Dość nieciekawie to wygląda, a nasze władze jakoś nie krzepią się do tego, by polepszać wizerunek miasta. Z tego co mi wiadomo, to nie mamy miast pertnerskich, jak inni. Szkoda, bo KGHM mógłby być tym, co przyciąga, by zobaczyć resztę, a tak to mamy rozkopany rynek, komunistyczny stadion i granaty w lokalach.
Całość:
źródło: http://biznes.onet.pl/14,1400677,,3254,ft.htmlPolacy – razem i osobno
Financial Times, 24.03.2007
Drobna 22-letnia studentka matematyki jest z dala od polskiej rodziny, ale zdaje się czuć jak u siebie wśród młodych ludzi z całego świata, którzy uczęszczają do LSE.
Córka – Jagoda Sumicka
Jagoda Sumicka wyłania się z tłumu przed London School of Economics w centralnym Londynie i uśmiecha się, pełna pewności siebie.
Drobna 22-letnia studentka matematyki jest z dala od polskiej rodziny, ale zdaje się czuć jak u siebie wśród młodych ludzi z całego świata, którzy uczęszczają do LSE. Ruszamy w poszukiwaniu jej ulubionej kawy. Pierwsze miejsce jest pełne ludzi, drugie także, więc idziemy do Covent Garden, gdzie nad filiżanką cappuccino, opowiada o tym, jak wejście Polski do Unii Europejskiej odmieniło jej życie.
Matematyka stosowana, którą studiuje, jest jej pasją. Niezwykle ekscytuje ją możliwość późniejszej pracy w dziedzinie filozofii gospodarczej w Wielkiej Brytanii lub Stanach Zjednoczonych. Kocha swoje londyńskie życie – swoje studenckie mieszkanie niedaleko teatru Globe przy brzegu Tamizy, swoich przyjaciół, kawiarnie i kluby. - Tyle rzeczy można tu robić - mówi prawie perfekcyjną angielszczyzną, uśmiechając się i odgarniając kosmyk włosów z oczu.
Wszystko to różni się znacznie od jej domu niedaleko Lubina, ponurego miasta w południowo-zachodniej Polsce zdominowanego przez KGHM, największą w kraju kopalnię metali. Przed 1945 rokiem tereny te należały do Niemiec i są odcięte od reszty kraju z powodu kiepskich dróg i połączeń kolejowych. Tamtejsza populacja składa się głównie z potomków Polaków przerzuconych ze wschodu – byłych terenów Polski zaanektowanych przez Związek Radziecki pod koniec II wojny światowej. Lubin jest daleko od stolicy regionu - Wrocławia, nie mówiąc o Warszawie, która jest centrum polskiego życia kulturalnego.
Sumicką kusiło, aby wyjechać z Lubina na długo zanim wejście Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku otworzyło nowe możliwości, np. prawo do studiowania w Wielkiej Brytanii na takich samych warunkach jak studenci brytyjscy.
- Chyba zawsze byłam trochę jak ojciec. Zawsze próbuję robić coś nowego - mówi.
Ambicję odbycia prestiżowych studiów obudził w niej po raz pierwszy nauczyciel ze szkoły podstawowej, który opowiedział jej o swoim byłym wychowanku, któremu udało się dostać do prestiżowej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. - Pomyślałam, że jeśli on mógł wyjechać do Warszawy, to mogę i ja.
Jednak przede wszystkim musiała opuścić Lubin. Tak więc w wieku 16 lat przekonała rodziców, aby pozwolili jej dokończyć 2 lata nauki w oddalonym o 100 km Wrocławiu, w jednej z niewielu szkół w Polsce, gdzie zdać można było po angielsku międzynarodową maturę. Rywalizacja o miejsca była bardzo zacięta, ale Sumickiej udało się pokonać dzieci wrocławskiej elity.
Ukończyła szkołę latem 2004 roku dokładnie w momencie, gdy Polska stawała się członkiem UE. Podczas gdy część jej szkolnych kolegów i koleżanek natychmiast udała się na zachodnie uniwersytety, Sumicka trzymała się swoich pierwotnych planów i wyjechała do warszawskiej SGH. Jednak wkrótce okazało się, iż zajęcia jej nie odpowiadają i złożyła podania na uczelniach brytyjskich. Jej pierwszym wyborem był Oxford, ale nie zmieściła się w terminie. Spróbowała więc LSE i zdobyła specjalne stypendium dla polskich studentów. - Byłam na wakacjach, gdy przyszedł list. Tata przeczytał mi go przez telefon. Byłam niesamowicie podekscytowana.
Kiedy Sumicka przybyła do LSE, była to dopiero jej druga wizyta w Londynie – pierwsza miała miejsce podczas tygodniowej wycieczki szkolnej wiele lat wcześniej. - Na początku w Londynie czułam się dziwnie. Tutaj nigdy nie jest cicho. Zupełnie inaczej niż tam, gdzie mieszkają moi rodzice - mówi. Ale wkrótce poczuła się jak u siebie, zwłaszcza wśród liczącej 100 osób grupie polskich studentów.
Sumicka jest zbyt młoda, aby pamiętać rządy komunistów i ich nagły upadek w 1989 roku. Ale ceni sobie ogromne zmiany polityczne i gospodarcze, które potem nastąpiły, a zwłaszcza rolę jaką odegrał jeden liberalny ekonomista stając na czele polskich reform. - Zainspirował mnie Leszek Balcerowicz i to co zrobił dla polskiej gospodarki.
Co do Unii Europejskiej zupełnie nie podziela sceptycyzmu niektórych swoich brytyjskich przyjaciół. - Polska jest krajem, który może tylko skorzystać na członkostwie. Widać to nawet na ulicach mojej rodzinnej wioski. Ludzie widzą, że coś się dzieje – dodaje.
- Oczywiście istnieje problem emigracji. Wyjechało już milion ludzi. Osoby, które chcą odremontować swoje domy nie mogą znaleźć robotników, ponieważ wielu wyjechało do Anglii.
Sama myśli o zostaniu w Wielkiej Brytanii albo przeprowadzce do Stanów Zjednoczonych. Jeśli wróci do Polski to tylko do Warszawy, ponieważ tylko tam jest wystarczająco dużo firm, chcących zatrudniać pracowników o wysokich kwalifikacjach. Czyli nie wróci do Lubina? Twierdzi, że nie. Ale na pewno będzie odwiedzać swoich rodziców i dziadków. - Wybieram się tam całkiem niedługo - mówi. - Właśnie miałam urodziny, a mój brat będzie miał wkrótce dwudzieste pierwsze. Będziemy obchodzić je razem.
Ojciec – Waldemar Sumicki
Waldemar Sumicki, tata Jagody i biznesmen samouk, właśnie otworzył swoje biuro w przerobionej stodole na tyłach domu. W środku są polerowane drewniane podłogi, sękate belki i krzesła obite czarną skórą. Na zewnątrz szara rzeczywistość wiejskiej Polski i końcówka zimy.
W wiosce Niemstów, znajdującej się zaraz za Lubinem, 51-letni Sumicki jest lokalnym człowiekiem sukcesu. Ubrany w sportową kurtkę, ciemny sweter i dżinsy, w każdym calu wygląda jak europejski biznesmen, niczym nie różniący się od swoich francuskich, czy niemieckich kolegów. A jednak został blisko swoich korzeni, mieszkając i pracując w regionie południowo-zachodniej Polski, w którym się wychował.
Zaczynał jako hodowca drobiu i zarobił wystarczająco dużo pieniędzy, aby pomyśleć o poważniejszych inwestycjach na lokalnym rynku nieruchomości. Jednak na swoją pozycję ciężko pracował i cały czas pieniądze wydaje bardzo rozważnie. Właśnie przymierza się do swojego pierwszego luksusowego samochodu – używanego BMW X5 – ale boi się, że ktoś go ukradnie. - Dlaczego chcę go kupić? Nie wiem. Mój studiujący syn przekonał mnie do tego – przyznaje.
Dla Sumickiego kluczowym wydarzeniem w najnowszej historii Polski nie było wejście do Unii Europejskiej w 2004 roku, ale upadek komunizmu w 1989. Niekontrolowany rozwój wolnego rynku otworzył bezprecedensowe możliwości biznesowe, które szybko wykorzystał.
Sumicki jest osobą, która potrafiła zarabiać pieniądze nawet w czasach komunizmu. Syn lekarza, w latach 1978-83 studiował geodezję we Wrocławiu. Były to lata dużego niepokoju – powstawał antykomunistyczny związek zawodowy "Solidarność". Jednak w przeciwieństwie do wielu studentów nie miał czasu na politykę. - Sympatyzowałem z nimi, ale nie jestem typem wojownika.
Zamiast tego skupił się na zarabianiu pieniędzy, pracując jako robotnik, węglarz, czyściciel okien i wykonując prace, których inni nie chcieli nawet w czasach komunizmu. Był chętny do wszystkiego. Podczas wakacji wyjeżdżał pracować w Grecji i Austrii, a raz nawet wybrał się do Związku Radzieckiego sprzedawać dżinsy.
Później pracował krótko jako geodeta, zanim w 1984 roku założył w Niemstowie ze swoim bratem fermę kurzą. Żona Semickiego, Teresa, pomagała do czasu, gdy musiała zająć wychowywaniem dwójki dzieci – Jagody i jej młodszego brata Bartłomieja.
Hodowanie kur było jednym z niewielu obszarów działalności otwartych dla prywatnych przedsiębiorców, ponieważ władze z trudem walczyły z niedoborami żywności. Sumicki uzyskał rządową pożyczkę i bardzo zaangażował się w całe przedsięwzięcie. Biznes się kręcił dzięki handlowi zarówno z państwowymi odbiorcami, jak i nieoficjalnymi handlarzami oraz całą resztą klientów.
Po 1989 roku skorzystał z otwartych granic i wyjechał na targi handlowe do Hannoveru, gdzie zakupił wyposażenie wylęgarni. Kontrolując cały cykl produkcyjny kurczaków, mógł wykorzystywać gwałtowne wahania na rodzącym się rynku. W zależności od koniunktury cenowej, sprzedawał jajka, żywe kurczaki lub kurczaki przeznaczone na rzeź. - To był nieobliczalne czasy. Moje pokolenie musiało być elastyczne i szybko reagować - wspomina.
Sumicki przez jakiś czas był jednym z największych polskich handlarzy drobiu, sprzedając w swoim rekordowym roku 6 mln kurczaków i robiąc interesy w krajach zarówno wschodniej, jak i zachodniej Europy. Jednak kiedy rynek się ustabilizował zdał sobie sprawę, że musi zainwestować w dużo większe zakłady. W 1999 r. zdecydował się sprzedać interes, a uzyskane pieniądze ulokował w inwestycjach finansowych i przedsięwzięciach handlowych. W zeszłym roku wykorzystał nadarzającą się okazję i kupił dolnośląską sieć Norma 2000, krajową firmę sprzedającą okna i drzwi. Mając cztery sklepy i piętnastu pracowników zamierza się prężnie rozwijać. Bacznie obserwuje również lokalny rynek nieruchomości. - Jestem zainteresowany kilkoma lokalizacjami, ale to trudna sprawa. Wokół się kręcą duży inwestorzy i ceny rosną - mówi.
Jednak przyznaje z żalem, że biznes zmienił się od czasu pierwszych dni kapitalizmu. - Kraj się stabilizuje. Dzisiaj trzeba planować i dokładnie studiować przepisy. Czasy działania na oślep bezpowrotnie minęły.
Dziadek – Tadeusz Klimczuk
Tadeusz Klimczuk nigdy nie dawał się życiu wodzić za nos. 80-letni dziadek Jagody ze strony matki należy do pokolenia Polaków, które przeżyło II wojną światową, komunistyczne represje i narodziny nowej, demokratycznej Polski.
Ma chora nogę. Jego żona Kazimiera cierpi na chorobę Alzheimera. Małżeństwo musi wyżyć ze wspólnej emerytury w wysokości 1000 zł miesięcznie. Ale jak mówi pogodnie: - Nie ma na co narzekać. Jestem bardzo szczęśliwy. Mam syna i córkę i bardzo mądre wnuki.
Klimczukowie mieszkają na ostatnim piętrze trzypiętrowego, solidnego budynku w małym miasteczku niedaleko Lubina, Prochowicach. W skromnym dwupokojowym mieszkaniu mają niewiele mebli. Jest kilka zegarów, trochę porcelany i szkła na półkach oraz książki. To wystarczająco dużo przestrzeni dla dwójki emerytów, ale gdy w nim zamieszkali pod koniec lat 50. z dwójką dzieci i ojcem Tadeusza, musiało być ciasno.
Oboje urodzili się daleko od Prochowic. Pochodzą z wioski nieopodal Grodna, byłego polskiego miasta, obecnie znajdującego się na terenie Białorusi. Tereny te wcześniej były częścią terytorium Cesarstwa Rosyjskiego i zostały przyłączone do Polski po odzyskaniu przez nią niepodległości po I wojnie światowej. Do 1939 roku całkowicie się spolonizowały. Potem była inwazja Armii Czerwonej, niedługo po której nastąpiła nazistowska okupacja. Klimczuk pamięta wojnę, a zwłaszcza krwawe walki, które towarzyszyły wycofywaniu się Niemców w latach 1944-45. Został wtedy ranny w rękę.
Po wojnie cały region stał się częścią Związku Radzieckiego. Do wioski przyjechali komunistyczni oficjele i zmusili chłopów do oddania większości swoich ziem państwowym gospodarstwom. Klimczuk pamięta głód, kiedy produkcja rolna załamała się z powodu biurokracji, przydziałów, limitów i kar nakładanych przez władze. -To były ciężkie czasy - mówi. - Moja matka musiała smażyć potrawy na soku z cebuli, ponieważ nie było tłuszczu.
Władze sowieckie umożliwiły etnicznym Polakom powrót do ojczyzny, ponieważ chcieli wyeliminować potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa. Małżeństwo opierało się, nie chcąc opuszczać ziemi swoich przodków. Ale w 1958 roku z dwójką małych dzieci i starzejącym się ojcem Klimczuka, w końcu zdecydowali się dołączyć do exodusu. Mogli zabrać większość osobistego majątku, ale musieli zostawić zwierzęta i ziemię. - To było strasznie smutne – wspomina.
Nie mając pojęcia o celu podróży, rodzina znalazła się w północnej Polsce w miejscu otoczonym przez gęste lasy. Nienawidzili tego miejsca i skontaktowali się z przyjaciółmi z Prochowic, dokąd wkrótce się przenieśli – wbrew komunistycznym urzędnikom, którzy oskarżali ich o łamanie przepisów.
Finalnie władze znalazły im dom w Prochowicach, które przed wojną należały do Niemiec i obecnie były zasiedlone ludźmi w podobnej sytuacji jak Klimczukowie – zesłańców ze wschodu. Życie było ciężkie. Brakowało jedzenia, lekarstw i materiałów budowlanych. Ale Klimczukowie przetrwali. Oboje dostali pracę w okolicznej garbarni, gdzie pracowali do czasu przejścia na emeryturę w latach 80.
Jak wiele innych osób Klimczukowie utrzymywali niewielkie gospodarstwo rolne i ogród warzywny. Zdarzyło im się nawet hodować świnie. Innym razem trafiły się norki, z których można było zrobić futra. Przez lata Klimczuk miał kurczaki. Zrezygnował ze swojego gospodarstwa kilka lat temu, ale cały czas ma ogródek z warzywami. Jednak w tym roku, pierwszy raz od kilkudziesięciu lat, nic w nim nie posadzi z powodu chorej nogi. - Będzie leżał odłogiem - mówi niechętnie.
Jest zadowolony z wejścia Polski do UE: zarówno on, jak i jego żona głosowali w referendum za członkostwem. - To właściwa decyzja, że jesteśmy w takim dobrym towarzystwie. Lepiej nam i bezpieczniej. Unia wspiera nas, kiedy mamy problemy, tak jak w przypadku eksportu mięsa do Rosji - mówi nawiązując do trwającego sporu handlowego.
Jest smutny widząc wielu młodych ludzi z okolicy wyjeżdżających do zachodniej Europy, tak jak zrobiła jego wnuczka. Ale jak mówi, muszą jechać za pracą. - Nie mogę narzekać. Za każdym razem, gdy Jagoda jest w Polsce, przyjeżdża nas odwiedzić.
Autor: Stefan Wagstyl




