Bywalec
Bywalec
Posty: 152
Rejestracja: 25 lis 2006, 18:20
Kontakt:
Awatar użytkownika
Bywalec
Bywalec
Wizerunek Lubina na świecie.

Post autor: Mistake »

Wszystko to różni się znacznie od jej domu niedaleko Lubina, ponurego miasta w południowo-zachodniej Polsce zdominowanego przez KGHM, największą w kraju kopalnię metali. Przed 1945 rokiem tereny te należały do Niemiec i są odcięte od reszty kraju z powodu kiepskich dróg i połączeń kolejowych. Tamtejsza populacja składa się głównie z potomków Polaków przerzuconych ze wschodu – byłych terenów Polski zaanektowanych przez Związek Radziecki pod koniec II wojny światowej. Lubin jest daleko od stolicy regionu - Wrocławia, nie mówiąc o Warszawie, która jest centrum polskiego życia kulturalnego.

Dość nieciekawie to wygląda, a nasze władze jakoś nie krzepią się do tego, by polepszać wizerunek miasta. Z tego co mi wiadomo, to nie mamy miast pertnerskich, jak inni. Szkoda, bo KGHM mógłby być tym, co przyciąga, by zobaczyć resztę, a tak to mamy rozkopany rynek, komunistyczny stadion i granaty w lokalach.

Całość:
Polacy – razem i osobno
Financial Times, 24.03.2007

Drobna 22-letnia studentka matematyki jest z dala od polskiej rodziny, ale zdaje się czuć jak u siebie wśród młodych ludzi z całego świata, którzy uczęszczają do LSE.

Córka – Jagoda Sumicka

Jagoda Sumicka wyłania się z tłumu przed London School of Economics w centralnym Londynie i uśmiecha się, pełna pewności siebie.

Drobna 22-letnia studentka matematyki jest z dala od polskiej rodziny, ale zdaje się czuć jak u siebie wśród młodych ludzi z całego świata, którzy uczęszczają do LSE. Ruszamy w poszukiwaniu jej ulubionej kawy. Pierwsze miejsce jest pełne ludzi, drugie także, więc idziemy do Covent Garden, gdzie nad filiżanką cappuccino, opowiada o tym, jak wejście Polski do Unii Europejskiej odmieniło jej życie.

Matematyka stosowana, którą studiuje, jest jej pasją. Niezwykle ekscytuje ją możliwość późniejszej pracy w dziedzinie filozofii gospodarczej w Wielkiej Brytanii lub Stanach Zjednoczonych. Kocha swoje londyńskie życie – swoje studenckie mieszkanie niedaleko teatru Globe przy brzegu Tamizy, swoich przyjaciół, kawiarnie i kluby. - Tyle rzeczy można tu robić - mówi prawie perfekcyjną angielszczyzną, uśmiechając się i odgarniając kosmyk włosów z oczu.

Wszystko to różni się znacznie od jej domu niedaleko Lubina, ponurego miasta w południowo-zachodniej Polsce zdominowanego przez KGHM, największą w kraju kopalnię metali. Przed 1945 rokiem tereny te należały do Niemiec i są odcięte od reszty kraju z powodu kiepskich dróg i połączeń kolejowych. Tamtejsza populacja składa się głównie z potomków Polaków przerzuconych ze wschodu – byłych terenów Polski zaanektowanych przez Związek Radziecki pod koniec II wojny światowej. Lubin jest daleko od stolicy regionu - Wrocławia, nie mówiąc o Warszawie, która jest centrum polskiego życia kulturalnego.

Sumicką kusiło, aby wyjechać z Lubina na długo zanim wejście Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku otworzyło nowe możliwości, np. prawo do studiowania w Wielkiej Brytanii na takich samych warunkach jak studenci brytyjscy.

- Chyba zawsze byłam trochę jak ojciec. Zawsze próbuję robić coś nowego - mówi.

Ambicję odbycia prestiżowych studiów obudził w niej po raz pierwszy nauczyciel ze szkoły podstawowej, który opowiedział jej o swoim byłym wychowanku, któremu udało się dostać do prestiżowej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. - Pomyślałam, że jeśli on mógł wyjechać do Warszawy, to mogę i ja.

Jednak przede wszystkim musiała opuścić Lubin. Tak więc w wieku 16 lat przekonała rodziców, aby pozwolili jej dokończyć 2 lata nauki w oddalonym o 100 km Wrocławiu, w jednej z niewielu szkół w Polsce, gdzie zdać można było po angielsku międzynarodową maturę. Rywalizacja o miejsca była bardzo zacięta, ale Sumickiej udało się pokonać dzieci wrocławskiej elity.

Ukończyła szkołę latem 2004 roku dokładnie w momencie, gdy Polska stawała się członkiem UE. Podczas gdy część jej szkolnych kolegów i koleżanek natychmiast udała się na zachodnie uniwersytety, Sumicka trzymała się swoich pierwotnych planów i wyjechała do warszawskiej SGH. Jednak wkrótce okazało się, iż zajęcia jej nie odpowiadają i złożyła podania na uczelniach brytyjskich. Jej pierwszym wyborem był Oxford, ale nie zmieściła się w terminie. Spróbowała więc LSE i zdobyła specjalne stypendium dla polskich studentów. - Byłam na wakacjach, gdy przyszedł list. Tata przeczytał mi go przez telefon. Byłam niesamowicie podekscytowana.

Kiedy Sumicka przybyła do LSE, była to dopiero jej druga wizyta w Londynie – pierwsza miała miejsce podczas tygodniowej wycieczki szkolnej wiele lat wcześniej. - Na początku w Londynie czułam się dziwnie. Tutaj nigdy nie jest cicho. Zupełnie inaczej niż tam, gdzie mieszkają moi rodzice - mówi. Ale wkrótce poczuła się jak u siebie, zwłaszcza wśród liczącej 100 osób grupie polskich studentów.

Sumicka jest zbyt młoda, aby pamiętać rządy komunistów i ich nagły upadek w 1989 roku. Ale ceni sobie ogromne zmiany polityczne i gospodarcze, które potem nastąpiły, a zwłaszcza rolę jaką odegrał jeden liberalny ekonomista stając na czele polskich reform. - Zainspirował mnie Leszek Balcerowicz i to co zrobił dla polskiej gospodarki.

Co do Unii Europejskiej zupełnie nie podziela sceptycyzmu niektórych swoich brytyjskich przyjaciół. - Polska jest krajem, który może tylko skorzystać na członkostwie. Widać to nawet na ulicach mojej rodzinnej wioski. Ludzie widzą, że coś się dzieje – dodaje.

- Oczywiście istnieje problem emigracji. Wyjechało już milion ludzi. Osoby, które chcą odremontować swoje domy nie mogą znaleźć robotników, ponieważ wielu wyjechało do Anglii.

Sama myśli o zostaniu w Wielkiej Brytanii albo przeprowadzce do Stanów Zjednoczonych. Jeśli wróci do Polski to tylko do Warszawy, ponieważ tylko tam jest wystarczająco dużo firm, chcących zatrudniać pracowników o wysokich kwalifikacjach. Czyli nie wróci do Lubina? Twierdzi, że nie. Ale na pewno będzie odwiedzać swoich rodziców i dziadków. - Wybieram się tam całkiem niedługo - mówi. - Właśnie miałam urodziny, a mój brat będzie miał wkrótce dwudzieste pierwsze. Będziemy obchodzić je razem.

Ojciec – Waldemar Sumicki

Waldemar Sumicki, tata Jagody i biznesmen samouk, właśnie otworzył swoje biuro w przerobionej stodole na tyłach domu. W środku są polerowane drewniane podłogi, sękate belki i krzesła obite czarną skórą. Na zewnątrz szara rzeczywistość wiejskiej Polski i końcówka zimy.

W wiosce Niemstów, znajdującej się zaraz za Lubinem, 51-letni Sumicki jest lokalnym człowiekiem sukcesu. Ubrany w sportową kurtkę, ciemny sweter i dżinsy, w każdym calu wygląda jak europejski biznesmen, niczym nie różniący się od swoich francuskich, czy niemieckich kolegów. A jednak został blisko swoich korzeni, mieszkając i pracując w regionie południowo-zachodniej Polski, w którym się wychował.

Zaczynał jako hodowca drobiu i zarobił wystarczająco dużo pieniędzy, aby pomyśleć o poważniejszych inwestycjach na lokalnym rynku nieruchomości. Jednak na swoją pozycję ciężko pracował i cały czas pieniądze wydaje bardzo rozważnie. Właśnie przymierza się do swojego pierwszego luksusowego samochodu – używanego BMW X5 – ale boi się, że ktoś go ukradnie. - Dlaczego chcę go kupić? Nie wiem. Mój studiujący syn przekonał mnie do tego – przyznaje.

Dla Sumickiego kluczowym wydarzeniem w najnowszej historii Polski nie było wejście do Unii Europejskiej w 2004 roku, ale upadek komunizmu w 1989. Niekontrolowany rozwój wolnego rynku otworzył bezprecedensowe możliwości biznesowe, które szybko wykorzystał.

Sumicki jest osobą, która potrafiła zarabiać pieniądze nawet w czasach komunizmu. Syn lekarza, w latach 1978-83 studiował geodezję we Wrocławiu. Były to lata dużego niepokoju – powstawał antykomunistyczny związek zawodowy "Solidarność". Jednak w przeciwieństwie do wielu studentów nie miał czasu na politykę. - Sympatyzowałem z nimi, ale nie jestem typem wojownika.

Zamiast tego skupił się na zarabianiu pieniędzy, pracując jako robotnik, węglarz, czyściciel okien i wykonując prace, których inni nie chcieli nawet w czasach komunizmu. Był chętny do wszystkiego. Podczas wakacji wyjeżdżał pracować w Grecji i Austrii, a raz nawet wybrał się do Związku Radzieckiego sprzedawać dżinsy.

Później pracował krótko jako geodeta, zanim w 1984 roku założył w Niemstowie ze swoim bratem fermę kurzą. Żona Semickiego, Teresa, pomagała do czasu, gdy musiała zająć wychowywaniem dwójki dzieci – Jagody i jej młodszego brata Bartłomieja.

Hodowanie kur było jednym z niewielu obszarów działalności otwartych dla prywatnych przedsiębiorców, ponieważ władze z trudem walczyły z niedoborami żywności. Sumicki uzyskał rządową pożyczkę i bardzo zaangażował się w całe przedsięwzięcie. Biznes się kręcił dzięki handlowi zarówno z państwowymi odbiorcami, jak i nieoficjalnymi handlarzami oraz całą resztą klientów.

Po 1989 roku skorzystał z otwartych granic i wyjechał na targi handlowe do Hannoveru, gdzie zakupił wyposażenie wylęgarni. Kontrolując cały cykl produkcyjny kurczaków, mógł wykorzystywać gwałtowne wahania na rodzącym się rynku. W zależności od koniunktury cenowej, sprzedawał jajka, żywe kurczaki lub kurczaki przeznaczone na rzeź. - To był nieobliczalne czasy. Moje pokolenie musiało być elastyczne i szybko reagować - wspomina.

Sumicki przez jakiś czas był jednym z największych polskich handlarzy drobiu, sprzedając w swoim rekordowym roku 6 mln kurczaków i robiąc interesy w krajach zarówno wschodniej, jak i zachodniej Europy. Jednak kiedy rynek się ustabilizował zdał sobie sprawę, że musi zainwestować w dużo większe zakłady. W 1999 r. zdecydował się sprzedać interes, a uzyskane pieniądze ulokował w inwestycjach finansowych i przedsięwzięciach handlowych. W zeszłym roku wykorzystał nadarzającą się okazję i kupił dolnośląską sieć Norma 2000, krajową firmę sprzedającą okna i drzwi. Mając cztery sklepy i piętnastu pracowników zamierza się prężnie rozwijać. Bacznie obserwuje również lokalny rynek nieruchomości. - Jestem zainteresowany kilkoma lokalizacjami, ale to trudna sprawa. Wokół się kręcą duży inwestorzy i ceny rosną - mówi.

Jednak przyznaje z żalem, że biznes zmienił się od czasu pierwszych dni kapitalizmu. - Kraj się stabilizuje. Dzisiaj trzeba planować i dokładnie studiować przepisy. Czasy działania na oślep bezpowrotnie minęły.

Dziadek – Tadeusz Klimczuk

Tadeusz Klimczuk nigdy nie dawał się życiu wodzić za nos. 80-letni dziadek Jagody ze strony matki należy do pokolenia Polaków, które przeżyło II wojną światową, komunistyczne represje i narodziny nowej, demokratycznej Polski.

Ma chora nogę. Jego żona Kazimiera cierpi na chorobę Alzheimera. Małżeństwo musi wyżyć ze wspólnej emerytury w wysokości 1000 zł miesięcznie. Ale jak mówi pogodnie: - Nie ma na co narzekać. Jestem bardzo szczęśliwy. Mam syna i córkę i bardzo mądre wnuki.

Klimczukowie mieszkają na ostatnim piętrze trzypiętrowego, solidnego budynku w małym miasteczku niedaleko Lubina, Prochowicach. W skromnym dwupokojowym mieszkaniu mają niewiele mebli. Jest kilka zegarów, trochę porcelany i szkła na półkach oraz książki. To wystarczająco dużo przestrzeni dla dwójki emerytów, ale gdy w nim zamieszkali pod koniec lat 50. z dwójką dzieci i ojcem Tadeusza, musiało być ciasno.

Oboje urodzili się daleko od Prochowic. Pochodzą z wioski nieopodal Grodna, byłego polskiego miasta, obecnie znajdującego się na terenie Białorusi. Tereny te wcześniej były częścią terytorium Cesarstwa Rosyjskiego i zostały przyłączone do Polski po odzyskaniu przez nią niepodległości po I wojnie światowej. Do 1939 roku całkowicie się spolonizowały. Potem była inwazja Armii Czerwonej, niedługo po której nastąpiła nazistowska okupacja. Klimczuk pamięta wojnę, a zwłaszcza krwawe walki, które towarzyszyły wycofywaniu się Niemców w latach 1944-45. Został wtedy ranny w rękę.

Po wojnie cały region stał się częścią Związku Radzieckiego. Do wioski przyjechali komunistyczni oficjele i zmusili chłopów do oddania większości swoich ziem państwowym gospodarstwom. Klimczuk pamięta głód, kiedy produkcja rolna załamała się z powodu biurokracji, przydziałów, limitów i kar nakładanych przez władze. -To były ciężkie czasy - mówi. - Moja matka musiała smażyć potrawy na soku z cebuli, ponieważ nie było tłuszczu.

Władze sowieckie umożliwiły etnicznym Polakom powrót do ojczyzny, ponieważ chcieli wyeliminować potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa. Małżeństwo opierało się, nie chcąc opuszczać ziemi swoich przodków. Ale w 1958 roku z dwójką małych dzieci i starzejącym się ojcem Klimczuka, w końcu zdecydowali się dołączyć do exodusu. Mogli zabrać większość osobistego majątku, ale musieli zostawić zwierzęta i ziemię. - To było strasznie smutne – wspomina.

Nie mając pojęcia o celu podróży, rodzina znalazła się w północnej Polsce w miejscu otoczonym przez gęste lasy. Nienawidzili tego miejsca i skontaktowali się z przyjaciółmi z Prochowic, dokąd wkrótce się przenieśli – wbrew komunistycznym urzędnikom, którzy oskarżali ich o łamanie przepisów.

Finalnie władze znalazły im dom w Prochowicach, które przed wojną należały do Niemiec i obecnie były zasiedlone ludźmi w podobnej sytuacji jak Klimczukowie – zesłańców ze wschodu. Życie było ciężkie. Brakowało jedzenia, lekarstw i materiałów budowlanych. Ale Klimczukowie przetrwali. Oboje dostali pracę w okolicznej garbarni, gdzie pracowali do czasu przejścia na emeryturę w latach 80.

Jak wiele innych osób Klimczukowie utrzymywali niewielkie gospodarstwo rolne i ogród warzywny. Zdarzyło im się nawet hodować świnie. Innym razem trafiły się norki, z których można było zrobić futra. Przez lata Klimczuk miał kurczaki. Zrezygnował ze swojego gospodarstwa kilka lat temu, ale cały czas ma ogródek z warzywami. Jednak w tym roku, pierwszy raz od kilkudziesięciu lat, nic w nim nie posadzi z powodu chorej nogi. - Będzie leżał odłogiem - mówi niechętnie.

Jest zadowolony z wejścia Polski do UE: zarówno on, jak i jego żona głosowali w referendum za członkostwem. - To właściwa decyzja, że jesteśmy w takim dobrym towarzystwie. Lepiej nam i bezpieczniej. Unia wspiera nas, kiedy mamy problemy, tak jak w przypadku eksportu mięsa do Rosji - mówi nawiązując do trwającego sporu handlowego.

Jest smutny widząc wielu młodych ludzi z okolicy wyjeżdżających do zachodniej Europy, tak jak zrobiła jego wnuczka. Ale jak mówi, muszą jechać za pracą. - Nie mogę narzekać. Za każdym razem, gdy Jagoda jest w Polsce, przyjeżdża nas odwiedzić.

Autor: Stefan Wagstyl
źródło: http://biznes.onet.pl/14,1400677,,3254,ft.html
Weteran
Weteran
Posty: 701
Rejestracja: 07 cze 2004, 22:32
Kontakt:
Awatar użytkownika
Weteran
Weteran

Post autor: hemik »

Lol. Chyba trochę przesadzili z tym opsiem Lubina...

P.S Jagoda Sumicka powiadasz, do zerówki z nią chodziłem ale to dawno dość było :>
.MODEL SMALL .STACK .DATA
SHOW DB 'Lubin',0AH,0DH,'$'
.CODE START:
MOV AX,@DATA MOV DS,AX MOV AH, 9 MOV DX, OFFSET SHOW INT 21H MOV AH, 4CH INT 21H
END START
Weteran
Weteran
Posty: 785
Rejestracja: 01 lis 2004, 10:50
Kontakt:
Awatar użytkownika
Weteran
Weteran

Post autor: Veldrin »

a ja do klasy w liceum
Weteran
Weteran
Posty: 711
Rejestracja: 24 gru 2004, 09:15
Kontakt:
Awatar użytkownika
Weteran
Weteran

Post autor: JasioJasio »

W porównaniu z Londynem wiele, nie tylko polskich, miast wypada zapewne blado. Nie sądzę aby był to powód do dołowania się. Z pewnością jednak jest to kolejny powód aby próbwać coś zmienić. Może teraz Pan Prezydent i Rada Miejska założą na kopię kolorowe proporczyki. Będzie barwniej, gdy znów będą chcieli sobie nawrzucać.
Weteran
Weteran
Posty: 791
Rejestracja: 04 wrz 2005, 01:11
Kontakt:
Weteran
Weteran

Post autor: Dale Cooper »

Lubin jest daleko od stolicy regionu - Wrocławia, nie mówiąc o Warszawie, która jest centrum polskiego życia kulturalnego.
cale 76 kilometrow...
- Polska jest krajem, który może tylko skorzystać na członkostwie. Widać to nawet na ulicach mojej rodzinnej wioski.
szkoda, ze nie podala przykladu korzysci.
- Oczywiście istnieje problem emigracji. Wyjechało już milion ludzi. Osoby, które chcą odremontować swoje domy nie mogą znaleźć robotników, ponieważ wielu wyjechało do Anglii.
ciekawe dlaczego Ci ludzie wyjechali??

po przeczytaniu calosci zastanawam sie tylko, kto finansuje jej studia.
Bywalec
Bywalec
Posty: 152
Rejestracja: 25 lis 2006, 18:20
Kontakt:
Awatar użytkownika
Bywalec
Bywalec

Post autor: Mistake »

Spróbowała więc LSE i zdobyła specjalne stypendium dla polskich studentów.
Ponadto w Anglii możesz wziąć kredyt studencki, który spłacasz dopiero jak zarabiasz jakąś określoną kwotę. Jest to około 15000 funtów rocznie jeżeli nie zaczniesz tyle zarabiać w ciągu kilku lat czy do określonego wieku to nie musisz nic spłacać.
Bywalec
Bywalec
Posty: 104
Rejestracja: 03 gru 2006, 11:38
Kontakt:
Awatar użytkownika
Bywalec
Bywalec

Post autor: Łukasz:De »

ale mi to prownanie.....jak irak z USA...gdzie londyn, a lubin, a jakiekolwiek inne miasto w naszym kraju. Troche kiepsko i nic dziwnego, ze tak nas widza skoro tak o nas pisza :/.
Obrazek
Obrazek
Weteran
Weteran
Posty: 785
Rejestracja: 01 lis 2004, 10:50
Kontakt:
Awatar użytkownika
Weteran
Weteran

Post autor: Veldrin »

Co do Unii Europejskiej zupełnie nie podziela sceptycyzmu niektórych swoich brytyjskich przyjaciół. - Polska jest krajem, który może tylko skorzystać na członkostwie. Widać to nawet na ulicach mojej rodzinnej wioski. Ludzie widzą, że coś się dzieje – dodaje.
Jestem ciekaw co takiego w Niemstowie sie zmienilo po wejsciu do UE...
Bywalec
Bywalec
Posty: 104
Rejestracja: 03 gru 2006, 11:38
Kontakt:
Awatar użytkownika
Bywalec
Bywalec

Post autor: Łukasz:De »

prąd :)
Obrazek
Obrazek
Weteran
Weteran
Posty: 624
Rejestracja: 05 kwie 2005, 20:05
Kontakt:
Awatar użytkownika
Weteran
Weteran
Wszystko to różni się znacznie od jej domu niedaleko Lubina, [...] zdominowanego przez KGHM, największą w kraju kopalnię metali.
LOL widac ze autor artykułu nie zadał sobie nawet trudu by sprawdzic ze KGHM to nie nazwa kopalni.

Przed 1945 rokiem tereny te należały do Niemiec i są odcięte od reszty kraju z powodu kiepskich dróg i połączeń kolejowych
.

LOL nr 2
Co do kolei to OK. Ale co to znaczy kiepskie drogi? Bite takie jak w XVIII wieku? Mi sie wydawalo ze poziom drug krajowych w okolicach Lubina jest zblizony do sredniego w PL.

Lubin jest daleko od stolicy regionu - Wrocławia, nie mówiąc o Warszawie
to jest zarzut?? To co proponuje autor? Przenies zloza miedzi pod Warszawe?

Generalnie widze ze artykul (czesc lubinska) jest gleboko tendencyjny oparty na wypowiedziach jakiejs 22-letniej pipy, ktora zawsze chciala stad wyjechac i ktora zachlysnela sie wlk. miastem (w czasie pierwszych lat studiow tez uwzalem Lubin za dziure, ale mi przeszlo).

Nie ma sie co dolowac. Miasto moze nie jet za ladne ale funkcjonalne, przejezdne, oferuje to co czlowiekowi potrzebne jest do zycia, a nie sadze ze w Lubinie jest wystarczajace zapotrzebowanie na teatr czy opere.
Weteran
Weteran
Posty: 836
Rejestracja: 09 lis 2005, 10:46
Kontakt:
Weteran
Weteran
polar21 pisze: Generalnie widze ze artykul (czesc lubinska) jest gleboko tendencyjny oparty na wypowiedziach jakiejs 22-letniej pipy, ktora zawsze chciala stad wyjechac i ktora zachlysnela sie wlk. miastem (w czasie pierwszych lat studiow tez uwzalem Lubin za dziure, ale mi przeszlo).

Nie ma sie co dolowac. Miasto moze nie jet za ladne ale funkcjonalne, przejezdne, oferuje to co czlowiekowi potrzebne jest do zycia, a nie sadze ze w Lubinie jest wystarczajace zapotrzebowanie na teatr czy opere.
Generalnie mógę się podpisać 100% pod tymi słowami.
Inicjatywa dla Lubina - www.inicjatywa.elubin.pl/dokuwiki

Portal tematyczny poświęcony rozwojowi Lubina.
Nowy(a) na forum
Nowy(a) na forum
Posty: 19
Rejestracja: 11 sie 2005, 01:37
Kontakt:
Awatar użytkownika
Nowy(a) na forum
Nowy(a) na forum

Post autor: Franz »

70 km od Wrocławia to daleko? Bez przesady. Mam nadzieję, że kiedyś powstanie dobra droga, to ta odległość wogóle nie będzie miała znaczenia. Już teraz czasami szybciej dojedzie się do Wrocławia z Lubina, niż przejedzie z jednego na drugi koniec Wrocławia :)


No i KGHM - największa w kraju kopalnia metali hehe. Ja na tak poważną gazetę, to moim zdaniem mogliby się troszkę postarać i zweryfikować pewne informacje.
Bywalec
Bywalec
Posty: 154
Rejestracja: 25 wrz 2004, 13:34
Kontakt:
Bywalec
Bywalec

Post autor: gombey »

Lubin jest daleko od stolicy regionu - Wrocławia, nie mówiąc o Warszawie, która jest centrum polskiego życia kulturalnego. Jeśli wróci do Polski to tylko do Warszawy, ponieważ tylko tam jest wystarczająco dużo firm, chcących zatrudniać pracowników o wysokich kwalifikacjach. No... całe 70km. Góra godzina autem, nieco ponad godzinka busem, czy autobusem i 2 godziny pociągiem. Do tego dość dużo połączeą do wyboru. Warszawa to paskudne miasto, które jest stolicą tylko ze względu na położenie i wielkość. Nie umywa się ona do Wrocławia (no... chyba, że pod względem korków, które są tam jeszcze dłuższe), który za jakiś czas prześcignie ją również pod względem gospodarczym. Już teraz czasami szybciej dojedzie się do Wrocławia z Lubina, niż przejedzie z jednego na drugi koniec Wrocławia :) Dokładnie tak jak piszesz. Wiem z autopsji. Przed 1945 rokiem tereny te należały do Niemiec i są odcięte od reszty kraju z powodu kiepskich dróg i połączeą kolejowych. Cóż... pociągów zbyt wiele to u nas nie ma, ale drogi nie odbiegają od średniej krajowej (czyli tak kijowe jak gdzie indziej, czasem nawet ciut lepsze :) ) Wszystko to różni się znacznie od jej domu niedaleko Lubina, ponurego miasta w południowo-zachodniej Polsce zdominowanego przez KGHM, największą w kraju kopalnię metali. Fakt, faktem.... Lubin w porównaniu do Londynu czy nawet do Wrocławia jest miastem ponurym i raczej nic się tu ciekawego nie dzieje, ale żeby aż tak bardzo go nie cierpieć to już lekka przesada. Też po studiach mam zamiar stąd wyjechać bo poza wspomnianym KGHMem nie ma tu żadnej przyszłości, ale zawsze będę miło wspominać czasy, które tu przeżyłem (choć nie zawsze było lekko), a nie tylko psioczyć, że "dziura i wiocha".Co do KGHMu to jak najbardziej sie zgodzę, że dominuje nad tym regionem i jest jego jedyną siłą napędową. Gdy zabraknie miedzi to będzie tu jeszcze bardziej ponuro :( Mogliby jednak nazywać rzeczy po imieniu a nie pisać "kopalnia metali".
Weteran
Weteran
Posty: 836
Rejestracja: 09 lis 2005, 10:46
Kontakt:
Weteran
Weteran

Post autor: realista »

Nie ma jak to odgrzewany temat sprzed kilku lat :)

Tak czy inaczej jeśli chodzi o mnie to się nie zgadzam, że nie ma tu przyszłości - wydaje mi się mocno, że perspektyw i szans dla młodego człowieka może być nawet więcej niż w niejednym zatłoczonym wielkim mieście - i nie mówię tu o kimś kto ma znajomości.

Mogę podyskutować nad moją opinią, że u nas jest lepiej - jeśli to kogoś będzie interesować :)
Inicjatywa dla Lubina - www.inicjatywa.elubin.pl/dokuwiki

Portal tematyczny poświęcony rozwojowi Lubina.
Bywalec
Bywalec
Posty: 154
Rejestracja: 25 wrz 2004, 13:34
Kontakt:
Bywalec
Bywalec

Post autor: gombey »

Tak czy inaczej jeśli chodzi o mnie to się nie zgadzam, że nie ma tu przyszłości - wydaje mi się mocno, że perspektyw i szans dla młodego człowieka może być nawet więcej niż w niejednym zatłoczonym wielkim mieście - i nie mówię tu o kimś kto ma znajomości.
Np. jakie? Oświeć mnie :) Praca za 2100 na rękę do emerytury, a może zasuwanie u prywaciarza po 20h na dobę za 3200 ? Owszem... są wyjątki, którzy nie mają znajomości i mimo to znajdą tu swoje miejsce, ale są oni raczej nieliczni. Większość tych bardziej ambitnych i chcących od życia czegoś więcej niż wspomniane wyżej "perspektywy" (i nie mających układów w "kopalni metali") już nie mieszka w Lubinie i raczej tu nie wróci :(
odpowiedz

Informacje

  Bing [Bot]  »  1 gość

Moderatorzy

NEVIL, ModTEAM