Weteran


Ileż można powtarzać te same argumenty. A z tym ośmieszaniem to bym się zastanowił, kto się ośmiesza 
Artykuł który pomoże nam zrozumieć, dlaczego czystsza produkcja energii elektrycznej na bazie węgla brunatnego, będzie wyciągała nam więcej pieniędzy z kieszeni przy opłatach za tą energię.
Ekologiczne technologie oznaczają droższy prąd
Nowe technologie produkcji energii z węgla ograniczą emisję CO2, a w związku z tym koszty zakupu praw do emisji, ale nie zapobiegną wzrostom cen prądu.
Nowe technologie będą oznaczać wzrost bieżących kosztów produkcji energii.

Ponad 90 proc. energii Polska produkuje z węgla. Proponowany przez Komisję Europejską obowiązkowy zakup uprawnień do emisji CO2 po 2012 roku polską energetykę kosztować ma ok. 5 mld euro rocznie, co może wywołać około 70-proc. wzrost cen prądu.
Wbrew pozorom zastosowanie najnowszych technologii, pozwalających na ograniczenie emisji CO2 poprzez wychwytywanie i składowanie nawet ponad 90 proc. dwutlenku węgla powstającego przy produkcji prądu z węgla, nie ograniczy kosztów produkcji energii. Technologia CCS (Carbon Capture and Storage) stanie się dodatkową przyczyną ich wzrostu.
- Wyposażenie w instalację CCS podnosi nakłady inwestycyjne na budowę elektrowni węglowej o około 80 proc. - mówi Roman Pionkowski, pełnomocnik zarządu Energi ds. inwestycji strategicznych.
Dodaje, że inwestowanie w CCS będzie się opłacać, jeśli cena uprawnień do emisji jednej tony CO2 będzie wyższa niż 40 euro. Prognozy dla cen uprawnień do emisji CO2 wskazują, że nowe technologie mogą być bardziej opłacalne niż kupowanie uprawnień do emisji CO2 dopiero na aukcjach, po 2012 roku.
- W latach 2008-2012 średnia cena uprawnienia do emisji 1 tony CO2 nie przekroczy 40 euro, ale później uprawnień będzie coraz bardziej brakować i sądzę, że ceny będą wyższe - mówi Maciej Wiśniewski, prezes Consus, która handluje uprawnieniami do emisji CO2.
Nowe technologie będą oznaczać także wzrost bieżących kosztów produkcji energii.
- Przy skuteczności wychwytywania ze spalin ponad 90 proc. CO2 sprawność elektrowni zmniejsza się o ok. 25 proc. - mówi Stanisław Tokarski, wiceprezes zarządu Tauron Polska Energia.
- Koszty produkcji w elektrowni wyposażonej w CCS są znacznie wyższe, dlatego że pojawiają się koszty wykorzystania instalacji CCS oraz transportu i bezpiecznego składowania CO2. Po drugie, instalacja CCS sama zużywa część energii produkowanej przez elektrownię, obniżając jej sprawność o co najmniej 10 proc. Łącznie podnosi to koszty produkcji energii o około 75 proc. - mówi Roman Pionkowski.
Rozbieżności w ocenie ekspertów wynikają przede wszystkim z tego, że omawiane technologie są nadal opracowywane.
- Dzisiaj nie można jeszcze kupić gotowej instalacji wychwytywania CO2. Pierwsze komercyjne, ale tylko demonstracyjne instalacje mają być uruchomione w latach 2014-2016 - mówi Jacek Sawicki, zastępca dyrektora departamentu strategii PGE.
Jego zdaniem dopiero za kolejne 5-10 lat mogą one zacząć być stosowane w elektrowniach.
Ograniczenie emisji CO2 przez zastosowanie nowych technologii musiałoby być okupione bardzo drogo.
- Gdyby od 2013 roku energetyka musiała kupować 100 proc. uprawnień do emisji CO2 i realizować pozostałe znane lub zapowiadane założenia polityki ochrony klimatu, w tym wprowadzenia obowiązku bezemisyjnej produkcji energii elektrycznej po roku 2025, same koszty wytworzenia jednostki energii elektrycznej w Polsce wzrosną do 2015 roku o ok. 30 proc., a do 2030 roku - o 50 proc. - podkreśla Roman Pionkowski.
Dodaje, że jeśli przy takich założeniach dokonać prognozy wzrostu cen energii elektryczne łącznie z kosztami przesyłu i dystrybucji, to dla gospodarstw domowych w 2015 roku dochodzimy do trudno dziś wyobrażalnego poziomu 600 zł, a w 2030 - 700 zł za 1 MWh. Obecnie to niecałe 400 zł.
Autor: Ireneusz Chojnacki
źródło : http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/ ... _prad.html
Ekologiczne technologie oznaczają droższy prąd
Nowe technologie produkcji energii z węgla ograniczą emisję CO2, a w związku z tym koszty zakupu praw do emisji, ale nie zapobiegną wzrostom cen prądu.
Nowe technologie będą oznaczać wzrost bieżących kosztów produkcji energii.

Ponad 90 proc. energii Polska produkuje z węgla. Proponowany przez Komisję Europejską obowiązkowy zakup uprawnień do emisji CO2 po 2012 roku polską energetykę kosztować ma ok. 5 mld euro rocznie, co może wywołać około 70-proc. wzrost cen prądu.
Wbrew pozorom zastosowanie najnowszych technologii, pozwalających na ograniczenie emisji CO2 poprzez wychwytywanie i składowanie nawet ponad 90 proc. dwutlenku węgla powstającego przy produkcji prądu z węgla, nie ograniczy kosztów produkcji energii. Technologia CCS (Carbon Capture and Storage) stanie się dodatkową przyczyną ich wzrostu.
- Wyposażenie w instalację CCS podnosi nakłady inwestycyjne na budowę elektrowni węglowej o około 80 proc. - mówi Roman Pionkowski, pełnomocnik zarządu Energi ds. inwestycji strategicznych.
Dodaje, że inwestowanie w CCS będzie się opłacać, jeśli cena uprawnień do emisji jednej tony CO2 będzie wyższa niż 40 euro. Prognozy dla cen uprawnień do emisji CO2 wskazują, że nowe technologie mogą być bardziej opłacalne niż kupowanie uprawnień do emisji CO2 dopiero na aukcjach, po 2012 roku.
- W latach 2008-2012 średnia cena uprawnienia do emisji 1 tony CO2 nie przekroczy 40 euro, ale później uprawnień będzie coraz bardziej brakować i sądzę, że ceny będą wyższe - mówi Maciej Wiśniewski, prezes Consus, która handluje uprawnieniami do emisji CO2.
Nowe technologie będą oznaczać także wzrost bieżących kosztów produkcji energii.
- Przy skuteczności wychwytywania ze spalin ponad 90 proc. CO2 sprawność elektrowni zmniejsza się o ok. 25 proc. - mówi Stanisław Tokarski, wiceprezes zarządu Tauron Polska Energia.
- Koszty produkcji w elektrowni wyposażonej w CCS są znacznie wyższe, dlatego że pojawiają się koszty wykorzystania instalacji CCS oraz transportu i bezpiecznego składowania CO2. Po drugie, instalacja CCS sama zużywa część energii produkowanej przez elektrownię, obniżając jej sprawność o co najmniej 10 proc. Łącznie podnosi to koszty produkcji energii o około 75 proc. - mówi Roman Pionkowski.
Rozbieżności w ocenie ekspertów wynikają przede wszystkim z tego, że omawiane technologie są nadal opracowywane.
- Dzisiaj nie można jeszcze kupić gotowej instalacji wychwytywania CO2. Pierwsze komercyjne, ale tylko demonstracyjne instalacje mają być uruchomione w latach 2014-2016 - mówi Jacek Sawicki, zastępca dyrektora departamentu strategii PGE.
Jego zdaniem dopiero za kolejne 5-10 lat mogą one zacząć być stosowane w elektrowniach.
Ograniczenie emisji CO2 przez zastosowanie nowych technologii musiałoby być okupione bardzo drogo.
- Gdyby od 2013 roku energetyka musiała kupować 100 proc. uprawnień do emisji CO2 i realizować pozostałe znane lub zapowiadane założenia polityki ochrony klimatu, w tym wprowadzenia obowiązku bezemisyjnej produkcji energii elektrycznej po roku 2025, same koszty wytworzenia jednostki energii elektrycznej w Polsce wzrosną do 2015 roku o ok. 30 proc., a do 2030 roku - o 50 proc. - podkreśla Roman Pionkowski.
Dodaje, że jeśli przy takich założeniach dokonać prognozy wzrostu cen energii elektryczne łącznie z kosztami przesyłu i dystrybucji, to dla gospodarstw domowych w 2015 roku dochodzimy do trudno dziś wyobrażalnego poziomu 600 zł, a w 2030 - 700 zł za 1 MWh. Obecnie to niecałe 400 zł.
Autor: Ireneusz Chojnacki
źródło : http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/ ... _prad.html

Kolejny artykuł w temacie :
Spór o węgiel brunatny pod Legnicą
Maciej Nowaczyk, Rafał Zasuń 2008-08-20, ostatnia aktualizacja 2008-08-20 20:39:46.0
Resort gospodarki do samorządów Dolnego Śląska: Zabezpieczcie tereny pod eksploatację złóż węgla brunatnego. - To paranoja - złości się wójt gminy Kunice, która leży w samym środku złóż. Inni samorządowcy też nie chcą u siebie kopalni i elektrowni.
Pokłady węgla brunatnego na Dolnym Śląsku to polisa na przyszłość polskiej energetyki - zalega tam 35 mld ton węgla brunatnego. To największe złoże w Europie. W Bełchatowie, gdzie jest największa elektrownia w Polsce, jest tylko 2 mld ton. Do tej pory rząd nie mógł się zdecydować, czy złoża w okolicach Legnicy będą wykorzystane, ale w opublikowanym kilka dni temu projekcie strategii energetycznej dla Polski resort gospodarki pisze: "W dalszych latach bez uruchomienia dodatkowych złóż podaż energii elektrycznej wytwarzanej z węgla brunatnego może spaść o ponad 50 proc. W związku z tym konieczne jest podjęcie działań już w chwili obecnej. W tym celu lokalne władze samorządowe (...) powinny podejmować działania na rzecz zapewnienia ochrony prawnej złóż kopalin strategicznych. Dotyczy to w szczególności złóż w rejonie Legnicy oraz Gubina".
Oznacza to, że tam, gdzie występuje węgiel, już teraz nie powinno się nic budować. Żadnego domu, drogi, magistrali wodno-kanalizacyjnej. Dlaczego? Węgiel brunatny wydobywa się systemem odkrywkowym - kopiąc olbrzymie doły. Na takim terenie w trakcie eksploatacji nic się nie ostanie.
Problem jednak w tym, że w ostatnich latach znacznie rozrosły się tam wsie, m.in.: Spalona, Miłogostowice, Golanka Dolna, Kunice. Ich mieszkańców trzeba by przesiedlić. Może to być nawet kilka tysięcy osób. Poza tym kilkanaście hektarów zostało objętych programem Natura 2000. Jakby tego było mało, poprzedni rząd przez sam środek złóż wytyczył drogę krajową S3 Lubawka - Szczecin, która zablokuje dostęp do złóż. Odcinek jest w fazie końcowego projektowania.
Samorządowcy są przerażeni wizją kopalni. - To paranoja, kompletne nieporozumienie - mówi Zdzisław Tersa, wójt gminy Kunice, które leżą na samym środku złóż Legnica. - Złoża można było zabezpieczyć w latach 70., 80., nie teraz. W samych Kunicach w ciągu dosłownie kilku lat osiedliło się ponad tysiąc nowych mieszkańców. Za setki milionów złotych, głównie z UE, powstały drogi, kanalizacja, wodociągi. Kolejne osiedla domów jednorodzinnych są w fazie projektowania. Teraz mielibyśmy to wszystko rozebrać i wysiedlić ludzi? - opowiada wójt, który nie zamierza w nowych planach zagospodarowania przestrzennego chronić złóż. - To na razie projekt, nie dokument rządowy podpisany przez premiera Tuska.
- Dla nas to zagłada - mówi Beata Dominiak, sołtys Miłogostowic leżących na złożach między Legnicą a Lubinem. - Wreszcie udało nam się przekonać wiele rodzin do wybudowania wokół domów jednorodzinnych. Budujemy drogi, rozwijamy się. Wydobycie węgla to najgorsza rzecz, jaka może nam się przydarzyć.
- Najgorsze jest to, że nikt z rządu się z nami nie kontaktuje, brakuje informacji. Ludzie się boją, bo nikt nie potrafi wytłumaczyć, co tak naprawdę może nas czekać - mówi Halina Kołodziejska, burmistrz Prochowic. - Właśnie jesteśmy w trakcie uchwalania nowego planu zagospodarowania przestrzennego. Nie chronimy w nim złóż. Chcemy się rozwijać, a nie mieć pod domami księżycowy krajobraz.
Większość władz samorządów leżących na złożach kilka tygodni temu wysłało list do premiera Tuska, domagając się wyjaśnień, co rząd zamierza zrobić z legnickimi złożami. - Dostaliśmy lakoniczną odpowiedź, że na tym etapie rozmów nic nie jest przesądzone - mówi wójt Kunic.
Niewielu samorządowców chce kopalni. Jednym z nich jest Andrzej Holdenmajer, burmistrz Ścinawy, w której mogłaby powstać elektrownia. - Ja jestem za rozwojem gminy, nowymi miejscami pracy, a bez nowych inwestycji ich nie będzie- mówił "Gazecie" na początku roku.
Kopalnię i elektrownię popiera także Robert Raczyński, prezydent Lubina: - W Polsce mamy do czynienia z ogromnym problemem energetycznym. Za kilka lat grozi nam dwu-, trzykrotna podwyżka cen prądu, a nawet przerwy w dostawach. Nie możemy zamykać sobie dostępu do tak wielkich złóż. Poza tym w 2025-30 roku najprawdopodobniej drastycznie spadnie zatrudnienie w kombinacie KGHM, bo miedzi będzie coraz mniej. Górnicy mogliby wtedy znaleźć pracę w kopalniach węgla.
Eksploatacja zapewniłyby dolnośląskim gminom prosperity na wiele lat. Kleszczów, który ma na swoim terenie kopalnię i elektrownię Bełchatów, jest najbogatszą gminą w Polsce.
Maciej Nowaczyk, Rafał Zasuń
żródło : http://miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,35751 ... l?skad=rss
Spór o węgiel brunatny pod Legnicą
Maciej Nowaczyk, Rafał Zasuń 2008-08-20, ostatnia aktualizacja 2008-08-20 20:39:46.0
Resort gospodarki do samorządów Dolnego Śląska: Zabezpieczcie tereny pod eksploatację złóż węgla brunatnego. - To paranoja - złości się wójt gminy Kunice, która leży w samym środku złóż. Inni samorządowcy też nie chcą u siebie kopalni i elektrowni.
Pokłady węgla brunatnego na Dolnym Śląsku to polisa na przyszłość polskiej energetyki - zalega tam 35 mld ton węgla brunatnego. To największe złoże w Europie. W Bełchatowie, gdzie jest największa elektrownia w Polsce, jest tylko 2 mld ton. Do tej pory rząd nie mógł się zdecydować, czy złoża w okolicach Legnicy będą wykorzystane, ale w opublikowanym kilka dni temu projekcie strategii energetycznej dla Polski resort gospodarki pisze: "W dalszych latach bez uruchomienia dodatkowych złóż podaż energii elektrycznej wytwarzanej z węgla brunatnego może spaść o ponad 50 proc. W związku z tym konieczne jest podjęcie działań już w chwili obecnej. W tym celu lokalne władze samorządowe (...) powinny podejmować działania na rzecz zapewnienia ochrony prawnej złóż kopalin strategicznych. Dotyczy to w szczególności złóż w rejonie Legnicy oraz Gubina".
Oznacza to, że tam, gdzie występuje węgiel, już teraz nie powinno się nic budować. Żadnego domu, drogi, magistrali wodno-kanalizacyjnej. Dlaczego? Węgiel brunatny wydobywa się systemem odkrywkowym - kopiąc olbrzymie doły. Na takim terenie w trakcie eksploatacji nic się nie ostanie.
Problem jednak w tym, że w ostatnich latach znacznie rozrosły się tam wsie, m.in.: Spalona, Miłogostowice, Golanka Dolna, Kunice. Ich mieszkańców trzeba by przesiedlić. Może to być nawet kilka tysięcy osób. Poza tym kilkanaście hektarów zostało objętych programem Natura 2000. Jakby tego było mało, poprzedni rząd przez sam środek złóż wytyczył drogę krajową S3 Lubawka - Szczecin, która zablokuje dostęp do złóż. Odcinek jest w fazie końcowego projektowania.
Samorządowcy są przerażeni wizją kopalni. - To paranoja, kompletne nieporozumienie - mówi Zdzisław Tersa, wójt gminy Kunice, które leżą na samym środku złóż Legnica. - Złoża można było zabezpieczyć w latach 70., 80., nie teraz. W samych Kunicach w ciągu dosłownie kilku lat osiedliło się ponad tysiąc nowych mieszkańców. Za setki milionów złotych, głównie z UE, powstały drogi, kanalizacja, wodociągi. Kolejne osiedla domów jednorodzinnych są w fazie projektowania. Teraz mielibyśmy to wszystko rozebrać i wysiedlić ludzi? - opowiada wójt, który nie zamierza w nowych planach zagospodarowania przestrzennego chronić złóż. - To na razie projekt, nie dokument rządowy podpisany przez premiera Tuska.
- Dla nas to zagłada - mówi Beata Dominiak, sołtys Miłogostowic leżących na złożach między Legnicą a Lubinem. - Wreszcie udało nam się przekonać wiele rodzin do wybudowania wokół domów jednorodzinnych. Budujemy drogi, rozwijamy się. Wydobycie węgla to najgorsza rzecz, jaka może nam się przydarzyć.
- Najgorsze jest to, że nikt z rządu się z nami nie kontaktuje, brakuje informacji. Ludzie się boją, bo nikt nie potrafi wytłumaczyć, co tak naprawdę może nas czekać - mówi Halina Kołodziejska, burmistrz Prochowic. - Właśnie jesteśmy w trakcie uchwalania nowego planu zagospodarowania przestrzennego. Nie chronimy w nim złóż. Chcemy się rozwijać, a nie mieć pod domami księżycowy krajobraz.
Większość władz samorządów leżących na złożach kilka tygodni temu wysłało list do premiera Tuska, domagając się wyjaśnień, co rząd zamierza zrobić z legnickimi złożami. - Dostaliśmy lakoniczną odpowiedź, że na tym etapie rozmów nic nie jest przesądzone - mówi wójt Kunic.
Niewielu samorządowców chce kopalni. Jednym z nich jest Andrzej Holdenmajer, burmistrz Ścinawy, w której mogłaby powstać elektrownia. - Ja jestem za rozwojem gminy, nowymi miejscami pracy, a bez nowych inwestycji ich nie będzie- mówił "Gazecie" na początku roku.
Kopalnię i elektrownię popiera także Robert Raczyński, prezydent Lubina: - W Polsce mamy do czynienia z ogromnym problemem energetycznym. Za kilka lat grozi nam dwu-, trzykrotna podwyżka cen prądu, a nawet przerwy w dostawach. Nie możemy zamykać sobie dostępu do tak wielkich złóż. Poza tym w 2025-30 roku najprawdopodobniej drastycznie spadnie zatrudnienie w kombinacie KGHM, bo miedzi będzie coraz mniej. Górnicy mogliby wtedy znaleźć pracę w kopalniach węgla.
Eksploatacja zapewniłyby dolnośląskim gminom prosperity na wiele lat. Kleszczów, który ma na swoim terenie kopalnię i elektrownię Bełchatów, jest najbogatszą gminą w Polsce.
Maciej Nowaczyk, Rafał Zasuń
żródło : http://miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,35751 ... l?skad=rss

Maniak


Rosjanie za miedzą zamierzają nam zbudować kolejną atomówkę, a nasz rząd uparcie trzyma się koncepcji, że tylko wydobycie węgla brunatnego i jego zamiana w energię elektryczną, uchroni nas od siedzenia w domu przy swieczkach
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title, ... omosc.html
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title, ... omosc.html

bron nas Panie Boże od ruskiej technologii pod naszymi granicami.NEVIL pisze: Rosjanie za miedzą zamierzają nam zbudować kolejną atomówkę, a nasz rząd uparcie trzyma się koncepcji, że tylko wydobycie węgla brunatnego i jego zamiana w energię elektryczną, uchroni nas od siedzenia w domu przy swieczkach
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title, ... omosc.html
Jestem tylko ciekaw kto od nich ten prad kupi (Ignalin2 w poblizu bedzie budowany), zwlaszcza bazujac na doswiadczeniu, ze ruskie sieci przesylowe czy to ropy czy gazu ulegaja co jakis czas "awariom" i jakos dziwnie te awarie sa sprzezone z wydarzeniami politycznymi.
Jak się okazuje, Polska posiada ogromne złoża gazu. Ich uruchomienie pozwoliło by uniezależnić nasz kraj od dostaw z zewnątrz. Mielibyśmy swój gaz w kuchenkach gazowych i moglibyśmy jego energią zasilać elektrownie bez potrzeby drążenia 250 m dziur między Legnicą , a Lubinem. Dlaczego tak nie jest, wyjaśnia poniższy artykuł. Wynika z niego, że zarówno nasz obecny rząd, jak i poprzednie, nie ma zielonego pojęcia jak się do tego zabrać.
============================================================
Polska będzie gazowym Kuwejtem Europy?
(Gazeta Finansowa/05.09.2008, godz. 19:50)
Już tej zimy możemy mieć pierwsze poważne problemy z dostawami gazu. Prawdziwy horror czeka nas zimą 2009/2010, bo wówczas kończy się umowa z Gazpromem. Czy dziś mamy martwić się tym, że pewnego dni zabraknie nam gazu? Zdecydowanie tak. Według szacunków cena rosyjskiego gazu dla Europy może wzrosnąć nawet do 500 USD/1000m3.
Po ostatnich wydarzeniach na Kaukazie o dywersyfikacji dostaw ropy i gazu można chwilowo zapomnieć. Rosja wyraźnie zamyka gruziński korytarz i chce być wyłącznym dostawcą surowców energetycznych na Europę.
Wojna z Gruzją była aż nadto wyraźnym sygnałem, nie tylko dla Gruzji, Polski czy Stanów Zjednoczonych, ale przede wszystkim dla Kazachstanu, Azerbejdżanu czy Turkmenistanu, które chciały korzystać ze swych bogactw naturalnych z pominięciem rosyjskich rurociągów. Wojna na Kaukazie uderza w całą unijną energetykę i próbę uniezależnienia się przynajmniej niektórych krajów Unii od rosyjskich dostaw surowców. Stawia pod znakiem zapytania bezpieczeństwo energetyczne tych państw i skłania UE do kontynuowania dobrych stosunków z Rosją.
Co będzie dalej?
Unia Europejska nie ma wspólnej polityki energetycznej. Najlepszym tego przykładem jest kontynuowanie budowy ropociągu Nord Stream po dnie Bałtyku, przez Niemcy, Holandię oraz przychylność dla tego projektu kilku innych krajów, takich jak choćby Włochy, czy Grecja. Często mówi się o kontynuowaniu gazociągu Nabucco, który ma na początku kosztować 8 mld EUR, a jego przepustowość ma osiągnąć docelowo 31 mld3 gazu. Gazociąg ten miał być budowany przez Gruzję, Austrię, Turcję, Węgry, Bułgarię i Niemcy. Czy jednak zostanie zrealizowany, w kontekście obecnej sytuacji geopolitycznej na Kaukazie? Nie wiadomo. Budowa małych szlaków, którymi kaspijska ropa i gaz mogłaby popłynąć do UE i uniezależnić zarówno Unię i Polskę od dostaw Rosji, będzie jeżeli wręcz niemożliwa, to na pewno o wiele trudniejsza.
Plany, plany...
Miał rację Aleksander Gudzowaty, gdy wiele lat temu co mądrzejszym polskim politykom tłumaczył, że warto zabezpieczyć się za stosunkowo niewielkie pieniądze, idące zaledwie w setki milionów złotych, i zbudować 28-kilometrowy łącznik gazowy między Bernau a Szczecinem. Był to w pełni realny pomysł dywersyfikacji dostaw gazu i wzmocnienia bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju. Było już wiadomo, że wcześniej czy później będziemy w Unii Europejskiej. Wyśmiewano i sabotowano bardzo skutecznie ten projekt. Zdecydowano się natomiast na bardzo mgławicowy, drogi i nie do końca realny projekt połączeń gazowych z Norwegią i Danią, zbojkotowany przez rząd Leszka Millera. Koniec końców nie mamy żadnego z nich. Mamy za to zerową dywersyfikację.
Kto poniesie koszty?
Wkrótce możemy mieć zupełnie niechciany gazociąg, budowany przez prywatną niemiecką firmę Concord Power Nordal, prowadzący do polskiej granicy, o przepustowości 20 mld m3. To z kolei może podważyć sens ekonomiczny budowy terminalu gazowego LNG w Świnoujściu, który może kosztować nas aż miliard euro. Dotychczasowy inwestor, PGNiG, obecnie stara się uniknąć obowiązku i próbuje przerzucić inwestycję i koszty na państwowy Gaz System, który również ma budować gazociąg z Danii do Polski, tzw. Baltic Pipe. Czy udźwignie te koszty? Czy jest w stanie to logistycznie zorganizować? Inwestycje miałyby powstać do 2016 r., ale dziś wydaje się to mało realne, ze względu na koszty i znaczące opóźnienia.
Nowe umowy, nowe ceny
Jeśli jednak Rosja, po wybudowaniu Nord Stream (możliwości przesyłowe maksymalne to aż 60 mld m3), przy wydatnej pomocy Niemiec i innych krajów UE zdecydowałaby się zamknąć gazociąg jamalski, biegnący przez Polskę, to musielibyśmy wybudować coś przy granicy – w okolicach Szczecina, by mieć łącznik dla zakontraktowanego rosyjskiego gazu. Polska ma umowę z Gazpromem, która ostatecznie wygasa w 2023 r. Do końca 2009 r. musimy uzgodnić nowe warunki – nowe ceny dostaw gazu przez RosUkrEnergo, którego udziałowcem jest Gazprom. Te negocjacje nie będą ani łatwe ani przyjemne. I wcale nie muszą się zakończyć kompromisem.
Kolejne Niderlandy
Między bajki można włożyć pomysły eksploatowania ropy i gazu przez polskich oligarchów, czy to w Libii i Iraku (przez Jana Kulczyka), czy w Kazachstanie (przez Ryszarda Krauzego i jego Pertrolinvest). Spółka ta może w każdej chwili utracić dotychczasowe koncesje wydobywcze. Tamtejsze władze idą w ślady Rosji. Udział Ryszarda Krauzego w Petrolinvescie spadnie już wkrótce tylko do 25 proc., a udział inwestorów kazachskich wzrośnie. Obiecanej ropy z tych złóż jak nie było tak nie ma. Brakuje pieniędzy na nowe wiercenia, a nawet gdyby ropa była, to w jaki sposób miałaby być przesyłana do Polski. Oby to przedsięwzięcie nie okazało się kolejnymi Niderlandami.
Poszukiwania w Norwegii
Nasz monopolista PGNiG zamierza wspólnie z Lotosem poszukiwać złóż gazu w Norwegii. Choć już wcześniej zainwestowaliśmy tam kilkaset milionów dolarów, na razie bez żadnego konkretnego efektu. Według PGNiG nakłady na złoża na Morzu Północnym wyniosą w perspektywie kilku lat aż pięć miliardów dolarów, a szacowane zasoby, zabezpieczone tam dla naszych potrzeb to ok. 35 mld m3 gazu. To bardzo kosztowny sposób wydobycia na trudnym terenie. Gdyby te pięć miliardów zainwestowano w poszukiwanie i wydobycie surowca z polskich złóż, miałoby to szybki i wymierny efekt ekonomiczny.
Stawiamy na węgiel
Podobno nasz kraj, dzięki Ministerstwu Gospodarki i premierowi Waldemarowi Pawlakowi, ma strategię energetyczną aż do 2030 r. Strategia ta niezbyt odkrywczo zakłada, że podstawowym paliwem dla polskiej energetyki będzie węgiel. Jednak złoża węgla kamiennego wyraźnie się wyczerpują. Ministerstwo Finansów w budżecie na 2008 r. pożałowało ok. 400 mln zł na poszukiwania nowych złóż węgla kamiennego, mimo obietnicy wicepremiera Pawlaka i wstępnej akceptacji tego projektu przez UE. A mniej węgla to droższy węgiel, droższy węgiel to droższy prąd, a więc droższa produkcja, usługi i wyższa inflacja.
Potrzebna ekoenergia
Strategia ta zakłada większe wykorzystanie źródeł odnawialnych i energetyki jądrowej, co w przypadku tej pierwszej części jest oczywiste, bo wynika ze zobowiązań przyjętych przez Polskę wobec UE i tzw. pakietu klimatycznego. Jednak energetyka jądrowa może wzbudzać mieszane uczucia wśród opinii publicznej w Polsce. Szkoda tylko, że tak bezmyślnie i bez ekonomicznego uzasadnienia na samym początku storpedowano i próbowano ośmieszyć inicjatywy geotermalne. Mógł być to dowód, że kolejne geotermiczne przedsięwzięcia mogą być i sensowne i ekonomicznie – opłacalne w wielu miejscach – bo Polska leży na gorących źródłach. Przed ekoenergią i gazem z własnych zasobów, przed geotermią stosowaną na wielką skalę nie uciekniemy, bo tradycyjnych źródeł wkrótce zacznie brakować.
Spanie na gazie
Czy możemy być przysłowiowym gazowym Kuwejtem Europy? Dlaczego Amerykanom, Anglikom czy Niemcom opłaca się ubiegać o koncesję na poszukiwanie w Polsce nowych złóż gazu ziemnego. A niektóre zagraniczne firmy, takie jak FX Energy, Aurelian Oil&Gas już to skutecznie robią w przeciwieństwie do PGNiG, które woli szukać gazu na trudno dostępnych terenach mórz Norwegii za owe pięć miliardów dolarów. Wielu wybitnych geologów – przedstawicieli Państwowego Instytutu Geologicznego, specjalistów z krakowskiego AGH – twierdzi, że Polska wręcz leży na gazie. A realne zasoby szacowane na złożach już odkrytych, to co najmniej 600 mld m3. Rocznie zużywamy tylko 14 mld m3. Szacuje się, że złożą w Polsce mogą zawierać zasoby rzędu 1 bln 300 mld m3 i są to złoża bardzo dobrej jakości. Dotychczas przebadano i potwierdzono zaledwie 10 – 20 proc. pokładów gazu ziemnego w Polsce, często wiercąc jeszcze w latach 70. i to bardzo płytko, na poziomie 2 – 3 km. Krajowe wydobycie nie tylko nie rośnie, ale nawet, jak zapowiada PGNiG, nastąpi obniżenie prognozy wydobycia. Rzekomy powód spadku rodzimego wydobycia gazu ziemnego to kłopoty techniczne, awarie gazociągów przesyłowych, brak środków na inwestycje czy zmiana strategii. Może to dziwić w sytuacji, gdy zagraniczne koncerny wręcz szturmują Ministerstwo Środowiska, ubiegając się o kolejne koncesje.
Mamy skarb?
W Polsce jest jeszcze dużo złóż, które nie były ani badane, ani eksploatowane, bo gaz był tani. Rosjanie nie podnosili drastycznie cen, a lobby gazowo-importowe było bardzo silne również politycznie. Prawdziwym gazowym polskim eldorado mogą okazać się tereny od Zielonej Góry przez Gorzów i Lubiatów, gdzie już odkryto złoże 5 mld m3, Międzychód, Puszcza Notecka, Środa Wielkopolska, Wielkopolska, a nawet sam Poznań, leżący na gazie może być samowystarczalny energetycznie, aż po tereny Szczecina. Równe ciekawe złoża mogą znajdować się na Podkarpaciu, w okolicach Przemyśla. Zasoby gazu znajdują się nawet w podwarszawskiej Wildze i są tam już eksploatowane. Te kopaliny mogą się okazać prawdziwym polskim skarbem.
Kto ma rację?
W 2007 r. Ministerstwo Środowiska udzieliło ok. 30 koncesji na poszukiwanie gazu. Łącznie takich koncesji jest już kilkaset. Blisko połowę otrzymały PGNiG i Petrobaltic. Jednak brak strategii obliczonej na własne źródła. Zawsze łatwiej podnieść ceny gazu polskim konsumentom. Zagraniczne firmy pamiętają, by nie zasypiać gruszek w popiele. Prą do przodu, inwestują w Polsce, nie żałują wysiłku logistycznego.
Jak zwykle ockniemy się, gdy zagraniczne firmy trafią na polskiej ziemi na bogate złoża. Wtedy będzie i przychylność polskich władz i znajdzie się ojciec tego sukcesu. Problem tylko w tym, że zyski, jak zwykle, popłyną za granicę. Jeśli zagraniczne firmy zamierzają zainwestować już nie setki a miliardy złotych w poszukiwanie i wydobycie gazu w Polsce, oznacza to, że śpimy na gazie, który dziś gwarantuje sukces i bogactwo.
Janusz Szewczak
autor jest niezależnym analitykiem gospodarczym
źródło : http://biznes.onet.pl/7,1506089,prasa.html
============================================================
Polska będzie gazowym Kuwejtem Europy?
(Gazeta Finansowa/05.09.2008, godz. 19:50)
Już tej zimy możemy mieć pierwsze poważne problemy z dostawami gazu. Prawdziwy horror czeka nas zimą 2009/2010, bo wówczas kończy się umowa z Gazpromem. Czy dziś mamy martwić się tym, że pewnego dni zabraknie nam gazu? Zdecydowanie tak. Według szacunków cena rosyjskiego gazu dla Europy może wzrosnąć nawet do 500 USD/1000m3.
Po ostatnich wydarzeniach na Kaukazie o dywersyfikacji dostaw ropy i gazu można chwilowo zapomnieć. Rosja wyraźnie zamyka gruziński korytarz i chce być wyłącznym dostawcą surowców energetycznych na Europę.
Wojna z Gruzją była aż nadto wyraźnym sygnałem, nie tylko dla Gruzji, Polski czy Stanów Zjednoczonych, ale przede wszystkim dla Kazachstanu, Azerbejdżanu czy Turkmenistanu, które chciały korzystać ze swych bogactw naturalnych z pominięciem rosyjskich rurociągów. Wojna na Kaukazie uderza w całą unijną energetykę i próbę uniezależnienia się przynajmniej niektórych krajów Unii od rosyjskich dostaw surowców. Stawia pod znakiem zapytania bezpieczeństwo energetyczne tych państw i skłania UE do kontynuowania dobrych stosunków z Rosją.
Co będzie dalej?
Unia Europejska nie ma wspólnej polityki energetycznej. Najlepszym tego przykładem jest kontynuowanie budowy ropociągu Nord Stream po dnie Bałtyku, przez Niemcy, Holandię oraz przychylność dla tego projektu kilku innych krajów, takich jak choćby Włochy, czy Grecja. Często mówi się o kontynuowaniu gazociągu Nabucco, który ma na początku kosztować 8 mld EUR, a jego przepustowość ma osiągnąć docelowo 31 mld3 gazu. Gazociąg ten miał być budowany przez Gruzję, Austrię, Turcję, Węgry, Bułgarię i Niemcy. Czy jednak zostanie zrealizowany, w kontekście obecnej sytuacji geopolitycznej na Kaukazie? Nie wiadomo. Budowa małych szlaków, którymi kaspijska ropa i gaz mogłaby popłynąć do UE i uniezależnić zarówno Unię i Polskę od dostaw Rosji, będzie jeżeli wręcz niemożliwa, to na pewno o wiele trudniejsza.
Plany, plany...
Miał rację Aleksander Gudzowaty, gdy wiele lat temu co mądrzejszym polskim politykom tłumaczył, że warto zabezpieczyć się za stosunkowo niewielkie pieniądze, idące zaledwie w setki milionów złotych, i zbudować 28-kilometrowy łącznik gazowy między Bernau a Szczecinem. Był to w pełni realny pomysł dywersyfikacji dostaw gazu i wzmocnienia bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju. Było już wiadomo, że wcześniej czy później będziemy w Unii Europejskiej. Wyśmiewano i sabotowano bardzo skutecznie ten projekt. Zdecydowano się natomiast na bardzo mgławicowy, drogi i nie do końca realny projekt połączeń gazowych z Norwegią i Danią, zbojkotowany przez rząd Leszka Millera. Koniec końców nie mamy żadnego z nich. Mamy za to zerową dywersyfikację.
Kto poniesie koszty?
Wkrótce możemy mieć zupełnie niechciany gazociąg, budowany przez prywatną niemiecką firmę Concord Power Nordal, prowadzący do polskiej granicy, o przepustowości 20 mld m3. To z kolei może podważyć sens ekonomiczny budowy terminalu gazowego LNG w Świnoujściu, który może kosztować nas aż miliard euro. Dotychczasowy inwestor, PGNiG, obecnie stara się uniknąć obowiązku i próbuje przerzucić inwestycję i koszty na państwowy Gaz System, który również ma budować gazociąg z Danii do Polski, tzw. Baltic Pipe. Czy udźwignie te koszty? Czy jest w stanie to logistycznie zorganizować? Inwestycje miałyby powstać do 2016 r., ale dziś wydaje się to mało realne, ze względu na koszty i znaczące opóźnienia.
Nowe umowy, nowe ceny
Jeśli jednak Rosja, po wybudowaniu Nord Stream (możliwości przesyłowe maksymalne to aż 60 mld m3), przy wydatnej pomocy Niemiec i innych krajów UE zdecydowałaby się zamknąć gazociąg jamalski, biegnący przez Polskę, to musielibyśmy wybudować coś przy granicy – w okolicach Szczecina, by mieć łącznik dla zakontraktowanego rosyjskiego gazu. Polska ma umowę z Gazpromem, która ostatecznie wygasa w 2023 r. Do końca 2009 r. musimy uzgodnić nowe warunki – nowe ceny dostaw gazu przez RosUkrEnergo, którego udziałowcem jest Gazprom. Te negocjacje nie będą ani łatwe ani przyjemne. I wcale nie muszą się zakończyć kompromisem.
Kolejne Niderlandy
Między bajki można włożyć pomysły eksploatowania ropy i gazu przez polskich oligarchów, czy to w Libii i Iraku (przez Jana Kulczyka), czy w Kazachstanie (przez Ryszarda Krauzego i jego Pertrolinvest). Spółka ta może w każdej chwili utracić dotychczasowe koncesje wydobywcze. Tamtejsze władze idą w ślady Rosji. Udział Ryszarda Krauzego w Petrolinvescie spadnie już wkrótce tylko do 25 proc., a udział inwestorów kazachskich wzrośnie. Obiecanej ropy z tych złóż jak nie było tak nie ma. Brakuje pieniędzy na nowe wiercenia, a nawet gdyby ropa była, to w jaki sposób miałaby być przesyłana do Polski. Oby to przedsięwzięcie nie okazało się kolejnymi Niderlandami.
Poszukiwania w Norwegii
Nasz monopolista PGNiG zamierza wspólnie z Lotosem poszukiwać złóż gazu w Norwegii. Choć już wcześniej zainwestowaliśmy tam kilkaset milionów dolarów, na razie bez żadnego konkretnego efektu. Według PGNiG nakłady na złoża na Morzu Północnym wyniosą w perspektywie kilku lat aż pięć miliardów dolarów, a szacowane zasoby, zabezpieczone tam dla naszych potrzeb to ok. 35 mld m3 gazu. To bardzo kosztowny sposób wydobycia na trudnym terenie. Gdyby te pięć miliardów zainwestowano w poszukiwanie i wydobycie surowca z polskich złóż, miałoby to szybki i wymierny efekt ekonomiczny.
Stawiamy na węgiel
Podobno nasz kraj, dzięki Ministerstwu Gospodarki i premierowi Waldemarowi Pawlakowi, ma strategię energetyczną aż do 2030 r. Strategia ta niezbyt odkrywczo zakłada, że podstawowym paliwem dla polskiej energetyki będzie węgiel. Jednak złoża węgla kamiennego wyraźnie się wyczerpują. Ministerstwo Finansów w budżecie na 2008 r. pożałowało ok. 400 mln zł na poszukiwania nowych złóż węgla kamiennego, mimo obietnicy wicepremiera Pawlaka i wstępnej akceptacji tego projektu przez UE. A mniej węgla to droższy węgiel, droższy węgiel to droższy prąd, a więc droższa produkcja, usługi i wyższa inflacja.
Potrzebna ekoenergia
Strategia ta zakłada większe wykorzystanie źródeł odnawialnych i energetyki jądrowej, co w przypadku tej pierwszej części jest oczywiste, bo wynika ze zobowiązań przyjętych przez Polskę wobec UE i tzw. pakietu klimatycznego. Jednak energetyka jądrowa może wzbudzać mieszane uczucia wśród opinii publicznej w Polsce. Szkoda tylko, że tak bezmyślnie i bez ekonomicznego uzasadnienia na samym początku storpedowano i próbowano ośmieszyć inicjatywy geotermalne. Mógł być to dowód, że kolejne geotermiczne przedsięwzięcia mogą być i sensowne i ekonomicznie – opłacalne w wielu miejscach – bo Polska leży na gorących źródłach. Przed ekoenergią i gazem z własnych zasobów, przed geotermią stosowaną na wielką skalę nie uciekniemy, bo tradycyjnych źródeł wkrótce zacznie brakować.
Spanie na gazie
Czy możemy być przysłowiowym gazowym Kuwejtem Europy? Dlaczego Amerykanom, Anglikom czy Niemcom opłaca się ubiegać o koncesję na poszukiwanie w Polsce nowych złóż gazu ziemnego. A niektóre zagraniczne firmy, takie jak FX Energy, Aurelian Oil&Gas już to skutecznie robią w przeciwieństwie do PGNiG, które woli szukać gazu na trudno dostępnych terenach mórz Norwegii za owe pięć miliardów dolarów. Wielu wybitnych geologów – przedstawicieli Państwowego Instytutu Geologicznego, specjalistów z krakowskiego AGH – twierdzi, że Polska wręcz leży na gazie. A realne zasoby szacowane na złożach już odkrytych, to co najmniej 600 mld m3. Rocznie zużywamy tylko 14 mld m3. Szacuje się, że złożą w Polsce mogą zawierać zasoby rzędu 1 bln 300 mld m3 i są to złoża bardzo dobrej jakości. Dotychczas przebadano i potwierdzono zaledwie 10 – 20 proc. pokładów gazu ziemnego w Polsce, często wiercąc jeszcze w latach 70. i to bardzo płytko, na poziomie 2 – 3 km. Krajowe wydobycie nie tylko nie rośnie, ale nawet, jak zapowiada PGNiG, nastąpi obniżenie prognozy wydobycia. Rzekomy powód spadku rodzimego wydobycia gazu ziemnego to kłopoty techniczne, awarie gazociągów przesyłowych, brak środków na inwestycje czy zmiana strategii. Może to dziwić w sytuacji, gdy zagraniczne koncerny wręcz szturmują Ministerstwo Środowiska, ubiegając się o kolejne koncesje.
Mamy skarb?
W Polsce jest jeszcze dużo złóż, które nie były ani badane, ani eksploatowane, bo gaz był tani. Rosjanie nie podnosili drastycznie cen, a lobby gazowo-importowe było bardzo silne również politycznie. Prawdziwym gazowym polskim eldorado mogą okazać się tereny od Zielonej Góry przez Gorzów i Lubiatów, gdzie już odkryto złoże 5 mld m3, Międzychód, Puszcza Notecka, Środa Wielkopolska, Wielkopolska, a nawet sam Poznań, leżący na gazie może być samowystarczalny energetycznie, aż po tereny Szczecina. Równe ciekawe złoża mogą znajdować się na Podkarpaciu, w okolicach Przemyśla. Zasoby gazu znajdują się nawet w podwarszawskiej Wildze i są tam już eksploatowane. Te kopaliny mogą się okazać prawdziwym polskim skarbem.
Kto ma rację?
W 2007 r. Ministerstwo Środowiska udzieliło ok. 30 koncesji na poszukiwanie gazu. Łącznie takich koncesji jest już kilkaset. Blisko połowę otrzymały PGNiG i Petrobaltic. Jednak brak strategii obliczonej na własne źródła. Zawsze łatwiej podnieść ceny gazu polskim konsumentom. Zagraniczne firmy pamiętają, by nie zasypiać gruszek w popiele. Prą do przodu, inwestują w Polsce, nie żałują wysiłku logistycznego.
Jak zwykle ockniemy się, gdy zagraniczne firmy trafią na polskiej ziemi na bogate złoża. Wtedy będzie i przychylność polskich władz i znajdzie się ojciec tego sukcesu. Problem tylko w tym, że zyski, jak zwykle, popłyną za granicę. Jeśli zagraniczne firmy zamierzają zainwestować już nie setki a miliardy złotych w poszukiwanie i wydobycie gazu w Polsce, oznacza to, że śpimy na gazie, który dziś gwarantuje sukces i bogactwo.
Janusz Szewczak
autor jest niezależnym analitykiem gospodarczym
źródło : http://biznes.onet.pl/7,1506089,prasa.html

Nowy(a) na forum


Zaczynają myśleć o budowie elektrowni atomowej w Polsce. Może ,,wykopki" w naszym bliskim sąsiedztwie ominą nas ?
PO ma sposób na energetyczne problemy Polski
Elektrownia atomowa
Politycy Platformy Obywatelskiej uważają, że budowa elektrowni jądrowej to sposób na rozwiązanie problemów energetycznych Polski. Zdaniem senatora Tomasza Misiaka oraz posła Andrzeja Czerwińskiego, aby uniknąć groźby powszechnych przerw w dostawie prądu, trzeba uruchomić program rozwoju energetyki jądrowej.
Zdaniem Andrzeja Czerwińskiego, wiceprzewodniczącego klubu PO, budowa elektrowni atomowej nie stworzy dodatkowych zagrożeń ani dla środowiska, ani dla Polaków. W bezpośrednim sąsiedztwie naszego kraju i tak pracuje już wiele reaktorów.
Politycy w sugestywny sposób zaprezentowali, co może nastąpić, jeśli takich inwestycji zaniechamy. Podczas konferencji prasowej zgaszono światło. Jak zaznaczył senator Misiak, już w 2015 roku w całym kraju może zabraknąć prądu. Politycy PO zaproponowali ustanowienie pełnomocnika rządu do spraw energii jądrowej a także opracowanie stosownej strategii rozwoju. Zdaniem radcy prezesa Urzędu Regulacji Energetyki, doktora Rafała Gawina, z powodu zaniechania inwestycji w rozwój energetyki, już za 5 lat może się pojawić niebezpieczeństwo deficytu energii elektrycznej. Jednak budowa siłowni jądrowej według najbardziej optymistycznych scenariuszy może się zakończyć dopiero w 2021 roku. Zdaniem doktora Gawina, mimo to warto rozważyć taką inwestycję, ponieważ po tej dacie może nastąpić ponowny deficyt energii.
Chociaż badania społeczne pokazują, że Polacy coraz mniej boją się elektrowni atomowych, to jednak dla wielu pomysł budowy takiego obiektu jest nie do zaakceptowania. Przewodniczący partii Zieloni 2004 Dariusz Szwed argumentuje, że jest o inwestycja nieopłacalna i wiele krajów rezygnuje z pozyskiwania energii w ten sposób.
Senator Misiak oraz poseł Czerwiński podkreślali, że sprawa inwestycji w energetykę jądrową wymaga szerokiej społecznej dyskusji a wszelkie decyzje powinny być podejmowane ponad politycznymi podziałami.
źródło : http://wiadomosci.onet.pl/1822182,11,item.html
PO ma sposób na energetyczne problemy Polski
Elektrownia atomowa
Politycy Platformy Obywatelskiej uważają, że budowa elektrowni jądrowej to sposób na rozwiązanie problemów energetycznych Polski. Zdaniem senatora Tomasza Misiaka oraz posła Andrzeja Czerwińskiego, aby uniknąć groźby powszechnych przerw w dostawie prądu, trzeba uruchomić program rozwoju energetyki jądrowej.
Zdaniem Andrzeja Czerwińskiego, wiceprzewodniczącego klubu PO, budowa elektrowni atomowej nie stworzy dodatkowych zagrożeń ani dla środowiska, ani dla Polaków. W bezpośrednim sąsiedztwie naszego kraju i tak pracuje już wiele reaktorów.
Politycy w sugestywny sposób zaprezentowali, co może nastąpić, jeśli takich inwestycji zaniechamy. Podczas konferencji prasowej zgaszono światło. Jak zaznaczył senator Misiak, już w 2015 roku w całym kraju może zabraknąć prądu. Politycy PO zaproponowali ustanowienie pełnomocnika rządu do spraw energii jądrowej a także opracowanie stosownej strategii rozwoju. Zdaniem radcy prezesa Urzędu Regulacji Energetyki, doktora Rafała Gawina, z powodu zaniechania inwestycji w rozwój energetyki, już za 5 lat może się pojawić niebezpieczeństwo deficytu energii elektrycznej. Jednak budowa siłowni jądrowej według najbardziej optymistycznych scenariuszy może się zakończyć dopiero w 2021 roku. Zdaniem doktora Gawina, mimo to warto rozważyć taką inwestycję, ponieważ po tej dacie może nastąpić ponowny deficyt energii.
Chociaż badania społeczne pokazują, że Polacy coraz mniej boją się elektrowni atomowych, to jednak dla wielu pomysł budowy takiego obiektu jest nie do zaakceptowania. Przewodniczący partii Zieloni 2004 Dariusz Szwed argumentuje, że jest o inwestycja nieopłacalna i wiele krajów rezygnuje z pozyskiwania energii w ten sposób.
Senator Misiak oraz poseł Czerwiński podkreślali, że sprawa inwestycji w energetykę jądrową wymaga szerokiej społecznej dyskusji a wszelkie decyzje powinny być podejmowane ponad politycznymi podziałami.
źródło : http://wiadomosci.onet.pl/1822182,11,item.html

Początkujący


Lobbing branży i umoczonych polityków pełną mordą :
http://www.geoland.pl/dodatki/energia_lix/index.html
http://www.geoland.pl/dodatki/energia_lix/index.html
no to czekamy teraz na taka wkladke w rzepie od przeciwnikow odkrywki i "NIEumoczonych polityków pełną mordą".YreQ pisze:Lobbing branży i umoczonych polityków pełną mordą :
http://www.geoland.pl/dodatki/energia_lix/index.html
najsmieszniejsze jest to ze pewnie i ty sfinansowales ta wkladke swoimi rachunkami za prad.
co do twego pytania retorycznego to te tereny to nie Rozpuda, i nie sadze zeby te awantury i niepokoje o ktorych wspomonasz byly jakas wieksza przeszkoda w kontekscie zapewnienia bezp. energ. kraju
Nic nowego. Przeciez wszyscy mówią ze nawet jesli odkrywka zostanie zbudowana to tylko zastapi te istniejace a wzrost konsumpcji pradu i tak bedzie wymagal budowania nowych elektorowni ( pewnie atomowych).NEVIL pisze: Zaczynają myśleć o budowie elektrowni atomowej w Polsce. Może ,,wykopki" w naszym bliskim sąsiedztwie ominą nas ?
O przyszłości Legnicy związanej z wydobyciem węgla brunatnego, dyskutować będą w...Lubinie
REGION Przyszłość dla Legnicy - wykład w Lubinie
Rusza XI edycja Dolnośląskiego Festiwalu Nauki. W jego ramach na 9 października zapowiedziano wykład: "Węgiel brunatny - przyszłość Legnicy". Ma zostać wygłoszony w... Lubinie.
Dolnośląski Festiwal Nauki to wielkie przedsięwzięcie. Składa się na nie dużo imprez, spotkań i wykładów w różnych częściach województwa (szczegóły: www.festiwal.wroc.pl).
- W naszych zamierzeniach Festiwal Nauki ma być wielką "pigułką edukacyjną" - w krótkim czasie można wysłuchać ciekawych wykładów, brać udział w dyskusjach z uczonymi, zwiedzać na co dzień niedostępne laboratoria i warsztaty badawcze przyrodników, lekarzy, inżynierów, humanistów i artystów - twierdzą organizatorzy.
W naszym regionie większość wydarzeń zaplanowano w Legnicy (zobacz szczegóły...)
Polecamy wykłady:
Stopa cukrzycowa - jedno z groźniejszych powikłań cukrzycy - wykład
prof. dr hab. Janusz Bielawski (Nauki medyczne,Wyższa Szkoła Medyczna LZDZ w Legnicy)
2008-10-09, godz. 08:55 - 09:40
wiek uczestników: bez ograniczeń
Lubin: Zespół Szkół nr 1 im. Prof. B. Krupińskiego, ul. Kościuszki 9
Węgiel brunatny - przyszłość Legnicy - wykład
dr Stanisław Ślusarczyk (Geologia, geologia złożowa i górnicza, Instytut Górnictwa Politechniki Wrocławskiej)
2008-10-09, godz.: 09:50 - 10:35
wiek uczestników: liceum dorośli
Lubin : Zespół Szkół nr 1 im. Prof. B. Krupińskiego, ul. Kościuszki 9
Autor: km
Data: 2008-09-19 09:16:22
źródło : http://www.powiat-lubin.pl/news.php?id=1600
REGION Przyszłość dla Legnicy - wykład w Lubinie
Rusza XI edycja Dolnośląskiego Festiwalu Nauki. W jego ramach na 9 października zapowiedziano wykład: "Węgiel brunatny - przyszłość Legnicy". Ma zostać wygłoszony w... Lubinie.
Dolnośląski Festiwal Nauki to wielkie przedsięwzięcie. Składa się na nie dużo imprez, spotkań i wykładów w różnych częściach województwa (szczegóły: www.festiwal.wroc.pl).
- W naszych zamierzeniach Festiwal Nauki ma być wielką "pigułką edukacyjną" - w krótkim czasie można wysłuchać ciekawych wykładów, brać udział w dyskusjach z uczonymi, zwiedzać na co dzień niedostępne laboratoria i warsztaty badawcze przyrodników, lekarzy, inżynierów, humanistów i artystów - twierdzą organizatorzy.
W naszym regionie większość wydarzeń zaplanowano w Legnicy (zobacz szczegóły...)
Polecamy wykłady:
Stopa cukrzycowa - jedno z groźniejszych powikłań cukrzycy - wykład
prof. dr hab. Janusz Bielawski (Nauki medyczne,Wyższa Szkoła Medyczna LZDZ w Legnicy)
2008-10-09, godz. 08:55 - 09:40
wiek uczestników: bez ograniczeń
Lubin: Zespół Szkół nr 1 im. Prof. B. Krupińskiego, ul. Kościuszki 9
Węgiel brunatny - przyszłość Legnicy - wykład
dr Stanisław Ślusarczyk (Geologia, geologia złożowa i górnicza, Instytut Górnictwa Politechniki Wrocławskiej)
2008-10-09, godz.: 09:50 - 10:35
wiek uczestników: liceum dorośli
Lubin : Zespół Szkół nr 1 im. Prof. B. Krupińskiego, ul. Kościuszki 9
Autor: km
Data: 2008-09-19 09:16:22
źródło : http://www.powiat-lubin.pl/news.php?id=1600

Nasz rząd + prof Kasztelewicz czynią wszystko, aby nas ,,uszczęśliwić" odkrywkową kopalnią węgla brunatnego w naszym regionie. Czy zapisanie niektórych miejsc tego regionu do programu Natura 2000 uchroni nas przed uruchomieniem kopalni ? Jeżeli Unia Europejska potrafi dzisiaj określić prawidłową wielkość i kształt ogórka, banana oraz prezerwatywy, to sądzę, że z nie mniejszą dociekliwością przypatrzy się, czy naszą ziemię można bezcześcić wielką dziurą w ziemi na terenach chronionej przyrody.
=============================================================
REGION Nikt nie chce brunatnego węgla
Polska siedzi na ogromnych złożach węgla brunatnego, ale mieszkańcy protestują przeciwko budowie kopalni na swoim terenie. Żeby przełamać ich opór, resort gospodarki szykuje zmiany w prawie.
Złoże Legnica jest największe w Europie. Jego wielkość szacuje się na 35 mld ton węgla brunatnego, z czego 15 mld nadaje się do wydobycia. Dla porównania - w Bełchatowie, gdzie jest największa elektrownia w Polsce - pozostały jedynie 2 mld ton.
Przez lata polskie rządy nie mogły się zdecydować, czy złoża w okolicach Legnicy mają być wykorzystane. I dopiero grożący Polsce brak prądu i coraz wyższe ceny energii skłoniły rząd premiera Donalda Tuska do zajęcia się sprawą.
Zdaniem ekspertów Polska nie ma innego wyjścia, jak rozpocząć wydobycie węgla brunatnego z nowych złóż. Węgiel brunatny daje nam dziś ok. 32 proc. energii elektrycznej. Jednak jego obecne złoża już się wyczerpują we wszystkich miejscach - w Bełchatowie, w Koninie. W tym ostatnim złoża węgla skończą się już za dwa, trzy lata. Kopalnia Konin chce otworzyć nowy pokład, ale protestują ekolodzy - boją się, że eksploatacja zaszkodzi jezioru Gopło. Nowej kopalni nie chcą też mieszkańcy Złoczewa pod Bełchatowem.
- Już w 2020 r. krajowe wydobycie węgla brunatnego zacznie spadać - mówi dr Zbigniew Kasztelewicz, ekspert od górnictwa odkrywkowego z Akademii Górniczo- Hutniczej w Krakowie. Brak węgla brunatnego będzie oznaczał mniejszą produkcję elektryczności. Tymczasem polska gospodarka będzie potrzebowała coraz więcej energii - z każdym rokiem jej zużycie wzrasta o 3-4 proc.
Ratunkiem mogą być właśnie nowe złoża (i nowa elektrownia) pod Legnicą i Gubinem. Na zlecenie rządu Instytut Górnictwa Odkrywkowego "Poltegor" przeprowadził badania tych pierwszych. Zakończyły się one kilka dni temu, raport trafił do Ministerstwa Gospodarki. - Większość pokładów zalega na głębokości ok. 200 m, poza tym złoża legnickie są dużo lepsze jakościowo niż bełchatowskie - mówi Szymon Modrzejewski, dyrektor Instytutu.
Instytut Górnictwa wycenił też koszt inwestycji. Budowa kopalni, elektrowni, eksploatacja złóż, wykup gruntów i wysiedlenie mieszkańców mają kosztować ok. 23 mld zł. Zdaniem pracowników Instytutu z terenów przyszłego wydobycia trzeba będzie wysiedlić ok. 1,5 tys. gospodarstw leżących niedaleko Legnicy. Wysiedlenia mają zostać rozciągnięte w czasie, na 25-30 lat.
Te wyliczenia nie przekonują lokalnych samorządów. I zdecydowana większość z nich próbuje storpedować projekt budowy kopalni na swoich terenach. Imają się każdego możliwego sposobu. Najbardziej skuteczny może się okazać pomysł Kunic i gminy wiejskiej Lubin. Postarały się one o wpisanie swoich gruntów do unijnego programu Natura 2000. - Tereny naszego rezerwatu zamieszkują bardzo rzadkie gatunki, m.in. żaba kumak - tłumaczy Jolanta Żygadło, inspektor gospodarki przestrzennej, ochrony środowiska i inwestycji w gminie Kunice.
Wpisanie jakiegoś terenu na listę Natura 2000 oznacza, że wszelkie inwestycje - a już zwłaszcza kopalnie - sa bardzo utrudnione - czego pilnuje sama Komisja Europejska.
- Będę walczyć z tą inwestycją na wszystkie sposoby - tłumaczy wójt Kunic Zdzisław Tersa. Wtóruje mu wójt Lubina Irena Rogowska: - Podaną w ekspertyzie liczbę 1500 rodzin do wysiedlenia możemy więc włożyć między bajki. Przecież tylko w naszej gminie na terenach złóż osiedliło się co najmniej kilka tysięcy osób - mówi.
Ale resort gospodarki zdaje się nie brać pod uwagę protestów samorządowców. W projekcie strategii energetycznej czytamy, że potrzebne będą zmiany prawne, które zabezpieczą pokłady węgla. Resort pisze też wprost: strategiczne złoża mają charakter ponadlokalny, a więc to nie gminy będą decydować o ich wykorzystaniu. - Potrzebna będzie ustawa, która zmusi gminy do uwzględnienia złóż w swoich planach - mówi Kasztelewicz.
Gminy, na terenie których działają kopalnie węgla brunatnego, mają wprawdzie krajobraz popsuty ogromnymi dziurami, ale za to są bogate.
Kleszczów, na którego terenie działa kopalnia Bełchatów, jest najbogatszą gminą w Polsce. Ten argument nie przekonuje jednak wszystkich. - Komu ja dam te pieniądze, skoro w zamian za nie wszystkim spakuję walizki? - mówił "Gazecie" tydzień temu Zbigniew Wilkowiecki, wójt Brodów koło Gubina.
Zbigniew Kasztelewicz od wielu lat bezskutecznie przekonywał samorządowców do zmiany opinii. - Zawsze odpowiadają: nie chcemy kopalni, przecież mamy prąd w gniazdku. Dopóki którejś zimy tego prądu zabraknie, to ludzie nie zrozumieją, skąd się w tym gniazdku bierze.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Autor: Maciej Nowaczyk, Rafał Zasuń / gazeta.pl
Data: 2008-09-24 11:00:52
=============================================================
REGION Nikt nie chce brunatnego węgla
Polska siedzi na ogromnych złożach węgla brunatnego, ale mieszkańcy protestują przeciwko budowie kopalni na swoim terenie. Żeby przełamać ich opór, resort gospodarki szykuje zmiany w prawie.
Złoże Legnica jest największe w Europie. Jego wielkość szacuje się na 35 mld ton węgla brunatnego, z czego 15 mld nadaje się do wydobycia. Dla porównania - w Bełchatowie, gdzie jest największa elektrownia w Polsce - pozostały jedynie 2 mld ton.
Przez lata polskie rządy nie mogły się zdecydować, czy złoża w okolicach Legnicy mają być wykorzystane. I dopiero grożący Polsce brak prądu i coraz wyższe ceny energii skłoniły rząd premiera Donalda Tuska do zajęcia się sprawą.
Zdaniem ekspertów Polska nie ma innego wyjścia, jak rozpocząć wydobycie węgla brunatnego z nowych złóż. Węgiel brunatny daje nam dziś ok. 32 proc. energii elektrycznej. Jednak jego obecne złoża już się wyczerpują we wszystkich miejscach - w Bełchatowie, w Koninie. W tym ostatnim złoża węgla skończą się już za dwa, trzy lata. Kopalnia Konin chce otworzyć nowy pokład, ale protestują ekolodzy - boją się, że eksploatacja zaszkodzi jezioru Gopło. Nowej kopalni nie chcą też mieszkańcy Złoczewa pod Bełchatowem.
- Już w 2020 r. krajowe wydobycie węgla brunatnego zacznie spadać - mówi dr Zbigniew Kasztelewicz, ekspert od górnictwa odkrywkowego z Akademii Górniczo- Hutniczej w Krakowie. Brak węgla brunatnego będzie oznaczał mniejszą produkcję elektryczności. Tymczasem polska gospodarka będzie potrzebowała coraz więcej energii - z każdym rokiem jej zużycie wzrasta o 3-4 proc.
Ratunkiem mogą być właśnie nowe złoża (i nowa elektrownia) pod Legnicą i Gubinem. Na zlecenie rządu Instytut Górnictwa Odkrywkowego "Poltegor" przeprowadził badania tych pierwszych. Zakończyły się one kilka dni temu, raport trafił do Ministerstwa Gospodarki. - Większość pokładów zalega na głębokości ok. 200 m, poza tym złoża legnickie są dużo lepsze jakościowo niż bełchatowskie - mówi Szymon Modrzejewski, dyrektor Instytutu.
Instytut Górnictwa wycenił też koszt inwestycji. Budowa kopalni, elektrowni, eksploatacja złóż, wykup gruntów i wysiedlenie mieszkańców mają kosztować ok. 23 mld zł. Zdaniem pracowników Instytutu z terenów przyszłego wydobycia trzeba będzie wysiedlić ok. 1,5 tys. gospodarstw leżących niedaleko Legnicy. Wysiedlenia mają zostać rozciągnięte w czasie, na 25-30 lat.
Te wyliczenia nie przekonują lokalnych samorządów. I zdecydowana większość z nich próbuje storpedować projekt budowy kopalni na swoich terenach. Imają się każdego możliwego sposobu. Najbardziej skuteczny może się okazać pomysł Kunic i gminy wiejskiej Lubin. Postarały się one o wpisanie swoich gruntów do unijnego programu Natura 2000. - Tereny naszego rezerwatu zamieszkują bardzo rzadkie gatunki, m.in. żaba kumak - tłumaczy Jolanta Żygadło, inspektor gospodarki przestrzennej, ochrony środowiska i inwestycji w gminie Kunice.
Wpisanie jakiegoś terenu na listę Natura 2000 oznacza, że wszelkie inwestycje - a już zwłaszcza kopalnie - sa bardzo utrudnione - czego pilnuje sama Komisja Europejska.
- Będę walczyć z tą inwestycją na wszystkie sposoby - tłumaczy wójt Kunic Zdzisław Tersa. Wtóruje mu wójt Lubina Irena Rogowska: - Podaną w ekspertyzie liczbę 1500 rodzin do wysiedlenia możemy więc włożyć między bajki. Przecież tylko w naszej gminie na terenach złóż osiedliło się co najmniej kilka tysięcy osób - mówi.
Ale resort gospodarki zdaje się nie brać pod uwagę protestów samorządowców. W projekcie strategii energetycznej czytamy, że potrzebne będą zmiany prawne, które zabezpieczą pokłady węgla. Resort pisze też wprost: strategiczne złoża mają charakter ponadlokalny, a więc to nie gminy będą decydować o ich wykorzystaniu. - Potrzebna będzie ustawa, która zmusi gminy do uwzględnienia złóż w swoich planach - mówi Kasztelewicz.
Gminy, na terenie których działają kopalnie węgla brunatnego, mają wprawdzie krajobraz popsuty ogromnymi dziurami, ale za to są bogate.
Kleszczów, na którego terenie działa kopalnia Bełchatów, jest najbogatszą gminą w Polsce. Ten argument nie przekonuje jednak wszystkich. - Komu ja dam te pieniądze, skoro w zamian za nie wszystkim spakuję walizki? - mówił "Gazecie" tydzień temu Zbigniew Wilkowiecki, wójt Brodów koło Gubina.
Zbigniew Kasztelewicz od wielu lat bezskutecznie przekonywał samorządowców do zmiany opinii. - Zawsze odpowiadają: nie chcemy kopalni, przecież mamy prąd w gniazdku. Dopóki którejś zimy tego prądu zabraknie, to ludzie nie zrozumieją, skąd się w tym gniazdku bierze.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Autor: Maciej Nowaczyk, Rafał Zasuń / gazeta.pl
Data: 2008-09-24 11:00:52

Informacje
Google [Bot] » 2 gości
