Komentarze:
fakty tvn
Zagrozić, wyciszyć, ocenzurować - takie działania są prowadzone w sprawie ZATOKI **** w Sopocie
--------------------------------
Loopo
Gdyby biskupi mieli płacić z własnych pieniędzy to by szybko zrobili porządek, a tak... KK zapłaci, a oni nadal bedą opływac w luksusy.
-------------------------------
j
Problem jest nawet trochę szerszy: Kościół chce nas widzieć ciągle bijących się w piersi i wyznających swoje winy. Doskonale operuje wpędzając nas ciągle w poczucie winy i to niezależnie, czy coś rzeczywiście mamy na sumieniu. Jak się słucha niektórych kazań, to można odnieść wrażenie, że to nie kościół, tylko więzienna kaplica i ten ksiądz mówi do morderców, gwałcicieli i gangsterów, podczas gdy sam być może ma więcej na sumieniu od tych, którzy go słuchają. Księża ciągle wiernym powtarzają: tylko czasem nie mówcie, że nie macie nic na sumieniu, bo macie i to dużo! Natomiast Kościół, jako instytucja daje nam tutaj jak najgorszy przykład, bo sam jest niesłychanie nieskłonny do przyznawania się do własnych win oraz konsekwentnie staje murem za swoimi ludźmi, żeby ich uchronić przed jakąkolwiek odpowiedzialnością. No i nie dotyczy to bynajmniej tylko pedofilii.
===================================
Zagrozić, wyciszyć, przenieść. Kościół przez lata starał się odwodzić ofiary od zarzutów przeciw księżom [WYWIAD]

Osoba, która pomaga przestępcy, może odpowiadać na podstawie kodeksu karnego tak jak ten przestępca – tak było, tak jest i mam nadzieję, że tak będzie. Tyle że w przypadku hierarchów Kościoła katolickiego jakoś to nie działa. Z Januszem Mazurem, adwokatem, który reprezentował ofiarę księdza Pawła Kani w sprawie o odszkodowanie przeciwko archidiecezji wrocławskiej i diecezji bydgoskiej - rozmawia Piotr Szymaniak.
Archidiecezja wrocławska i diecezja bydgoska mają solidarnie zapłacić 300 tys. zł odszkodowania ofierze byłego już księdza Pawła Kani, skazanego w 2015 r. za wykorzystywanie seksualne chłopców. Jego przełożeni, wiedząc, że ma skłonności pedofilskie, przenosili go do innych parafii. To jeden z nielicznych przykładów, gdy do odpowiedzialności – w tym przypadku cywilnej – są pociągani nie tylko bezpośredni sprawcy, ale i ich zwierzchnicy. Dlaczego Kościół tak rzadko płaci za swoje zaniedbania?
Trzeba pamiętać, że aby dochodzić odpowiedzialności zwierzchników Kościoła – jako organu osoby prawnej, która ma związek z przestępstwem popełnionym przez duchownego – trzeba doprowadzić do prawomocnego skazania księdza w procesie karnym. A takich wyroków wciąż nie jest dużo, na pewno o wiele mniej niż przestępstw. Nie wszyscy pokrzywdzeni decydują się bowiem na zawiadomienie organów ścigania. Wydaje mi się, że są tego dwie przyczyny. Przede wszystkim ofiary nie mają zaufania do organów ścigania czy też do szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości. To efekt ścisłego związku pomiędzy państwem a Kościołem, który obserwujemy od wielu, wielu lat.
Rozumiem, że ma pan na myśli okres po 1989 r.?
Tak, uważam, że związek tronu i ołtarza jest główną przyczyną, dla której pokrzywdzeni nie mają zaufania do wymiaru sprawiedliwości. Czują strach, krępują się, obawiają się napiętnowania. Nie chcą wstępować na drogę sądową, bo nie mają pewności co do wyniku procesu. Zresztą czasem ich niechęć nie wynika nawet z niepewności co do wyroku, lecz z obawy, że wymiar sprawiedliwości nie podejmie próby obrony ich interesów i nie będzie chciał skutecznie ścigać sprawców. Przykładem jest sytuacja, do której doszło podczas mszy w Toruniu, gdy ojciec Rydzyk w obecności prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości usprawiedliwiał postępowanie księży, mówiąc: „A kto nie ma pokus?”. I przedstawił biskupa Edwarda Janiaka jako ofiarę, „współczesnego męczennika”. W procesie, w którym uczestniczyłem, jest tyle dowodów winy tego biskupa, że aż się dziwię, iż do tej pory nikt oprócz sądu rozpoznającego sprawę do tych akt nie zajrzał.
źródło:
https://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/ ... filii.html