

Jacek Michalak, wiceprezes Grupy Atlas, zmienił się tak, że nie poznała go żona. I zatrudnił się we własnej firmie. Został górnikiem i magazynierem.
Jacek Michalak jest wiceprezesem Grupy Atlas. Był bohaterem premierowego odcinka programu "Kryptonim szef", emitowanego przez Telewizję Polską. Michalak poddał się charakteryzacji. Dostał nowe imię i nazwisko. Przez trzy dni z Jacka Michalaka zmienił się w Waldka Hillego.
W takiej konspiracji przyjął się do pracy we własnej firmie. Najpierw stał się górnikiem w kopalni, potem magazynierem, by na koniec zostać przećwiczonym przez chłopaków z działu walidacji.
- W Atlasie pracuję już prawie 20 lat. Bardzo bałem się, że ktoś mnie rozpozna i pomysł na ten materiał legnie w gruzach - mówi prezes Michalak.
Nie poznała mnie żona
Wszystko trzymane było w wielkiej tajemnicy. W firmie o zamianie ról wiedziało zaledwie kilka osób. Charakteryzacją prezesa zajęła się doskonała w tym fachu Joanna Minkiewicz, na co dzień wykładowca Wyższej Szkoły Artystycznej w Warszawie.
Zadanie było trudne, bo nie wystarczyło, żeby kamuflaż jedynie wyglądał. Musiał się dobrze trzymać. Przecież prezes miał w nim pracować przez cały dzień. A miał doklejone włosy, sztuczny zarost i zęby.
Proces przeobrażania prezesa Jacka w Waldka - kandydata na pracownika - trwał za każdym razem około trzech godzin. Efekt był niesamowity.
- Pokazałem swoje ucharakteryzowane zdjęcie żonie. Spytałem, czy pamięta tego faceta. Nie poznała mnie - mówi szef Atlasa.
Jako kandydat do pracy prezes trafił do kopalni. Trzeba było wymyślić dobre wytłumaczenie, dlaczego każdy jego ruch rejestrują kamery i chodzi za nim krok w krok 16-osobowa ekipa telewizyjna. Pracownikom powiedziano, że telewizja kręci program na temat ludzi szukających pracy. Tajemnicę udało się utrzymać do końca. Gdy współpracownicy Waldka poznali całą prawdę, byli mocno zaskoczeni.
To nie fabryka wafli
Jacek Michalak jako Waldek nie miał łatwo. Najpierw trafił do kopalni w Niwnicach. To bardzo ciężka praca fizyczna. Był górnikiem młotkowym. Pracował na kracie, gdzie dokonuje się wstępnej selekcji urobku po wystrzale. Co się nie rozpadnie, trzeba rozkruszyć młotem.
- Ręczny ważny 7,5 kg, pneumatyczny - 25 kg. To bardzo trudne i męczące. Wyrabiałem może 20 proc. tego co moi koledzy. Żartowali sobie ze mnie. Śmiali się, że "to nie fabryka wafli". Zdecydowanie nie - opowiada prezes.
Kolejna praca to magazyn w Zgierzu. Tu Waldek miał problemy z używaniem skanera. Przy niewielkich cyferkach i pogorszonym przez soczewki wzroku (miały zmienić kolor oczu) miał kłopoty z odczytywaniem znaków.
- Na przykład oznaczenie BP pomyliłem z oznaczeniem PB. Pognałem na magazyn i takiego pola oczywiście tam nie znalazłem - wspomina.
W Dąbrowie Górniczej w dziale walidacji koledzy postanowili go przećwiczyć, jak wojskowa fala ćwiczyła kotów. Zaczęli od mierzenia mu temperatury na głowie pirometrem, aby sprawdzić, czy nadaje się do roboty. Potem wymyślali różne zadania na czas, których nie miał żadnej szans zrealizować.
Nie ujrzysz zza biurka
Cała ta zamian ról wywarła na prezesie Atlasa duże wrażenie. Opowiada, że dużo dowiedział się o pracujących w firmie osobach. Jedna z nich, górnik, już dziewięć lat temu mogła przejść na emeryturę. Ale pracuje dalej, bo kocha to, co robi.
- To wspaniali, oddani swojej pracy ludzie. Takiej wiedzy o nich, szczególnie w dużej organizacji, nie zdobędzie się zza biurka. Dlatego każdemu szefowi, menedżerowi czy właścicielowi polecam podobne doświadczenie. Dowiedzieć się można sporo nie tylko o pracownikach i firmie, ale też o samym sobie - mówi już bez kamuflażu prezes Jacek Michalak.
źródło: http://lodz.wyborcza.pl/lodz/1,35153,18 ... Czolka3Img











