie, może oznaczać, że mogłyby one zwrócić się przeciwko ludziom. Część ekspertów podkreśla jednak, że obawy przed "buntem maszyn" są nieuzasadnione, a korzyści z budowania maszyn LAR będą przewyższać ryzyko. – Jeśli drony zostaną wyposażone w odpowiednio zaawansowane systemy, to będą one w stanie wypełnić stawiane przed nimi cele taktyczne, wyrządzając przy tym jak najmniej szkód wśród cywilów. Maszyny typu LAR będą w stanie precyzyjniej wybierać cele i namierzać je, dzięki czemu staną się cennym zasobem, wykorzystywanym także w pracy wywiadowczej – twierdzi prof. Samuel Liles z Uniwersytetu Purdue. Kto będzie kontrolował "armię dronów"?
Choć liczba ataków z użyciem samolotów bezzałagowych systematycznie spada, to jednak pozostają one głównym narzędziem stosowanym w globalnej wojnie z terroryzmem. Wraz z rozwojem technologii rosną jednak także obawy dotyczące kontroli nad "armią dronów". W zeszłym roku inżynierowie ostrzegli komitet bezpieczeąstwa krajowego Izby Reprezentantów, że istnieje możliwość włamania się do systemu operacyjnego drona i przejęcia nad nim kontroli. Z kolei, w 2011 roku wirus komputerowy zainfekował systemy kilku samolotów bezzałogowych znajdujących się w bazie sił powietrznych Creech w Nevadzie. Naukowcy ostrzegają również, że wiele konfliktów jest wciąż zbyt skomplikowanych, by mogły w nich zostać użyte maszyny typu LAR. Prof. Heather Roff z Uniwersytetu Denver zwraca uwagę, że o ile mogą być one z powodzeniem wykorzystywane w konfliktach konwencjonalnych, to nie sprawdzą się w konfliktach asymetrycznych, w czasie których operacje zbrojne są prowadzone przeciwko małym grupom ludzi na terenie miast. Jak zwraca uwagę, budowane obecnie drony nie są w stanie odróżnić bojowników od cywilów, co może oznaczać wysokie straty o charakterze nie-wojskowym. – Pomysł użycia tej broni w takich warunkach jest naiwny i niebezpieczny – ostrzegła. Will McCants z Brookings Saban Center podkreśla jednak, że o ile posiadanie maszyn typu LARS jest pożądane z wojskowego punktu widzenia, to dowódcy nigdy nie zrezygnują jednak z podejmowania decyzji w toczących się konfliktach zbrojnych. Wojskowa rewolucja stała się faktem
Więcej: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-oneci ... wcow/j1hgd
Ostatnio zmieniony 30 lip 2014, 20:49 przez NEVIL, łącznie zmieniany 1 raz.

Wielki test baterii. Czy opłaca się kupować te najdroższe?
W teście porównano 30 gatunków baterii od Energizerów i Duracellów po tanie marketowe. Co wyszło po 250 godzinach badań?
W teście widać wyraźny podział na baterie pracujące do 90 minut i te działające ponad 160 minut.
W tej pierwszej grupie najsłabszą okazała się GP PowerCell Heavy Duty (cena 0,97 zł za sztukę), która pracowała w zestawie testowym zaledwie 47 minut. Niewiele lepiej radziły sobie Philips LongLife (62 minut), Panasonic Zinc Carbon (64) czy Tesco Value (70 min). Jednym z liderów w tej grupie okazała się za to najtańsza bateria w teście, czyli kosztująca 55 groszy ANSline (82 minut pracy).
Znacznie ciekawsze rzeczy wyszły jednak w górnej części tabeli okupowanej przez ogniwa dające gwarancję pracy przez około 280 minut. Tu zwyciężył kosztujący 4,99 zł Duracell Turbo Max z wynikiem 283 minuty. Po piętach depczą mu jednak Varta High Energy za 2,50 (280 minut), Energizer Ultra Plus za 3,50 (279 minut) a także Energizer Maximum za 4,97 (278 minut).
Największym zaskoczeniem jest jednak obecność w tej grupie kosztującej 1,50 zł baterii GP Super, która pracowała przez 280 minut. Autor testu kupił ją w... Biedronce.
Co ciekawe, świetne baterie sprzedaje też Lidl oraz Carrefour. Lidlowskie AeroCell kosztują 1,12 zł i pracowały przez 251 minut, a Carrefour Alkaline za 0,99 wyczerpały się po 240 minutach.
Cały test i wyniki na wideo oraz w linku poniżej:
źródło + video: http://www.hotmoney.pl/Wielki-test-bate ... sze-a32311

Komentarze:
nazwa_niepoprawna
To jest skandal. Polak powinien raz w roku wymienić cały sprzęt, który ma w domu - łącznie z meblami i współmałżonkiem.
----------------------
mmarek53
Oczywiście, że tak! Jesteśmy w ogonie Europy (a nawet chyab za ogonem...) jeśli chodzi o dochody, więc zamykamy stawkę we wszystkim innym, co fajne.
Za to w wysokości opodatkowania jesteśmy na czele!
--------------------
great.growling.gryzak
Kupujemy mało elektroniki, bo mamy mało forsy. To dość oczywiste.
----------------------
brasi1
Co za durny artykuł. W Polsce ludzie ledwo wiążą koniec z końcem, nie każdy jest Kasią Tusk szanowna redakcjo. Niektórzy muszą pracować w drugiej Irlandii za 1600 -2000 brutto pomimo znajomości języków i ukończenia studiów.
==================================
Pod względem wydatków na sprzęt elektroniczny Polska jest nadal w ogonie Europy - donosi "Rzeczpospolita".
Statystyczny Polak wydaje na sprzęt elektroniczny ledwie 187 euro rocznie i w ostatnich latach ta kwota wzrosła o kilka euro.
Firma badawcza Gfk w swoim raporcie podaje, że polski rynek sprzętu elektronicznego wart jest niemal 27,1 mld zł. W najlepszych latach rynek elektroniki rósł w tempie kilkunastu procent rocznie, ale w ostatnich raczej spada lub rośnie maksymalnie o kilka procent.
Dlatego mimo pozytywnych informacji o sprzedażowych hitach generalnie sytuacja nie jest zbyt optymistyczna i nie nastraja nadzieją, że kolejne lata przyniosą gruntowną odmianę. Najbardziej pesymistycznie jego perspektywy oceniają analitycy Euromonitor International, którzy spodziewają się wręcz kilku lat spadków.
Oczywiście są wyjątki, jak smartfony, dekodery czy tablety, których sprzedaż wciąż rekordowo rośnie.
źródło: http://wyborcza.biz/biznes/1,100969,149 ... #BoxBizTxt
nazwa_niepoprawna
To jest skandal. Polak powinien raz w roku wymienić cały sprzęt, który ma w domu - łącznie z meblami i współmałżonkiem.
----------------------
mmarek53
Oczywiście, że tak! Jesteśmy w ogonie Europy (a nawet chyab za ogonem...) jeśli chodzi o dochody, więc zamykamy stawkę we wszystkim innym, co fajne.
Za to w wysokości opodatkowania jesteśmy na czele!
--------------------
great.growling.gryzak
Kupujemy mało elektroniki, bo mamy mało forsy. To dość oczywiste.
----------------------
brasi1
Co za durny artykuł. W Polsce ludzie ledwo wiążą koniec z końcem, nie każdy jest Kasią Tusk szanowna redakcjo. Niektórzy muszą pracować w drugiej Irlandii za 1600 -2000 brutto pomimo znajomości języków i ukończenia studiów.
==================================
"Rzeczpospolita": Kupujemy mało elektroniki
Pod względem wydatków na sprzęt elektroniczny Polska jest nadal w ogonie Europy - donosi "Rzeczpospolita".
Statystyczny Polak wydaje na sprzęt elektroniczny ledwie 187 euro rocznie i w ostatnich latach ta kwota wzrosła o kilka euro.
Firma badawcza Gfk w swoim raporcie podaje, że polski rynek sprzętu elektronicznego wart jest niemal 27,1 mld zł. W najlepszych latach rynek elektroniki rósł w tempie kilkunastu procent rocznie, ale w ostatnich raczej spada lub rośnie maksymalnie o kilka procent.
Dlatego mimo pozytywnych informacji o sprzedażowych hitach generalnie sytuacja nie jest zbyt optymistyczna i nie nastraja nadzieją, że kolejne lata przyniosą gruntowną odmianę. Najbardziej pesymistycznie jego perspektywy oceniają analitycy Euromonitor International, którzy spodziewają się wręcz kilku lat spadków.
Oczywiście są wyjątki, jak smartfony, dekodery czy tablety, których sprzedaż wciąż rekordowo rośnie.
źródło: http://wyborcza.biz/biznes/1,100969,149 ... #BoxBizTxt

Twój telewizor zbiera o tobie dane bez twojej wiedzy i zgody. LG zaskoczone
Na trop nielegalnego zbierania danych przez LG wpadł brytyjski bloger DoctorBeet, który odkrył dziwną prawidłowość w swoim nowym telewizorze.
LG tak jak inne duże koncerny mocno inwestuje w reklamę dopasowaną do swoich odbiorców - ma nawet specjalną spółkę LG Smart AD, która analizuje ulubione programy, które oglądamy, a także nasze zachowania w internecie (w telewizorach, które są podłączone do sieci) i na ich podstawie dopasowuje reklamy w aplikacjach smart TV do danego użytkownika.
Haczyk polega na tym, że na zbieranie danych przez LG musimy wyrazić zgodę. W menu telewizora LG znajduje się więc opcja "Collection of watching info", czyli "Informacje o zbieraniu danych". Jest ona dość dobrze ukryta w ustawieniach, a na dodatek - z automatu aktywna. Trzeba więc ją najpierw odszukać i - jeśli nie wyrażamy zgody na zbieranie danych - wyłączyć pilotem.
Na czym więc polega problem? Ano na tym, że LG zbiera nasze dane i wysyła do centrali niezależnie od tego, czy wyrażamy zgodę na zbieranie informacji czy nie. Bloger sprawdził to, analizując dane w specjalnym programie monitorującym przesyłanie informacji. Okazało się przy tym, że LG zbiera nie tylko dane o oglądanych przez nas kanałach telewizyjnych czy aplikacjach smart TV, ale też np. filmach czy prywatnych zdjęciach z wakacji, które oglądamy przez podłączony do telewizorach dysk zewnętrzny USB.
Zbieramy dane, ale to "wina" sklepu
Co na to LG? W pierwszym odruchu firma odpowiedziała dość bezczelnie. "Szanowny kliencie, skoro zaakceptowałeś warunki użytkowania tego telewizora, to swoje uwagi powinieneś skierować do sklepu, w którym go kupiłeś" - tak mniej więcej wyglądała odpowiedź od LG. Jednak, gdy o sprawie zrobiło się głośno, koreański producent telewizorów zmienił front i zapowiedział przeprowadzenie wewnętrznego śledztwa w tej sprawie. Firma zapewniła jednocześnie, że prywatność użytkowników stanowi dla firmy absolutny priorytet.
źródło: http://pieniadze.gazeta.pl/Gospodarka/1 ... SlotII3img

Bitcoin z czym to jeść?
Na początek małe wprowadzenie dla tych, którzy nie orientują się czym jest bitcoin. Jest to waluta cyfrowa, zaprojektowana w 2008 roku przez osobę o pseudonimie Satoshi Nakamoto. Bitcoiny przechowuje się w specjalnych wirtualnych portfelach na własnym komputerze bądź z udziałem osób trzecich, które przechowują je za ciebie. Posiadacze takich portfeli mogą przesyłać bitcoiny między sobą za pomocą internetu bez żadnych ograniczeń. Wirtualne monety można uzyskać poprzez tzw. wydobycie lub kupując je od uczestników rynku za inne waluty. Istnieje także limit produkcji wirtualnych monet, który wynosi 21 mln. Obecny stan to 12 mln bitcoinów. Największym plusem bitcoinów jest to, że działają poza systemem finansowym i jurysdykcją jakiegokolwiek rządu. Nie da się ukryć, że z roku na rok popularność tej wirtualnej waluty rośnie w bardzo szybkim tempie wraz z ceną, która pobija kolejne rekordy. Warto przyjrzeć się roli bitcoina jak waluty i inwestycji.Bitcoin jako pieniądz
Więcej: http://wgospodarce.pl/opinie/8768-bitco ... ym-to-jesc

Grafen uśmierca komórki nowotworowe - odkrycie polskich naukowców
Grafen jest płaską strukturą złożoną z warstwy atomów węgla. Ten najcieńszy z materiałów jest 100-300 razy twardszy od stali. Świetnie przewodzi ciepło i elektryczność, jest więc dobrym materiałem do zastosowań w elektronice, np. do wytwarzania cienkich, elastycznych i wytrzymałych wyświetlaczy lub szybkich układów przetwarzających.
Naukowcy ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie badają właściwości biologiczne grafenu i sprawdzają, czy może on hamować rozwój ludzkich komórek nowotworowych. Prof. Ewa Sawosz Chwalibóg wraz z zespołem młodych naukowców - dr Martą Grodzik, Sławomirem Jaworskim, Martą Kutwin i Mateuszem Wierzbickim - pracują na komórkach glejaka - nowotworu centralnego układu nerwowego.
"Już teraz wiemy, że grafen przylega do komórek nowotworowych czy fragmentu tkanki i w ten sposób działa na receptory komórki, transport składników odżywczych i tlenu do jej wnętrza. To prawdopodobnie inicjuje proces apoptozy, czyli śmierci komórki" - powiedziała PAP prof. Ewa Sawosz Chwalibóg.
Węgiel - tłumaczyła - jest dość przyjaznym i niezbyt toksycznym pierwiastkiem dla tkanki ludzkiej. "Utworzony z atomów węgla grafen tworzy wokół komórki nowotworowej cienką, prawie nieprzepuszczalną, dość stabilną w ludzkim organizmie warstwę grubości jednego atomu. W efekcie pozwala odizolować ją od środowiska zewnętrznego" - wyjaśniła.
"Dotychczasowe rezultaty są rewelacyjne. Grafen podany do guza powoduje istotne zmniejszenie się nowotworu" - przyznała prof. Sawosz Chwalibóg. W przypadku niektórych linii komórek nowotworów glejaka grafen wywołuje apoptozę większości komórek. Natomiast u innych ten rodzaj śmierci komórki zachodzi w 70-80 proc. i towarzyszy mu wtedy niepożądana reakcja nekrotycznej śmierci komórki.
"Oznacza to, że komórka została zniszczona, ale niestety nie do końca, co sprzyja rozwojowi odpowiedzi zapalnej. Komórki różnych rodzajów glejaka w różny sposób reagują na grafen. To potwierdza, że leczenie nowotworów powinno być spersonalizowane, bo każdy organizm w różny sposób może odpowiadać na dane leczenie" - zauważyła.
Zdaniem badaczy metodę będzie można wykorzystywać w leczeniu też innych rodzajów nowotworów. "To metoda o tyle uniwersalna, że grafen - kolokwialnie mówiąc - przylepiając się do komórki i izolując ją od środowiska, pobudzi ją do śmierci w podobny sposób" - wyjaśniła. W przeciwieństwie do substancji chemicznych, nie rozpuści się on w wodzie czy płynach fizjologicznych. Zlokalizowany jest przede wszystkim w tym miejscu, do którego został podany, nie działa więc szkodliwie na inne tkanki.
Prof. Sawosz Chwalibóg podkreśla, że grafen nie tylko sam uśmierca komórki nowotworowe, ale może być też doskonałym nośnikiem innych substancji. "Stosunkowo łatwo można dołączyć do niego inne związki aktywne, np. leki, składniki odżywcze, potrzebne komórce związki mineralne, enzym potrzebne przy jakimś określonym schorzeniu. W takich przypadkach do organizmu można podawać kompleks złożony z grafenu i doczepionych do niego związków. Grafen przylegając do komórki czy rejonu tkanki będzie źródłem takiej substancji i - podany nawet w małej koncentracji - będzie przyczyną śmierci pewnej liczby komórek" - opisuje uczona.
Naukowcy SGGW swoje badania prowadzą na ludzkich liniach komórek glejaka oraz na guzach wyhodowanych z tych komórek. Komórki umieszczane są na rosnącym w jajku zarodku kury i już po kilku dniach powstaje tam prawdziwy ludzki guz glejaka. To metoda zainicjowana przez dr Martę Grodzik. Jest o tyle unikalna, że pozwala łatwo monitorować krok po kroku rozwój naturalnego ludzkiego guza.
"Na razie prowadzone są dopiero badania biologiczne na zwierzętach, dlatego trudno powiedzieć, kiedy metoda niszczenia komórek nowotworowych grafenem może być stosowana w praktyce. My badamy tylko mechanizmy biologiczne, kolejny krok - przeprowadzenia badań klinicznych - powinien należeć do lekarzy" - podkreśla prof. Sawosz Chwalibóg.
źródło: http://wgospodarce.pl/informacje/8888-g ... -naukowcow

Komentarz:
WODZU
A co będą mieć z tego nasi naukowcy? Czy z grafenem będzie tak jak ze światłowodami?
===============================
Grafenowe anteny Wi-Fi kolejnym krokiem w stronę „twardej” nanotechnologii
Niemal trzydzieści lat minęło od wydania pierwszej edycji książki fizyka Erica Drexlera Engines of Creation, w której wieścił on nadchodzącą erę „twardej” nanotechnologii, w której uniwersalne assemblery, maszyny będące w stanie stworzyć niemal wszystko, składając to atom po atomie, zmieniają całkowicie przemysłową bazę ludzkiej cywilizacji. Jak na razie brakuje nawet teoretycznych prac, jak w całości urzeczywistnić tak rozumianą nanotechnologię, ale krok po kroku pojawiają się pierwsze pomysły na rozwiązanie poszczególnych problemów z konstrukcją nanobotów. Jeden z nich został właśnie opisany przez badaczy z Georgia University of Technology, którzy chcą sięgnąć po grafen, by budować z niego nanoanteny Wi-Fi.
Pojedynczy nanobot niewiele zrobi, pracować tu muszą sieci składające się z tysięcy czy milionów takich maszyn. Pomysły na to, jak je wszystkie zasilać już są – w zeszłym roku Georgia University of Technology chwaliło się pracą swojego naukowca, profesora Zhong Lin Wanga, który wykorzystując piezoelektryczne właściwości nanowłókien z tlenku cynku opracował sposób budowy nanogeneratorów, przekształcających dostępną w otoczeniu energię mechaniczną na elektryczną (taki nanogenerator, zasilany np. biciem serca, miałby dostarczać prąd o natężeniu 1 mA i napięciu 3 V). Teraz przyszło pochwalić się pomysłem na komunikację między takimi maszynami.
Wykorzystanie do budowy anten sieci bezprzewodowych w skali nano klasycznych materiałów, takich jak miedź, jest praktycznie niemożliwe. Musiałyby one działać w częstotliwościach rzędu setek teraherców, a ich zasięg byłby ograniczony, ze względu na straty w sygnale, do mikrometrów. Tak wysoka częstotliwość oznaczałaby też ogromne zużycie energii, wykraczające poza zasoby, którym nanoboty mogłyby realnie dysponować. Zespół badaczy z GUoT pracujących pod kierownictwem profesora Iana Akyildiza przeprowadził więc badania nad wykorzystaniem w tym celu grafenu.
Akyildiz, który prowadzi badania nad nanosieciami od lat 90, z grafenem zapoznał się całkiem niedawno, odkrywając, że umożliwia on przesyłanie sygnałów elektromagnetycznych w warunkach, które wydawały się tego typu komunikację uniemożliwiać. Kiedy elektrony w grafenie zostają wzbudzone przez przychodzącą falę elektromagnetyczną, zaczynają się poruszać tam i z powrotem (…) globalna oscylacja ładunku elektrycznego prowadzi do powstania ograniczonej fali elektromagnetycznej na powierzchni warstwy grafenu – tłumaczy uczony. Efekt ten, znany jako fala powierzchniowych polarytonów plazmonowych (surface plasmon polariton, SPP) pozwala antenom wykonanym z grafenu działać już w częstotliwościach rzędu 100 GHz. Anteny z innych materiałów, w których efekt SSP zachodzi, takich jak np. złoto, wymagają częstotliwości przynajmniej 150 THz.
Josep Jornet, zaangażowany w te badania doktorant profesora Akyildiza, podkreśla, że grafenowe nanoanteny pozwalają zmniejszyć częstotliwości o przynajmniej dwa rzędy wielkości, a zapotrzebowanie na energię nawet o cztery rzędy, dzięki czemu metody opracowane przez profesora Zhonga mogą dostarczyć dość mocy, aby umożliwić telekomunikację między nanomaszynami. Zanim jednak powstaną sieci nanobotów, grafenowe anteny pomóc mają w zwiększeniu szybkości istniejących sieci telefonii komórkowych – Akyildiz sugeruje, że moduły utworzone z tysięcy takich nanoanten pozwoliłyby na przekazywanie danych z terabitowymi szybkościami, w paśmie terahercowym.
Po wydaniu teoretycznego opracowania, kolejnym krokiem badaczy ma być zbudowanie grafenowej anteny i podłączonego do niej grafenowego transceivera. Przy pieniądzach, jakie inwestują obecnie światowe potęgi w nanotechnologię i zastosowania grafenu (by wspomnieć chociażby o miliardzie euro dla Nokii, na utworzenie europejskiego konsorcjum badań nad grafenem), nie powinno to zająć zbyt wiele czasu. Badacze z GUoT wiedzą zresztą, jak się sprzedać – przedstawiając wachlarz zastosowań opracowywanych przez siebie nanotechnologii mówią nie tylko o medycynie i ochronie środowiska, ale też o przemyśle zbrojeniowym.
źródło: http://www.dobreprogramy.pl/Grafenowe-a ... 51002.html
WODZU
A co będą mieć z tego nasi naukowcy? Czy z grafenem będzie tak jak ze światłowodami?
===============================
Grafenowe anteny Wi-Fi kolejnym krokiem w stronę „twardej” nanotechnologii
Pojedynczy nanobot niewiele zrobi, pracować tu muszą sieci składające się z tysięcy czy milionów takich maszyn. Pomysły na to, jak je wszystkie zasilać już są – w zeszłym roku Georgia University of Technology chwaliło się pracą swojego naukowca, profesora Zhong Lin Wanga, który wykorzystując piezoelektryczne właściwości nanowłókien z tlenku cynku opracował sposób budowy nanogeneratorów, przekształcających dostępną w otoczeniu energię mechaniczną na elektryczną (taki nanogenerator, zasilany np. biciem serca, miałby dostarczać prąd o natężeniu 1 mA i napięciu 3 V). Teraz przyszło pochwalić się pomysłem na komunikację między takimi maszynami.
Wykorzystanie do budowy anten sieci bezprzewodowych w skali nano klasycznych materiałów, takich jak miedź, jest praktycznie niemożliwe. Musiałyby one działać w częstotliwościach rzędu setek teraherców, a ich zasięg byłby ograniczony, ze względu na straty w sygnale, do mikrometrów. Tak wysoka częstotliwość oznaczałaby też ogromne zużycie energii, wykraczające poza zasoby, którym nanoboty mogłyby realnie dysponować. Zespół badaczy z GUoT pracujących pod kierownictwem profesora Iana Akyildiza przeprowadził więc badania nad wykorzystaniem w tym celu grafenu.
Akyildiz, który prowadzi badania nad nanosieciami od lat 90, z grafenem zapoznał się całkiem niedawno, odkrywając, że umożliwia on przesyłanie sygnałów elektromagnetycznych w warunkach, które wydawały się tego typu komunikację uniemożliwiać. Kiedy elektrony w grafenie zostają wzbudzone przez przychodzącą falę elektromagnetyczną, zaczynają się poruszać tam i z powrotem (…) globalna oscylacja ładunku elektrycznego prowadzi do powstania ograniczonej fali elektromagnetycznej na powierzchni warstwy grafenu – tłumaczy uczony. Efekt ten, znany jako fala powierzchniowych polarytonów plazmonowych (surface plasmon polariton, SPP) pozwala antenom wykonanym z grafenu działać już w częstotliwościach rzędu 100 GHz. Anteny z innych materiałów, w których efekt SSP zachodzi, takich jak np. złoto, wymagają częstotliwości przynajmniej 150 THz.
Josep Jornet, zaangażowany w te badania doktorant profesora Akyildiza, podkreśla, że grafenowe nanoanteny pozwalają zmniejszyć częstotliwości o przynajmniej dwa rzędy wielkości, a zapotrzebowanie na energię nawet o cztery rzędy, dzięki czemu metody opracowane przez profesora Zhonga mogą dostarczyć dość mocy, aby umożliwić telekomunikację między nanomaszynami. Zanim jednak powstaną sieci nanobotów, grafenowe anteny pomóc mają w zwiększeniu szybkości istniejących sieci telefonii komórkowych – Akyildiz sugeruje, że moduły utworzone z tysięcy takich nanoanten pozwoliłyby na przekazywanie danych z terabitowymi szybkościami, w paśmie terahercowym.
Po wydaniu teoretycznego opracowania, kolejnym krokiem badaczy ma być zbudowanie grafenowej anteny i podłączonego do niej grafenowego transceivera. Przy pieniądzach, jakie inwestują obecnie światowe potęgi w nanotechnologię i zastosowania grafenu (by wspomnieć chociażby o miliardzie euro dla Nokii, na utworzenie europejskiego konsorcjum badań nad grafenem), nie powinno to zająć zbyt wiele czasu. Badacze z GUoT wiedzą zresztą, jak się sprzedać – przedstawiając wachlarz zastosowań opracowywanych przez siebie nanotechnologii mówią nie tylko o medycynie i ochronie środowiska, ale też o przemyśle zbrojeniowym.
źródło: http://www.dobreprogramy.pl/Grafenowe-a ... 51002.html

Wreszcie zaczynamy zarabiać na grafenie

Bo od wczoraj polski grafen można kupić w internecie. Na stronie graphenshop.pl dostępny jest w dwóch odmianach - na podłożu z miedzi i z węgliku krzemu. Pierwszy w cenie ok. 40 dol. za cm kw., drugi - 1000 dol. za cm kw. Pierwszy ma szersze spektrum zastosowaą, ale też o wiele więcej producentów niż drugi, będący polską specjalnością. Metodę produkcji superczystego karbonu opracował i opatentował w 2010 r. dr inż. Włodzimierz Strupiąski z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych (ITME) w Warszawie. - To najlepszy grafen na świecie - mówi Zbigniew Mularzuk, prezes Nanocarbonu, spółki utworzonej przez Agencję Rozwoju Przemysłu oraz ITME, która uruchomiła sprzedaż "supermateriału przyszłości". Od kilku lat tak właśnie określa się grafen - czyli warstwę węgla o grubości jednego atomu węgla. Jest ultracienka, a więc przezroczysta i lekka. Jest z węgla, a więc mocna, elastyczna i twarda - stukrotnie twardsza od stali. Przepuszczalna dla wody, nieprzepuszczalna dla gazów. Przewodząca prąd 50 razy lepiej niż krzem. I ciepło lepiej niż wszystkie znane materiały. Każda z tych cech wystarczy, by przemysł wręcz oszalał. A grafen ma je wszystkie. Dlatego zwie się go też Świętym Graalem elektroniki i inżynierii materiałowej - w obu dziedzinach może doprowadzić do przełomu. Gdzie znajdzie zastosowanie?
M.in. przy produkcji trwałych i elastycznych ekranów, w detektorach, akumulatorach o wydłużonej żywotności. W medycynie - już teraz naukowcy ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie pracują nad wykorzystaniem grafenu w walce z nowotworami - jego cienka warstewka otaczałaby komórki rakowe, głodząc je na śmierć (proces apoptozy). Poza tym będzie nieoceniony w produkcji protez, sztucznej siatkówki i ultracienkich prezerwatyw (nad którymi badania finansuje sam Bill Gates). Komputery? Szacuje się, że częstotliwość tranzystorów grafenowych mogłaby dochodzić do 1000 GHz - byłyby więc 300 razy szybsze niż krzemowe. McKinsey Global Institute umieścił grafen wśród dziesięciu przełomowych technologii, które odmienią światową gospodarkę. Jak szybko? Tego jeszcze nie wiadomo. - Nikt nie jest w stanie przewidzieć popytu na grafen za rok, dwa czy pięć lat. Nikt nie jest w stanie oszacować wartości światowego rynku. Liczby, które się pojawiają, są od Sasa do Lasa - mówi prezes Mularzuk. Dlatego bardzo ostrożnie ocenia skalę uruchomionej wczoraj sprzedaży grafenu na ok. 1,3 mln zł w 2014 r. Ale liczy na wzrost popytu i produkcji firmowanego przez Nanocarbon grafenu, który na razie powstaje w ITME. - Jednak już w przyszłym roku, gdy uruchomimy nowe urządzenia, Nanocarbon będzie największym producentem w Europie - zapowiada. - Myślę, że zdobędziemy 30-40 proc. światowego rynku. Chodzi o grafen najwyżej jakości wykorzystywany do badaą przez inne instytucje. Światowym potentatem grafenowym jest Samsung, który zainwestował w niego blisko 500 mln dolarów, ale zużywa wszystko, co wyprodukuje. Mocnym graczem staje się Nokia - główny beneficjent gigantycznego grantu (1,35 mld dolarów) w całości przeznaczonego na badania nad grafenem. Wśród jego producentów Polska już teraz plasuje się wysoko, głównie dzięki ITME oraz Zakładom Azotowym Tarnów. źródło: http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,151 ... #BoxBizTxt
Ostatnio zmieniony 28 lut 2014, 09:06 przez NEVIL, łącznie zmieniany 1 raz.

Komentarz internauty: ~Realista
Oglądacie, czy nie oglądacie,kable odetniecie, anteny zdemontujecie a abonament i tak zapłacicie
. By żyło się lepiej
=============== 
O ludziach, którzy zrywają umowy z dostawcami telewizji, odcinają kable, likwidują anteny satelitarne i zostawiają sobie tylko internet.
Sylwia Czubkowska
: We wrześniu dotarło do mnie, że przez całe lato - by obejrzeć coś konkretnego - włączyłam telewizor może z pięć razy. W domu nie oglądam kanałów informacyjnych (chyba że dzieje się coś naprawdę ważnego), przed pracą lecą śniadaniówki, które mnie nie interesują, a seriale, których jestem fanką, albo już widziałam, albo mogę obejrzeć w każdej chwili w internecie. Po trzech dekadach uwielbienia dla telewizji całkiem przestałam ją oglądać. Jeszcze rok temu bym w to nie uwierzyła, ale wypowiedziałam właśnie telewizji kablowej umowę, zostawiam sobie tylko sieć. Barbara Sowa
: Nie oglądam telewizji od dwóch lat, odkąd przeprowadziłam się do własnego mieszkania. Wydatków było sporo i telewizor przegrywał po kolei z pralką, lodówką, szafą. Na początku brakowało mi go, bo do tej pory zawsze gdzieś grał w tle. Poza tym piszę o mediach, wypadałoby, żeby telewizor stał w centralnym punkcie mieszkania. Szybko zorientowałam się jednak, że brak telewizji mi służy. Więcej czytam i nie denerwuję się poziomem głupoty programów rozrywkowych. Oglądam to, co chcę i kiedy chcę. W internecie. Nie bez powodu przywołujemy własne historie. Jesteśmy modelowymi przykładami nowego typu widza czy raczej już niewidza telewizji - cord cuttera. Termin ten ukuto za oceanem, a oznacza on "odcinacz kabla". To nie są ludzie, którzy nigdy nie mieli telewizji lub ci, którzy decydowali się na nią w ograniczonym zakresie, odbierając sygnał analogowy kilku stacji. To zupełnie nowa grupa. Wcześniej byli - jak mawiają Amerykanie: coach potatoes - kanapowymi ziemniakami, którzy spędzali na kanapie przed telewizorem setki godzin rocznie. Dziś ci sami ludzie likwidują anteny, wypowiadają umowy nadawcom kablowym i cyfrowym, wpędzając ich tym samym w spore osłupienie. Internet kablowym sekatorem
"Droga kablówko: to nie twoja wina, tylko moja" - tak zaczyna się pożegnalny list napisany na początku 2012 r. przez dziennikarza Kevina Sintumuanga i opublikowany w "The Wall Street Journal". "Nie bądź smutna. Spędziliśmy wiele miłych chwil. To był szalony, pełen oddania związek, który przetrwał dziesięciolecia. Znam cię dłużej niż mój komputer, komórkę i wszystkie gry na Nintendo. Ale czasy się zmieniły i dziś nie sięgam już po pilota, dziś zastępuje cię internet. Rzucam cię, kablówko" - koączył swój list. Takich jak on są miliony. Bo w internecie znajdują wszystko, co ich interesuje: o dowolnej porze, w dowolnych ilościach i niemal dowolnym miejscu, bez konieczności dostosowywania się do ułożonej przez speców ramówki. A skoro wszystko jest w sieci, po co przepłacać? Potwierdzają to świeżutkie badania nastrojów amerykaąskich widzów przeprowadzone przez Diffusion Group (TDG Research). Wynika z nich, że aż 7 proc. abonentów płatnej telewizji zarzeka się, że odetnie kabel i to już w ciągu najbliższego półrocza, jeszcze większy jest ten odsetek (8,8 proc.) wśród użytkowników internetu. Oczywiście to tylko badanie opinii - od jej wyrażenia do wprowadzenia w życie często wiedzie daleka droga, ale wyraźnie widać, że sieć tnie telewizyjne kable. Jeszcze więcej o tym zjawisku mówią dane zebrane przez Leichtman Research Group, które wyliczyło, że niemal co dziesiąte amerykaąskie gospodarstwo domowe, które ma dostęp do szerokopasmowego internetu, zrezygnowało już z subskrypcji tradycyjnej telewizji. Czytaj więcej na http://biznes.interia.pl/media/news/tel ... gn=firefox
Oglądacie, czy nie oglądacie,kable odetniecie, anteny zdemontujecie a abonament i tak zapłacicie
Teledetoks

Sylwia Czubkowska
: We wrześniu dotarło do mnie, że przez całe lato - by obejrzeć coś konkretnego - włączyłam telewizor może z pięć razy. W domu nie oglądam kanałów informacyjnych (chyba że dzieje się coś naprawdę ważnego), przed pracą lecą śniadaniówki, które mnie nie interesują, a seriale, których jestem fanką, albo już widziałam, albo mogę obejrzeć w każdej chwili w internecie. Po trzech dekadach uwielbienia dla telewizji całkiem przestałam ją oglądać. Jeszcze rok temu bym w to nie uwierzyła, ale wypowiedziałam właśnie telewizji kablowej umowę, zostawiam sobie tylko sieć. Barbara Sowa
: Nie oglądam telewizji od dwóch lat, odkąd przeprowadziłam się do własnego mieszkania. Wydatków było sporo i telewizor przegrywał po kolei z pralką, lodówką, szafą. Na początku brakowało mi go, bo do tej pory zawsze gdzieś grał w tle. Poza tym piszę o mediach, wypadałoby, żeby telewizor stał w centralnym punkcie mieszkania. Szybko zorientowałam się jednak, że brak telewizji mi służy. Więcej czytam i nie denerwuję się poziomem głupoty programów rozrywkowych. Oglądam to, co chcę i kiedy chcę. W internecie. Nie bez powodu przywołujemy własne historie. Jesteśmy modelowymi przykładami nowego typu widza czy raczej już niewidza telewizji - cord cuttera. Termin ten ukuto za oceanem, a oznacza on "odcinacz kabla". To nie są ludzie, którzy nigdy nie mieli telewizji lub ci, którzy decydowali się na nią w ograniczonym zakresie, odbierając sygnał analogowy kilku stacji. To zupełnie nowa grupa. Wcześniej byli - jak mawiają Amerykanie: coach potatoes - kanapowymi ziemniakami, którzy spędzali na kanapie przed telewizorem setki godzin rocznie. Dziś ci sami ludzie likwidują anteny, wypowiadają umowy nadawcom kablowym i cyfrowym, wpędzając ich tym samym w spore osłupienie. Internet kablowym sekatorem
"Droga kablówko: to nie twoja wina, tylko moja" - tak zaczyna się pożegnalny list napisany na początku 2012 r. przez dziennikarza Kevina Sintumuanga i opublikowany w "The Wall Street Journal". "Nie bądź smutna. Spędziliśmy wiele miłych chwil. To był szalony, pełen oddania związek, który przetrwał dziesięciolecia. Znam cię dłużej niż mój komputer, komórkę i wszystkie gry na Nintendo. Ale czasy się zmieniły i dziś nie sięgam już po pilota, dziś zastępuje cię internet. Rzucam cię, kablówko" - koączył swój list. Takich jak on są miliony. Bo w internecie znajdują wszystko, co ich interesuje: o dowolnej porze, w dowolnych ilościach i niemal dowolnym miejscu, bez konieczności dostosowywania się do ułożonej przez speców ramówki. A skoro wszystko jest w sieci, po co przepłacać? Potwierdzają to świeżutkie badania nastrojów amerykaąskich widzów przeprowadzone przez Diffusion Group (TDG Research). Wynika z nich, że aż 7 proc. abonentów płatnej telewizji zarzeka się, że odetnie kabel i to już w ciągu najbliższego półrocza, jeszcze większy jest ten odsetek (8,8 proc.) wśród użytkowników internetu. Oczywiście to tylko badanie opinii - od jej wyrażenia do wprowadzenia w życie często wiedzie daleka droga, ale wyraźnie widać, że sieć tnie telewizyjne kable. Jeszcze więcej o tym zjawisku mówią dane zebrane przez Leichtman Research Group, które wyliczyło, że niemal co dziesiąte amerykaąskie gospodarstwo domowe, które ma dostęp do szerokopasmowego internetu, zrezygnowało już z subskrypcji tradycyjnej telewizji. Czytaj więcej na http://biznes.interia.pl/media/news/tel ... gn=firefox
Ostatnio zmieniony 30 lip 2014, 20:53 przez NEVIL, łącznie zmieniany 1 raz.

Jak widać, fortuna nieraz pokrętnymi drogami chodzi... 
==============
Narodziny cywilizacji masowej konsumpcji otworzyły nieprawdopodobne możliwości przed osobami potrafiącymi wymyślić coś, co można zaoferować milionom ludzi. Genialny pomysł daje szansę na zdobycie fortuny i nieśmiertelnej sławy. Jednak niekoniecznie samemu autorowi. Boleśnie przekonują się o tym do dziś potomkowie Thomasa Sullivana. Ów właściciel nowojorskiej herbaciarni pod koniec 1903 r. wpadł na banalny w swej prostocie koncept. Irytowało go, że sprowadzana z Chin herbata podczas szybkiego zaparzania w szklance unosi się do góry i niełatwo potem pozbyć się fusów. Zapakował ją więc do jedwabnego woreczka i wsadził do wrzątku. Smak wydawał się identyczny. Tak Amerykanie, niemający czasu na długie parzenie herbaty, zyskiwali możliwość szybkiego przyrządzenia kubka aromatycznego napoju.
Sullivan na początku 1904 r. zaczął szyć torebki, pakować do nich susz i oferować swój wynalazek klientom. Zamówił nawet reklamy w lokalnej prasie. Ale konkurencja bacznie go obserwowała. Sąsiednie herbaciarnie rozpowszechniły plotkę, że wynalazca sprzedaje swój towar w woreczkach, aby ukryć dodawane do niego śmieci. Poinformowany o tym Sullivan, bojąc się o renomę firmy, zaprzestał produkcji saszetek. Nie zadbał też, by opatentować swój wynalazek. Współcześnie ludzie zaparzają ok. 220 miliardów saszetek z herbatą rocznie. Gdyby ich twórca lub jego spadkobiercy pobierali choć ułamek dochodu od każdej torebki, nazwisko Sullivan znaczyłoby więcej od nazwiska Rockefeller czy Buffet. Jednak często bywa, że fortuna woli wybrać nie autora pomysłu, lecz kogoś bardziej obrotnego.
czytaj dalej
Warto kupować od geniusza
Syn serbskiego prawosławnego duchownego Nikola Tesla od dzieciństwa zadziwiał swoimi niezwykłymi zdolnościami. Fascynowała go zwłaszcza elektryczność. Ówczesne generatory wytwarzały jedynie prąd stały, dający przesyłać się kablami na niewielkie odległości. Straty energii następujące podczas przesyłu okazywały się tak ogromne, że elektryczność sprawiała wrażenie zupełnie niepraktycznej nowinki. Dopiero znalezienie sposobu na usunięcie tej niedogodności gwarantowało powszechny dostęp do energii dającej łatwo się zamieniać w światło lub ciepło. To wyzwanie tak długo dręczyło Teslę, aż w chwili olśnienia zaprojektował generator prądu zmiennego. Taki rodzaj elektryczności łatwo udawało się przesyłać na dowolne odległości, a moc i natężenie zmieniać za pomocą transformatorów.
W konserwatywnych Austro-Węgrzech nikt jednak nie zainteresował się odkryciem. Tesla wsiadł więc na statek płynący do USA, żeby poszukać pracy w laboratorium najsławniejszego wynalazcy swoich czasów Thomasa A. Edisona. Amerykanin zatrudnił niespodziewanego gościa i umożliwił mu realizację projektu, obiecując nawet 50 tys. dol. nagrody, jeśli zbuduje generator elektryczności wydajniejszy od tradycyjnych. Nie przewidywał jednak przełomowego sukcesu, skoro jednocześnie zainwestował miliony w budowę elektrowni na Pearl Street w Nowym Jorku, która wytwarzała prąd stały. Kablami docierał on najdalej do odległego o 1,5 km Manhattanu. Tymczasem Tesla uruchomił pierwszy generator prądu zmiennego i zaprezentował go Edisonowi. Amerykanin przeliczył fortunę, jaką zainwestował w nowojorską elektrownię i cały system przesyłowy, po czym, aby zapobiec stratom... wyrzucił Teslę. Odmówił nawet wypłacenia nagrody, oświadczając na pożegnanie: "Pan jest emigrantem, nie rozumie pan amerykańskiego poczucia humoru".
Wściekły Tesla opatentował genialny wynalazek, ale nie bardzo wiedział, co dalej robić, dopóki nie skontaktował się z nim George Westinghouse. O generatorze Serba milioner dowiedział się przypadkiem, gdy wpadł posłuchać wykładu przybysza z Europy w Amerykańskim Instytucie Elektrotechnicznym. Od razu pojął, jakie daje on możliwości biznesowe. Ale za prawo do patentu zaproponował skromne 60 tys. dol. Co więcej, jedynie 5 tys. zapłacił gotówką, a resztę udziałami w swojej firmie. Tesla nawet nie zauważył, iż oddaje niewyobrażalne bogactwo za marne grosze. Wkrótce należąca do Westinghouse'a Western Union Company zbudowała pierwszą elektrownię wytwarzającą prąd zmienny oraz linie przesyłowe, którymi popłynął on do wszystkich stacji kolejowych należących do tej korporacji. Potem zaczął się błyskawiczny proces elektryfikacji Stanów Zjednoczonych i całego świata. Fortuna Westinghouse'a rosła, zaś Tesla do końca życia mieszkał w pokojach hotelowych, projektując coraz bardziej szalone wynalazki.
Podobnie tanio sprzedał fortunę Sandy Fowler. I znów rzecz poszła o zapomniane już saszetki z herbatą. Mieszkający na wyspie Cejlon szkocki inżynier bardzo ubolewał nad tym, że po zalaniu naparu na powierzchni napoju unosiły się przeróżne śmieci. Był rok 1945 i producenci herbaty, szukając oszczędności, dodawali do zmielonych liści co popadło, nawet kurz i odpadki. Fowler poprosił więc żonę Annę, żeby następnym razem zaszyła herbatę w kawałku tkaniny, która podczas parzenia spełni rolę filtru. Po konsumpcji tak przygotowanego napoju Szkot doznał olśnienia i udał się do siedziby brytyjskiej kompanii herbacianej w mieście Kolombo. Swoją poduszeczkę z herbatą zaparzył w pokoju dyrektora. Ten skosztował i zaoferował odkupienie pomysłu za 2 tys. indyjskich rupii, czyli ok. 150 brytyjskich funtów. Zadowolony z niespodziewanego dochodu Szkot zgodził się od razu. Wkrótce w Wielkiej Brytanii pojawiły się pierwsze saszetki z Cejlonu, a świat czekała herbaciana rewolucja.
Kreatywne kadry to podstawa
Młody naukowiec Roy Plunkett pracujący w laboratorium im. Jacksona, należącym do firmy Du Pont, rankiem 6 kwietnia 1938 r. przyglądał się pustej butli po tetrafluoroetylenie. Nadal była ona bardzo ciężka, mimo że po odkręceniu zaworu nie ulatniał się z niej żaden gaz. W końcu zafrapowany Plunkett chwycił piłkę do metalu i stracił sporo czasu na piłowaniu, nim zobaczył co jest w środku. Opłaciło się. Biały, śliski proszek, który znalazł, był niezwykle odporny na działanie kwasów, zasad oraz wysokich temperatur. Naukowiec nazwał go teflonem.
Koncern Du Pont swój niezwykły materiał zaoferował najpierw wojsku. Gdy rozpoczęto program budowy bomby atomowej "Manhattan", okazało się, iż używany do wytwarzania izotopu uranu (U-235) gaz o nazwie sześciofluorek uranu błyskawicznie niszczył wszelkie uszczelki, jakimi zabezpieczano przewody do jego przesyłania. Dopiero pokrywanie złączy teflonem umożliwiło regularne uzyskiwanie izotopu U-235.
Potem teflon stał się niezastąpionym materiałem w statkach kosmicznych i skafandrach. Jednak prawdziwa rewolucja wydarzyła się w 1960 r., gdy pracownicy laboratorium koncernu Du Pont wpadli na pomysł, żeby pokryć nim patelnię. W tym czasie Roy Plunkett pracował w firmie na stanowisku kierownika wydziału produktów freonowych i tam doczekał emerytury w 1975 r. Dopiero wówczas zaznał odrobiny sławy. Jego popiersie umieszczono w nowojorskim Panteonie Chwały, wśród innych pomników zasłużonych dla kraju Amerykanów. Co nie oznaczało automatycznego powiększenia zasobów gotówki.
Du Pont pomnożył swoje dochody dzięki odkryciu Plunketta, z kolei koncern 3M budował swoją potęgę za sprawą wynalazku dr. Spencera Silvera i Arthura Frya. W 1968 r. pracujący w laboratorium badawczym 3M Silver przypadkiem odkrył substancję, składającą się z warstw niezasychającego akrylu, rozdzielonych banieczkami powietrza. Ten dziwny klej niemal nie tężał i słabo kleił. Przez pięć lat uczony przekonywał zwierzchników, by zainteresowali się substancją. Wszyscy w 3M słyszeli o kleju Silvera, ale nikt nie wiedział, do czego go używać. Aż pewnego dnia pracujący w dziale technicznym 3M inżynier Fry poszedł do kościoła prezbiteriańskiego i ze śpiewnika podczas mszy, jak zwykle, wypadały mu zakładki.
"Nie wiem, doprawdy, czy przyczyną tego było nudnawe kazanie, czy natchnienie duchem Bożym, ale moje myśli zaczęły w pewnej chwili błądzić, aż natrafiły na klej" - wspominał. Szybko więc zawitał do laboratorium Silvera i razem sporządzili pierwsze samoprzylepne karteczki. W ten sposób narodziły się Post-it. Obecnie niezbędny element dekoracyjny każdego biura i nieodłączny gadżet w codziennym życiu milionów ludzi. Ich roczna sprzedaż wedle danych koncernu 3M przynosi dochód rzędu 300 mln dol. Tymczasem Spencer Silver aż do przejścia na emeryturę w 1996 r. pracował w laboratorium firmy. Nikt też specjalnie nie fetował jego osoby. Twórcą Post-it okrzyknięto Arthura Frya i pod koniec lat 90. czasopismo "Esquire Magazine" zaliczyło go nawet do grona 100 najwybitniejszych osobowości świata.
Znamienne, że autorzy genialnych wynalazków przynoszących krociowe dochody, jeśli pracują dla korporacji, rzadko zostają prawdziwymi krezusami. Acz i tak Plunkett czy Fry nie mają prawa narzekać, jeśli porównać ich losy z tym, jak koncern Bandai potraktował Aki Maitę. Pracująca w biurze marketingu największego w Japonii producenta zabawek dziewczyna wpadła w połowie lat 90. na pomysł stworzenia wirtualnej istoty mogącej zastąpić dziecku domowe zwierzątko. Podczas analizy statystyki przychodów przedsiębiorstwa zauważyła, że największy dochód przynosiła sprzedaż zabawek wymagających troskliwych zachowań, jak np. głaskanie lub dokarmianie. W japońskich miastach z powodu malutkich mieszkań dzieci o własnym zwierzątku mogą tylko pomarzyć, substytutem stają się więc zwyczajne pluszaki.
Zainspirowana tym Aki Maita zleciła informatykom Bandai stworzenie programu komputerowego dającego życie wirtualnemu pisklęciu, które wymagało karmienia i pieszczot. Nowa zabawka miała kształt jajka (po japońsku tamago) z ekranem, przypominała też nieco zegarek. Nazwano ją Tamagotchi. Zarząd firmy zgodził się, by na próbę zbudowano 200 sztuk. Aki zabrała je do torby i rozdała uczennicom w dzielnicy Shibuya w Tokio. Wzięły one udział w kilkutygodniowym teście. Wypadł on tak obiecująco, że Tamagotchi pojawiło się w sprzedaży już w listopadzie 1996 r. Po kilku miesiącach przyniosło firmie Bandai ok. 150 mln euro dochodu jedynie na japońskim rynku. Potem zabawka podbiła świat. Szacuje się, że nim minęła na nią moda, sprzedano ok. 200 mln sztuk. O Tamagotchi rozpisywały się media, dyskutowali psycholodzy, filozofowie i etycy. Wedle tego, co podają Andrea Fehringer, Gerald Reischl i Clemens Stadlbauer w książce "Pułapki fortuny", autorka sukcesu Aki Maita nie otrzymała od firmy nawet jednorazowej premii. Z koncernu odeszła w 2002 r. i prawie nikt tego nie zauważył.
Prawdziwi wybrańcy fortuny
Genialne, a zarazem proste do zrealizowania pomysły, które przynoszą krociowe zyski, często nie wystarczają, aby z kogoś uczynić milionera. Prawdziwymi bogaczami zostają ci, którzy nowatorskie koncepcje potrafią samodzielnie i konsekwentnie wcielać w życie. Choć i odrobina szczęścia przy tym nie zawadzi.
Pochodzący ze starożytnego miasta Smyrna, założonego przez Greków w Azji Mniejszej, Aristotelis Onasis był synem prezesa miejscowego banku. Co nie znaczy, że ojciec ułatwił mu start w dorosłe życie. Stale zbuntowany i wyrzucany z kolejnych szkół Aristotelis w wieku 17 lat, mając w kieszeni marne 450 dol., wsiadł na statek płynący do Argentyny. W Buenos Aires zaczynał jako pomocnik murarza, ale jak przystało na obrotnego Greka, do tego wywodzącego się z rejonu, gdzie jakieś trzy tysiące lat wcześniej wynaleziono pieniądze, wpadł na pomysł łatwego ich zdobycia. Gdy spostrzegł, że cena tytoniu w Argentynie jest dużo wyższa niż w Grecji, napisał list do ojca, prosząc o dostawę. Potem przez piętnaście dni stał pod biurem prezesa największego tytoniowego koncernu w Argentynie - Juana Gaony. W końcu zaintrygowany finansista zaprosił go na rozmowę. Po zapoznaniu się z próbkami Gaona zamówił partię wartą 10 tys. dol. Onasis z dnia na dzień zdobył sobie pozycję znaczącego pośrednika w handlu między Grecją a Argentyną.
W 1929 r. wybuchł Wielki Kryzys, lecz sprytny Grek potrafił dostrzec, że i na nim da się zarobić. Kilkuletnie statki można było wówczas nabyć za 20 tys. dol. (tyle samo kosztował jeden rolls-royce). Onasis kupił dwa okręty, wyremontował i pod koniec kryzysu sprzedał z wielokrotnym zyskiem. Swą fortunę radykalnie powiększył w 1946 r., dzięki ślubowi z Athiną Livanos - córką najbogatszego w Grecji armatora Stavrosa Livanosa. Tak podbudowany finansowo zjawił się w towarzystwie kredytowym Metropolitan Life, prosząc o pożyczenie 40 mln dol. "Odniosłem wrażenie, że ten błyskotliwy facet potrafiłby sprzedać lodówki Eskimosom" - wspominał potem obsługujący go Walter Saunders.
W czasach, gdy armatorzy płacili za statki żywą gotówką, Onasis opracował i postanowił wcielić w życie system, który ochrzcił mianem OPM (Other People's Money). Nie mając żadnego tankowca, dzięki temu, że oferował niskie taryfy, podpisywał duże umowy na przewóz ropy z Ameryki do Europy ze spółkami naftowymi. Następnie przedstawiał kontrakty bankom jako gwarancję zwrotu kredytu. Po otrzymaniu pożyczki budował tankowce, które potem same się spłacały. Aristotelis Onasis, nie wykładając nawet drachmy ze swojej kieszeni, zdobył całą flotę i majątek szacowany w 1956 r. na 300 mln ówczesnych dolarów.
Bogaty Grek zaczął wówczas korzystać z uroków życia. Na pierwsze strony gazet trafiał a to z powodu zakupienia słynnego kasyna w Monte Carlo, a to romansu z gwiazdą opery Marią Callas. Choć największy skandal wywołał, gdy po rozwodzie z Athiną Livanos poślubił wdowę po prezydencie USA - samą Jackie Kennedy. Przez długie lata Amerykanie odbierali to jako policzek wymierzony ich krajowi.
Wyżyłować pracowników
Gdy media donosiły o kolejnych szokujących faktach z życia Onasisów, w małym, liczącym 25 tys. mieszkańców, miasteczku Bentonville (stan Arkansas USA) rodził się inny pomysł na fortunę. Marzący o własnym biznesie Samuel Moore Walton pożyczył od teścia 20 tys. dol. na zakup dużego sklepu. Potem wypracował fundusze wystarczające na założenie jeszcze 16 podobnych sklepów w Kansas, Arkansas i Missouri. Nie zapowiadało to jednak wielkiej kariery, dopóki Samuel Walton nie wpadł na koncept stworzenia placówki nokautującej konkurentów za sprawą ceny oferowanych towarów.
Sklep nowego typu (nazwany później dyskontem) otwarto z pompą w lipcu 1962 r. w Arkansas. Wkrótce sieć Wal-Martów ruszyła na podbój Stanów Zjednoczonych.
Walton, aby obniżyć ceny w nieosiągalny dla konkurencji sposób i mieć zysk, musiał wymyślać wciąż nowe sposoby na ograniczenie kosztów. Zaczął od oszczędzania na pensjach pracowników. Normą stało się to, że średnia zarobków w Wal-Marcie była niższa o 15 do 30 proc. od średniej krajowej. Równocześnie nikt nie pracował więcej niż 28 godzin w tygodniu, dzięki temu zgodnie z prawem obowiązującym w USA pracodawca nie musiał płacić premii ani składek emerytalnych. Wprawdzie z powodu podłych warunków zatrudnienia rocznie odchodziło ok. 40 proc. sprzedawców, lecz zawsze znajdowali się na ich miejsce nowi. Dzięki nieustannej rotacji nie trzeba było myśleć o podwyżkach.
Innym skutecznym sposobem zapobiegania podnoszeniu płac okazało się zatrudnianie emigrantów. Dla przybyszy z biednych krajów Ameryki Południowej to, co im oferował Wal-Mart, często stanowiło spełnienie marzeń. Samuel Moore Walton nie poprzestawał tylko na obniżaniu kosztów wewnątrz sieci i stale naciskał na dostawców towarów, by tak jak on cięli wszelkie wydatki. W połowie lat 60. sieć Wal-Mart skupiała już 32 sklepy, sprzedające rocznie towary na kwotę 31 mln dol.
Właściciel traktował je na równi z własnym domem, a przynajmniej miejscem, gdzie można przygotowywać do pracy w biznesie własne pociechy. Trzej synowie Waltona, a także jedyna córka pod okiem ojca codziennie myli podłogi, układali puszki i nosili pudła w sklepie w Bentonville. Głowa rodu tak surowymi metodami dydaktycznymi starała się nauczyć spadkobierców szacunku dla pracy i pieniędzy. Przy okazji Walton w ten sposób przybliżał pociechom realia prowadzonej przez siebie firmy. Z czasem każde z dzieci awansowało na kierownicze stanowisko. Nigdy jednak nie pozwalały sobie na rozrzutność, urzędując w małych, skromnych biurach oraz dbając o jak najniższe koszty życia.
Najstarszy z rodzeństwa Samuel Robson Walton okazał się równie zdolnym biznesmenem jak ojciec i pod koniec lat 80. namówił go, aby rozpocząć ekspansję poza granice USA. Jej rezultatów twórca koncernu już nie dożył. Zmarł w 1992 r., pozostawiając spadkobiercom ok. 120 mld dol. Dysponując takim kapitałem, korporacja Wal-Mart w ciągu zaledwie dekady postawiła poza granicami Stanów Zjednoczonych ok. 1,3 tys. sklepów. W 2012 r. wartość rynkową koncernu wyceniono na 208 mld dol., zaś jego placówki sprzedały towary na łączną kwotę 447 mld dol. Obecnie jest to największy pracodawca w całej Ameryce Północnej - zarówno w USA, jak i Kanadzie oraz Meksyku. I choć nadal bezwzględnie wyzyskuje pracowników wedle systemu opracowanego niegdyś przez swego twórcę, to jednocześnie tylko w USA daje zatrudnienie ok. 1,8 mln osób. A Samuela Moore'a Waltona z jego pomysłami można uznać za jednego z prekursorów rynku pracy XXI w. I trochę żal, że akurat to jego wybrała na swego ulubieńca fortuna.
źródło: http://biznes.interia.pl/wiadomosci/new ... 75129,4199
==============
Jak nie mając grosza, zostać milionerem
O tym, jak jedni autorzy genialnych pomysłów robili na nich fortunę, a drudzy dawali zarobić konkurencji.Narodziny cywilizacji masowej konsumpcji otworzyły nieprawdopodobne możliwości przed osobami potrafiącymi wymyślić coś, co można zaoferować milionom ludzi. Genialny pomysł daje szansę na zdobycie fortuny i nieśmiertelnej sławy. Jednak niekoniecznie samemu autorowi. Boleśnie przekonują się o tym do dziś potomkowie Thomasa Sullivana. Ów właściciel nowojorskiej herbaciarni pod koniec 1903 r. wpadł na banalny w swej prostocie koncept. Irytowało go, że sprowadzana z Chin herbata podczas szybkiego zaparzania w szklance unosi się do góry i niełatwo potem pozbyć się fusów. Zapakował ją więc do jedwabnego woreczka i wsadził do wrzątku. Smak wydawał się identyczny. Tak Amerykanie, niemający czasu na długie parzenie herbaty, zyskiwali możliwość szybkiego przyrządzenia kubka aromatycznego napoju.
Sullivan na początku 1904 r. zaczął szyć torebki, pakować do nich susz i oferować swój wynalazek klientom. Zamówił nawet reklamy w lokalnej prasie. Ale konkurencja bacznie go obserwowała. Sąsiednie herbaciarnie rozpowszechniły plotkę, że wynalazca sprzedaje swój towar w woreczkach, aby ukryć dodawane do niego śmieci. Poinformowany o tym Sullivan, bojąc się o renomę firmy, zaprzestał produkcji saszetek. Nie zadbał też, by opatentować swój wynalazek. Współcześnie ludzie zaparzają ok. 220 miliardów saszetek z herbatą rocznie. Gdyby ich twórca lub jego spadkobiercy pobierali choć ułamek dochodu od każdej torebki, nazwisko Sullivan znaczyłoby więcej od nazwiska Rockefeller czy Buffet. Jednak często bywa, że fortuna woli wybrać nie autora pomysłu, lecz kogoś bardziej obrotnego.
czytaj dalej
Warto kupować od geniusza
Syn serbskiego prawosławnego duchownego Nikola Tesla od dzieciństwa zadziwiał swoimi niezwykłymi zdolnościami. Fascynowała go zwłaszcza elektryczność. Ówczesne generatory wytwarzały jedynie prąd stały, dający przesyłać się kablami na niewielkie odległości. Straty energii następujące podczas przesyłu okazywały się tak ogromne, że elektryczność sprawiała wrażenie zupełnie niepraktycznej nowinki. Dopiero znalezienie sposobu na usunięcie tej niedogodności gwarantowało powszechny dostęp do energii dającej łatwo się zamieniać w światło lub ciepło. To wyzwanie tak długo dręczyło Teslę, aż w chwili olśnienia zaprojektował generator prądu zmiennego. Taki rodzaj elektryczności łatwo udawało się przesyłać na dowolne odległości, a moc i natężenie zmieniać za pomocą transformatorów.
W konserwatywnych Austro-Węgrzech nikt jednak nie zainteresował się odkryciem. Tesla wsiadł więc na statek płynący do USA, żeby poszukać pracy w laboratorium najsławniejszego wynalazcy swoich czasów Thomasa A. Edisona. Amerykanin zatrudnił niespodziewanego gościa i umożliwił mu realizację projektu, obiecując nawet 50 tys. dol. nagrody, jeśli zbuduje generator elektryczności wydajniejszy od tradycyjnych. Nie przewidywał jednak przełomowego sukcesu, skoro jednocześnie zainwestował miliony w budowę elektrowni na Pearl Street w Nowym Jorku, która wytwarzała prąd stały. Kablami docierał on najdalej do odległego o 1,5 km Manhattanu. Tymczasem Tesla uruchomił pierwszy generator prądu zmiennego i zaprezentował go Edisonowi. Amerykanin przeliczył fortunę, jaką zainwestował w nowojorską elektrownię i cały system przesyłowy, po czym, aby zapobiec stratom... wyrzucił Teslę. Odmówił nawet wypłacenia nagrody, oświadczając na pożegnanie: "Pan jest emigrantem, nie rozumie pan amerykańskiego poczucia humoru".
Wściekły Tesla opatentował genialny wynalazek, ale nie bardzo wiedział, co dalej robić, dopóki nie skontaktował się z nim George Westinghouse. O generatorze Serba milioner dowiedział się przypadkiem, gdy wpadł posłuchać wykładu przybysza z Europy w Amerykańskim Instytucie Elektrotechnicznym. Od razu pojął, jakie daje on możliwości biznesowe. Ale za prawo do patentu zaproponował skromne 60 tys. dol. Co więcej, jedynie 5 tys. zapłacił gotówką, a resztę udziałami w swojej firmie. Tesla nawet nie zauważył, iż oddaje niewyobrażalne bogactwo za marne grosze. Wkrótce należąca do Westinghouse'a Western Union Company zbudowała pierwszą elektrownię wytwarzającą prąd zmienny oraz linie przesyłowe, którymi popłynął on do wszystkich stacji kolejowych należących do tej korporacji. Potem zaczął się błyskawiczny proces elektryfikacji Stanów Zjednoczonych i całego świata. Fortuna Westinghouse'a rosła, zaś Tesla do końca życia mieszkał w pokojach hotelowych, projektując coraz bardziej szalone wynalazki.
Podobnie tanio sprzedał fortunę Sandy Fowler. I znów rzecz poszła o zapomniane już saszetki z herbatą. Mieszkający na wyspie Cejlon szkocki inżynier bardzo ubolewał nad tym, że po zalaniu naparu na powierzchni napoju unosiły się przeróżne śmieci. Był rok 1945 i producenci herbaty, szukając oszczędności, dodawali do zmielonych liści co popadło, nawet kurz i odpadki. Fowler poprosił więc żonę Annę, żeby następnym razem zaszyła herbatę w kawałku tkaniny, która podczas parzenia spełni rolę filtru. Po konsumpcji tak przygotowanego napoju Szkot doznał olśnienia i udał się do siedziby brytyjskiej kompanii herbacianej w mieście Kolombo. Swoją poduszeczkę z herbatą zaparzył w pokoju dyrektora. Ten skosztował i zaoferował odkupienie pomysłu za 2 tys. indyjskich rupii, czyli ok. 150 brytyjskich funtów. Zadowolony z niespodziewanego dochodu Szkot zgodził się od razu. Wkrótce w Wielkiej Brytanii pojawiły się pierwsze saszetki z Cejlonu, a świat czekała herbaciana rewolucja.
Kreatywne kadry to podstawa
Młody naukowiec Roy Plunkett pracujący w laboratorium im. Jacksona, należącym do firmy Du Pont, rankiem 6 kwietnia 1938 r. przyglądał się pustej butli po tetrafluoroetylenie. Nadal była ona bardzo ciężka, mimo że po odkręceniu zaworu nie ulatniał się z niej żaden gaz. W końcu zafrapowany Plunkett chwycił piłkę do metalu i stracił sporo czasu na piłowaniu, nim zobaczył co jest w środku. Opłaciło się. Biały, śliski proszek, który znalazł, był niezwykle odporny na działanie kwasów, zasad oraz wysokich temperatur. Naukowiec nazwał go teflonem.
Koncern Du Pont swój niezwykły materiał zaoferował najpierw wojsku. Gdy rozpoczęto program budowy bomby atomowej "Manhattan", okazało się, iż używany do wytwarzania izotopu uranu (U-235) gaz o nazwie sześciofluorek uranu błyskawicznie niszczył wszelkie uszczelki, jakimi zabezpieczano przewody do jego przesyłania. Dopiero pokrywanie złączy teflonem umożliwiło regularne uzyskiwanie izotopu U-235.
Potem teflon stał się niezastąpionym materiałem w statkach kosmicznych i skafandrach. Jednak prawdziwa rewolucja wydarzyła się w 1960 r., gdy pracownicy laboratorium koncernu Du Pont wpadli na pomysł, żeby pokryć nim patelnię. W tym czasie Roy Plunkett pracował w firmie na stanowisku kierownika wydziału produktów freonowych i tam doczekał emerytury w 1975 r. Dopiero wówczas zaznał odrobiny sławy. Jego popiersie umieszczono w nowojorskim Panteonie Chwały, wśród innych pomników zasłużonych dla kraju Amerykanów. Co nie oznaczało automatycznego powiększenia zasobów gotówki.
Du Pont pomnożył swoje dochody dzięki odkryciu Plunketta, z kolei koncern 3M budował swoją potęgę za sprawą wynalazku dr. Spencera Silvera i Arthura Frya. W 1968 r. pracujący w laboratorium badawczym 3M Silver przypadkiem odkrył substancję, składającą się z warstw niezasychającego akrylu, rozdzielonych banieczkami powietrza. Ten dziwny klej niemal nie tężał i słabo kleił. Przez pięć lat uczony przekonywał zwierzchników, by zainteresowali się substancją. Wszyscy w 3M słyszeli o kleju Silvera, ale nikt nie wiedział, do czego go używać. Aż pewnego dnia pracujący w dziale technicznym 3M inżynier Fry poszedł do kościoła prezbiteriańskiego i ze śpiewnika podczas mszy, jak zwykle, wypadały mu zakładki.
"Nie wiem, doprawdy, czy przyczyną tego było nudnawe kazanie, czy natchnienie duchem Bożym, ale moje myśli zaczęły w pewnej chwili błądzić, aż natrafiły na klej" - wspominał. Szybko więc zawitał do laboratorium Silvera i razem sporządzili pierwsze samoprzylepne karteczki. W ten sposób narodziły się Post-it. Obecnie niezbędny element dekoracyjny każdego biura i nieodłączny gadżet w codziennym życiu milionów ludzi. Ich roczna sprzedaż wedle danych koncernu 3M przynosi dochód rzędu 300 mln dol. Tymczasem Spencer Silver aż do przejścia na emeryturę w 1996 r. pracował w laboratorium firmy. Nikt też specjalnie nie fetował jego osoby. Twórcą Post-it okrzyknięto Arthura Frya i pod koniec lat 90. czasopismo "Esquire Magazine" zaliczyło go nawet do grona 100 najwybitniejszych osobowości świata.
Znamienne, że autorzy genialnych wynalazków przynoszących krociowe dochody, jeśli pracują dla korporacji, rzadko zostają prawdziwymi krezusami. Acz i tak Plunkett czy Fry nie mają prawa narzekać, jeśli porównać ich losy z tym, jak koncern Bandai potraktował Aki Maitę. Pracująca w biurze marketingu największego w Japonii producenta zabawek dziewczyna wpadła w połowie lat 90. na pomysł stworzenia wirtualnej istoty mogącej zastąpić dziecku domowe zwierzątko. Podczas analizy statystyki przychodów przedsiębiorstwa zauważyła, że największy dochód przynosiła sprzedaż zabawek wymagających troskliwych zachowań, jak np. głaskanie lub dokarmianie. W japońskich miastach z powodu malutkich mieszkań dzieci o własnym zwierzątku mogą tylko pomarzyć, substytutem stają się więc zwyczajne pluszaki.
Zainspirowana tym Aki Maita zleciła informatykom Bandai stworzenie programu komputerowego dającego życie wirtualnemu pisklęciu, które wymagało karmienia i pieszczot. Nowa zabawka miała kształt jajka (po japońsku tamago) z ekranem, przypominała też nieco zegarek. Nazwano ją Tamagotchi. Zarząd firmy zgodził się, by na próbę zbudowano 200 sztuk. Aki zabrała je do torby i rozdała uczennicom w dzielnicy Shibuya w Tokio. Wzięły one udział w kilkutygodniowym teście. Wypadł on tak obiecująco, że Tamagotchi pojawiło się w sprzedaży już w listopadzie 1996 r. Po kilku miesiącach przyniosło firmie Bandai ok. 150 mln euro dochodu jedynie na japońskim rynku. Potem zabawka podbiła świat. Szacuje się, że nim minęła na nią moda, sprzedano ok. 200 mln sztuk. O Tamagotchi rozpisywały się media, dyskutowali psycholodzy, filozofowie i etycy. Wedle tego, co podają Andrea Fehringer, Gerald Reischl i Clemens Stadlbauer w książce "Pułapki fortuny", autorka sukcesu Aki Maita nie otrzymała od firmy nawet jednorazowej premii. Z koncernu odeszła w 2002 r. i prawie nikt tego nie zauważył.
Prawdziwi wybrańcy fortuny
Genialne, a zarazem proste do zrealizowania pomysły, które przynoszą krociowe zyski, często nie wystarczają, aby z kogoś uczynić milionera. Prawdziwymi bogaczami zostają ci, którzy nowatorskie koncepcje potrafią samodzielnie i konsekwentnie wcielać w życie. Choć i odrobina szczęścia przy tym nie zawadzi.
Pochodzący ze starożytnego miasta Smyrna, założonego przez Greków w Azji Mniejszej, Aristotelis Onasis był synem prezesa miejscowego banku. Co nie znaczy, że ojciec ułatwił mu start w dorosłe życie. Stale zbuntowany i wyrzucany z kolejnych szkół Aristotelis w wieku 17 lat, mając w kieszeni marne 450 dol., wsiadł na statek płynący do Argentyny. W Buenos Aires zaczynał jako pomocnik murarza, ale jak przystało na obrotnego Greka, do tego wywodzącego się z rejonu, gdzie jakieś trzy tysiące lat wcześniej wynaleziono pieniądze, wpadł na pomysł łatwego ich zdobycia. Gdy spostrzegł, że cena tytoniu w Argentynie jest dużo wyższa niż w Grecji, napisał list do ojca, prosząc o dostawę. Potem przez piętnaście dni stał pod biurem prezesa największego tytoniowego koncernu w Argentynie - Juana Gaony. W końcu zaintrygowany finansista zaprosił go na rozmowę. Po zapoznaniu się z próbkami Gaona zamówił partię wartą 10 tys. dol. Onasis z dnia na dzień zdobył sobie pozycję znaczącego pośrednika w handlu między Grecją a Argentyną.
W 1929 r. wybuchł Wielki Kryzys, lecz sprytny Grek potrafił dostrzec, że i na nim da się zarobić. Kilkuletnie statki można było wówczas nabyć za 20 tys. dol. (tyle samo kosztował jeden rolls-royce). Onasis kupił dwa okręty, wyremontował i pod koniec kryzysu sprzedał z wielokrotnym zyskiem. Swą fortunę radykalnie powiększył w 1946 r., dzięki ślubowi z Athiną Livanos - córką najbogatszego w Grecji armatora Stavrosa Livanosa. Tak podbudowany finansowo zjawił się w towarzystwie kredytowym Metropolitan Life, prosząc o pożyczenie 40 mln dol. "Odniosłem wrażenie, że ten błyskotliwy facet potrafiłby sprzedać lodówki Eskimosom" - wspominał potem obsługujący go Walter Saunders.
W czasach, gdy armatorzy płacili za statki żywą gotówką, Onasis opracował i postanowił wcielić w życie system, który ochrzcił mianem OPM (Other People's Money). Nie mając żadnego tankowca, dzięki temu, że oferował niskie taryfy, podpisywał duże umowy na przewóz ropy z Ameryki do Europy ze spółkami naftowymi. Następnie przedstawiał kontrakty bankom jako gwarancję zwrotu kredytu. Po otrzymaniu pożyczki budował tankowce, które potem same się spłacały. Aristotelis Onasis, nie wykładając nawet drachmy ze swojej kieszeni, zdobył całą flotę i majątek szacowany w 1956 r. na 300 mln ówczesnych dolarów.
Bogaty Grek zaczął wówczas korzystać z uroków życia. Na pierwsze strony gazet trafiał a to z powodu zakupienia słynnego kasyna w Monte Carlo, a to romansu z gwiazdą opery Marią Callas. Choć największy skandal wywołał, gdy po rozwodzie z Athiną Livanos poślubił wdowę po prezydencie USA - samą Jackie Kennedy. Przez długie lata Amerykanie odbierali to jako policzek wymierzony ich krajowi.
Wyżyłować pracowników
Gdy media donosiły o kolejnych szokujących faktach z życia Onasisów, w małym, liczącym 25 tys. mieszkańców, miasteczku Bentonville (stan Arkansas USA) rodził się inny pomysł na fortunę. Marzący o własnym biznesie Samuel Moore Walton pożyczył od teścia 20 tys. dol. na zakup dużego sklepu. Potem wypracował fundusze wystarczające na założenie jeszcze 16 podobnych sklepów w Kansas, Arkansas i Missouri. Nie zapowiadało to jednak wielkiej kariery, dopóki Samuel Walton nie wpadł na koncept stworzenia placówki nokautującej konkurentów za sprawą ceny oferowanych towarów.
Sklep nowego typu (nazwany później dyskontem) otwarto z pompą w lipcu 1962 r. w Arkansas. Wkrótce sieć Wal-Martów ruszyła na podbój Stanów Zjednoczonych.
Walton, aby obniżyć ceny w nieosiągalny dla konkurencji sposób i mieć zysk, musiał wymyślać wciąż nowe sposoby na ograniczenie kosztów. Zaczął od oszczędzania na pensjach pracowników. Normą stało się to, że średnia zarobków w Wal-Marcie była niższa o 15 do 30 proc. od średniej krajowej. Równocześnie nikt nie pracował więcej niż 28 godzin w tygodniu, dzięki temu zgodnie z prawem obowiązującym w USA pracodawca nie musiał płacić premii ani składek emerytalnych. Wprawdzie z powodu podłych warunków zatrudnienia rocznie odchodziło ok. 40 proc. sprzedawców, lecz zawsze znajdowali się na ich miejsce nowi. Dzięki nieustannej rotacji nie trzeba było myśleć o podwyżkach.
Innym skutecznym sposobem zapobiegania podnoszeniu płac okazało się zatrudnianie emigrantów. Dla przybyszy z biednych krajów Ameryki Południowej to, co im oferował Wal-Mart, często stanowiło spełnienie marzeń. Samuel Moore Walton nie poprzestawał tylko na obniżaniu kosztów wewnątrz sieci i stale naciskał na dostawców towarów, by tak jak on cięli wszelkie wydatki. W połowie lat 60. sieć Wal-Mart skupiała już 32 sklepy, sprzedające rocznie towary na kwotę 31 mln dol.
Właściciel traktował je na równi z własnym domem, a przynajmniej miejscem, gdzie można przygotowywać do pracy w biznesie własne pociechy. Trzej synowie Waltona, a także jedyna córka pod okiem ojca codziennie myli podłogi, układali puszki i nosili pudła w sklepie w Bentonville. Głowa rodu tak surowymi metodami dydaktycznymi starała się nauczyć spadkobierców szacunku dla pracy i pieniędzy. Przy okazji Walton w ten sposób przybliżał pociechom realia prowadzonej przez siebie firmy. Z czasem każde z dzieci awansowało na kierownicze stanowisko. Nigdy jednak nie pozwalały sobie na rozrzutność, urzędując w małych, skromnych biurach oraz dbając o jak najniższe koszty życia.
Najstarszy z rodzeństwa Samuel Robson Walton okazał się równie zdolnym biznesmenem jak ojciec i pod koniec lat 80. namówił go, aby rozpocząć ekspansję poza granice USA. Jej rezultatów twórca koncernu już nie dożył. Zmarł w 1992 r., pozostawiając spadkobiercom ok. 120 mld dol. Dysponując takim kapitałem, korporacja Wal-Mart w ciągu zaledwie dekady postawiła poza granicami Stanów Zjednoczonych ok. 1,3 tys. sklepów. W 2012 r. wartość rynkową koncernu wyceniono na 208 mld dol., zaś jego placówki sprzedały towary na łączną kwotę 447 mld dol. Obecnie jest to największy pracodawca w całej Ameryce Północnej - zarówno w USA, jak i Kanadzie oraz Meksyku. I choć nadal bezwzględnie wyzyskuje pracowników wedle systemu opracowanego niegdyś przez swego twórcę, to jednocześnie tylko w USA daje zatrudnienie ok. 1,8 mln osób. A Samuela Moore'a Waltona z jego pomysłami można uznać za jednego z prekursorów rynku pracy XXI w. I trochę żal, że akurat to jego wybrała na swego ulubieńca fortuna.
źródło: http://biznes.interia.pl/wiadomosci/new ... 75129,4199

Informacje
0 użytkowników » 1 gość









