KGHM na rynku króla i żebraka
Jeden z flagowych okrętów naszej gospodarki, kontrolowany przez państwo miedziowy koncern KGHM, właśnie uruchomił kopalnię miedzi w chilijskim Sierra Gorda.
To jeden z największych na świecie projektów w górnictwie miedzi. I gigantyczne pieniądze, bo inwestycja w Nowym Świecie, w tym także w kopalnie w Kanadzie i USA, kosztowała 10 mld zł. Skoro polska firma była w stanie sama zainwestować tak kolosalną kwotę za granicą, to dowód na to, że nasza gospodarka po 25 latach przemian już na tyle okrzepła, że pod względem skali inwestycji nasze największe firmy mogą już się mierzyć z globalnymi konkurentami.
Prezes KGHM Herbert Wirth nie jest konkwistadorem jak Cortés czy Pizarro, nie ma zamiaru niczego podbijać w Ameryce Południowej, tylko robić interesy. Tak jak Hiszpanie szukali tam złota, tak Wirth szuka zysków dla swoich akcjonariuszy, w tym skarbu państwa. W scenariuszu pozytywnym chilijska inwestycja powinna być kurą znoszącą złote jaja, bo daje tanią miedź, a światowa gospodarka będzie potrzebować coraz więcej surowca, bo producenci są za mało wydajni i otwierają za mało kopalń, aby byli w stanie sprostać zapotrzebowaniu.
Ale trzeba też wrzucić trochę dziegciu do tej beczki miodu. Surowce to rynek króla i żebraka. Kiedy jest prosperity i miedź kosztuje 7-8 tys. dol. za tonę, to jest się królem. Jednak gdy cena mocno spadnie, król staje się żebrakiem. Kilkanaście lat temu miedź była tak tania, że akcje KGHM na giełdzie kosztowały poniżej 10 zł (dziś ok. 130 zł). Wtedy o wartości spółki przesądzały nie kopalnie i drogo wydobywana miedź, tylko udziały KGHM w komórkowej sieci Plus. Dlatego tak samo ważne jak tania eksploatacja nowych złóż jest obniżanie kosztów produkcji, mechanizacja wydobycia i utrzymywanie w ryzach płac w kopalniach KGHM w Polsce.
Projekt w Sierra Gorda jak każda zagraniczna inwestycja jest wystawiony na ryzyko polityczne i ekonomiczne, którego tak naprawdę nikt nie jest w stanie określić. Ameryka Południowa nie należy do najbardziej stabilnych regionów świata, władza polityczna tam na pstrym koniu jeździ. Sąsiad Chile - Argentyna - właśnie zbankrutował po raz drugi w tym wieku. Populistyczni przywódcy mogą zagrozić każdemu zagranicznemu inwestorowi, nie tylko KGHM. Wystarczy, że wydobycie miedzi zostałoby obłożone ekstra podatkiem albo związkowcy wymusili wyższe pensje. Poważnym ryzykiem jest też utrzymanie koniunktury gospodarczej w Chinach, które kupują 40 proc. światowej miedzi. Gdyby tam doszło do inwestycyjnego krachu, cena miedzi poleci na łeb na szyję, bo po Chińczykach nikt luki nie wypełni.
To dość symboliczne, że uruchomienie produkcji w Sierra Gorda następuje krótko po tym, gdy PKN Orlen zakwestionował jedną z największych polskich inwestycji - zakup litewskiej rafinerii Możejki za 2,8 mld dol. Grube miliardy złotych zostały spisane księgowo na straty, mimo że prawie dekadę temu, kiedy przeprowadzano transakcję, Możejki miały perspektywy jako wschodnia flanka polskiej branży paliwowej chroniąca nas przed ekspansją rosyjskich koncernów. Ale Rosjanie zakręcili Możejkom kurek z ropą z rurociągu Przyjaźń, a za transport paliwa pociągami litewskie koleje liczyły tak drogo, że skutkowało to posądzeniami litewskiego rządu o złe nastawienie wobec Polski. W efekcie na poważnie rozważane jest - przynajmniej czasowe - zamknięcie rafinerii, chyba że ktoś ją zechce odkupić. Przykład Możejek pokazuje, że zachwyt nad zagraniczną ekspansją polskiego kapitału to jedno, a twarde pozytywne efekty takiego działania po latach to drugie.
Inwestycja PKN Orlen na Litwie była motywowana politycznie, bo trzeba było Rosjanom zagrać na nosie. W Chile KGHM kieruje się zimnym rachunkiem ekonomicznym. I niech tak pozostanie, choć ryzyka w Nowym Świecie też nie brakuje.
źródło:
http://wyborcza.pl/1,75968,16428645,KGH ... braka.html