Jest na czasie. Dla artysty po sześćdziesiątce, który największe muzyczne triumfy święcił trzy dekady temu, to nie lada wyczyn. Obecnie Zbigniew Wodecki po prostu cieszy się muzyką, nie przejmując się co wypada, a co nie. Solo na skrzypcach w heavymetalowym utworze? Proszę bardzo. Śpiewanie tekstu rapera Peji? Dlaczego nie. Występ na katowickim OFF Festiwalu z kolektywem Mitch & Mitch? Jak najbardziej. Ta ostatnia współpraca zaowocowała albumem "1976: Space Odyssey". Krążek już drugi miesiąc nie schodzi z listy najlepiej sprzedających się płyt w Polsce.
„Panny mojego dziadka” śpiewał pan po raz pierwszy, mając dwadzieścia sześć lat. Teraz powtórnie odkrywa pan ten utwór z zespołem Mitch & Mitch, gdy już, tak jak podmiot liryczny, sam pan został dziadkiem.
- (śmiech) Raczej nie mam w związku z tym specjalnych refleksji. Cieszę się, że dożyłem czasów, w których jest mój wnuk, o którym śpiewałem, gdy nie było go jeszcze na świecie. Zresztą jak zaczynałem śpiewać ten tekst, to nawet jeszcze moich dzieci nie było!
Jest taki żart, który pan podobno szczególnie lubi: „Syn mówi do ojca: - Tato, jak dorosnę, to zostanę muzykiem. Na co ojciec odpowiada: - O nie. Albo jedno, albo drugie”. Panu się udało jedno z drugim połączyć?
- Tak, ale miałem wielkie szczęście, że urodziłem się w Krakowie i w takiej rodzinie, jak moja, która posiadała bliskie kontakty z Orkiestrą Polskiego Radia. Od piątego roku życia siedziałem w filharmonii, jedząc pomidorową w stołówce, podczas gdy tata grał V symfonię Beethovena za drzwiami. Później przesiadywałem w operetce w orkiestronie, bo siostra śpiewała i grała na wiolonczeli. Chcąc nie chcąc, poznałem wszystkie arie. A jak już mi to weszło w krew, to musiałem iść do szkoły muzycznej.
Choć na początku to wszystko wyglądało tragicznie. Nie chciałem się uczyć, nie chciałem ćwiczyć, nie miałem do tego zdrowia. Słuch muzyczny był, ale opanować grę na tym pudle z drewna z naciągniętymi czterema strunami to nie przelewki. Zagrać czysto gamę, podczas gdy ten smyczek tak rzęzi? I jeszcze nauczyć się tego, co napisali geniusze w tej dziedzinie... Całe życie trzeba poświęcić na to, żeby poruszać się w repertuarze Paganiniego, Czajkowskiego, Brahmsa. A ludzie, którzy chcą obronić dyplom w szkole muzycznej, muszą opanować ten najwybitniejszy, światowy repertuar, który powstawał przez setki lat.
Więcej:
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,1382 ... tml#TRwknd