Olkowicz prześwietla Kozińskiego: Piłkarza szukałem w piwiarni wśród piwoszy
Zastanawialiście się kiedyś, jak się zostaje działaczem piłkarskim? To pierwsze pytanie do Jerzego Kozińskiego, działacza, który z bliska przyglądał się siermiężnym latom 80. i 90. w naszej piłce, który widział tyle, że gdyby zdecydował się spisać wspomnienia, to kręcilibyśmy głową z niedowierzaniem. Wyobraźcie sobie trenera, który zabiera trofeum za wygranie Pucharu Polski do domu i nie chce go oddać, piłkarza pogrążonego już w takim nałogu, że inni chcą go powstrzymać przykuwając do kaloryfera czy działacza, któremu nie spodobały się okrzyki kibiców, więc kazał wszystkich przesadzić na drugą stronę stadionu. Opowieść o tym, jak jeszcze niedawno wyglądał nasz futbol.
* Jak Zagłębie Lubin zdobyło pierwsze mistrzostwo Polski i co wśród vipów robiła „Ścinawa”?
* Który reprezentant Polski za transfer zażyczył sobie poloneza, choć nie miał prawa jazdy?
* Jak piłkarze Miedzi Legnica wyrzucili z klubu trenera-zamordystę?
ŁUKASZ OLKOWICZ: Jak się zostaje działaczem?
JERZY KOZIŃSKI*: Potrzebna jest wiedza z piłki. Przegląd Sportowy zacząłem czytać jako 10-latek, co pomagało przy zakładach z kolegami. Wybierali ze Skarbu Kibica dziesięciu zawodników, a ja miałem dopasować ich do klubów. Jeśli pomyliłem się choć raz, dostawali 10 złotych.
JADWIGA KOZIŃSKA (żona): Kluby? Ty wymieniałeś ich wagę, wzrost i datę urodzenia jeszcze. Pamiętam, jak na koloniach brylowałeś.
Ale chyba wtedy nie myślał pan o tym, żeby zostać działaczem.
No nie. W liceum grałem w każdej drużynie reprezentacji szkoły – w piłkę ręczną czy koszykówkę.
Taki zdolny?
Nie, ale w szkole uczyło się niewielu chłopaków, więc łatwiej było się dostać. W liceum zacząłem też karierę działacza. Miałem 18 lat, nauczyciel wuefu zaproponował, żebym został kierownikiem żeńskiej drużyny siatkarskiej, Ikar Legnica. Jeździłem na mecze, załatwiałem to, co załatwia kierownik.
Pracę zaczął pan jednak w legnickim kuratorium.
Jako starszy wizytator, ale byłem tam najmłodszy. Wysyłali mnie do najbardziej odległych szkół, bo kogo mieli posłać? Przecież nie starszą panią rok przed emeryturą. Człowiek tłukł się autobusem, pies go podgryzł po drodze. Oceniałem realizację programu dydaktycznego. Wieś zabita dechami, szkoła w starym, poniemieckim budynku i toaleta na podwórku. Co ja im mogłem radzić? Nie udawałem wielkiego urzędnika, tylko kolegę, który próbuje pomóc. Siadaliśmy z dyrektorami, oni chcieli być gościnni i stawiali wódkę. Nie pisałem we wnioskach powizytacyjnych, żeby zrobili toaletę w budynku, bo wiedziałem, że i tak nic z tego nie będzie.
Dlatego chciał pan odejść?
Praca w oświacie mnie nudziła. Siedziałem też za biurkiem, przygotowywałem jakieś zestawienia. Odpowiadałem za dystrybucję podręczników. Problem zrobił się w roku, gdy w całym kraju wydrukowano ich o połowę za mało. Przyjeżdżali dyrektorzy, pytali, gdzie można dokupić resztę. Ale przecież one się nie rozmnożą. Nie można było oficjalnie mówić, że jest ich za mało, dlatego się nie odzywałem. W tamtych czasach jeśli wynajdowałeś trudności, to znaczyło, że się nie nadajesz. A skoro się nie nadajesz, to możesz zrezygnować.
W końcu pan zrezygnował. Jak pan trafił do Zagłębia Lubin?
Znałem w nim najważniejsze osoby, często zaskakiwałem ich wiedzą. Pamiętam wspólny wypad na działkę, na którym był też prezes Zagłębia. Myśmy się tak napili, że nawet nie pamiętam, kto z kim i o czym rozmawiał. Ale po powrocie dostałem propozycję pracy jako dyrektor ds. obiektów sportowych.
Więcej:
http://ofensywni.przegladsportowy.pl/20 ... d-piwoszy/