Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D
Kontemplacje Jana Sowy

Post autor: NEVIL »

Komentarze:

white_lake

mamy w Polsce mądrych ludzi, ale słucha ich tylko garstka, a rozumie jeszcze mniej, i są to ludzie bez żadnego wpływu na rzeczywistość
masa ogłupionych konsumcją jednostek jest bezmyślna i głosuje na cynicznych oszustów, którzy rządzą po swojemu


-----------------------

alt-stettin

Kiedyś szansy na zmianę upatrywałem w mijającym czasie. W przemianie pokoleniowej. W tym, że młodzi ludzie w końcu zastąpią zdegenerowane mentalnie i światopoglądowo pokolenie Polaków wychowanych, dorastających i spędzających znaczną część dojrzałego życia w czasie istnienia PRL.

---------------------------

veryok

Polacy nie sa zmeczeni, sa syci i glodni jednoczesnie. Na tyle nazarci by dupy nie ruszyc z kanapy i na tyle glodni by harowac na nastepne gadzety.
Opinie o bezczelnych elitach popieram, probelm w tym, ze oni nieczego nie czytaja poza slupkami sondazowymi. Nie czytaja pana panie Sowa, ale wierza ze sa szlachta


-----------------------

Piotr Weg

Wreszcie mądry człowiek, który dostrzega syndrom drugiej Grecji:)
Oby nie skończyło się na "Odprawie posłów greckich"


==============================
Obrazek
Jan Sowa, socjolog i kulturoznawca, jest bez wątpienia jednym z najbardziej błyskotliwych badaczy młodego pokolenia. Nie unika konfrontacji i krytyki elit władzy. Jego najnowsza książka - "Inna Rzeczpospolita jest możliwa" - to studium naszych zaniedbań po '89 roku. Sowa mówi wprost o fatalnej kondycji naszego społeczeństwa i godności, z której zostaliśmy odarci. Jego książka nie jest elementem, jak chce wielu, kampanii wyborczej. Ale w gorącym przedwyborczym okresie Sowa zadaje nam proste i niewygodne zarazem pytanie: co dalej, Polsko?

Pierwszy rozdział twojej najnowszej książki, „Inna Rzeczpospolita jest możliwa”, nazwany „Dzisiaj w Polsce”, to ponad 30 stron dość dołującej diagnozy dotyczącej kondycji naszego społeczeństwa. Jest słabo: „masowa emigracja, zapaść demograficzna, niewydolność instytucji publicznych, moralne bankructwo Kościoła katolickiego, afery, chaos i brzydota polskich miast”. Ciarki przechodzą, kiedy uzmysławiasz sobie siłę tego negatywnego spiętrzenia. Jest aż tak źle?

- Powiem ci, skąd to się wzięło: zewsząd dochodzą nas głosy o jakoby fantastycznej kondycji naszej gospodarki, o tym, że na tle Europy jesteśmy zieloną wyspą...


No właśnie! Jest przecież idealnie!

- Niby tak, zgodnie z pewnymi wskaźnikami, którymi władza lubi epatować. Ale są też inne dane, naprawdę alarmujące, na przykład spadek zaufania społecznego. Bardzo ciekawa była dla mnie lektura komentarzy pod artykułami dotyczącymi emigracji, które się ostatnio przetoczyły przez polską prasę. Ludzie wylewali tam cały swój żal pod adresem naszego państwa. Ja sam zresztą zupełnie prywatnie mam wrażenie, wynikające z faktu mieszkania w tym kraju, że ludzie w Polsce zwyczajnie się nie lubią: na dzień dobry doświadczasz agresji, nie mówiąc o tradycyjnym „spierd***j”.

Z niektórych badań, na przykład diagnozy społecznej zespołu prof. Czapińskiego, wyłania się obraz Polski jako kraju coraz bardziej szczęśliwego, przy czym metodologia tych badań jest dla mnie, jako psychologa z pierwszego wykształcenia, wątpliwa. Gdy pytamy ludzi, czy są szczęśliwi lub zadowoleni, to właściwie nie wiemy, co badamy - ich szczęście czy tendencję do tego, żeby pokazać się z dobrej strony. Kto się przyzna, że jest nieszczęśliwy? W dodatku w ankiecie? Chyba tylko ktoś w bardzo złej kondycji psychicznej. Więc równie dobrze można powiedzieć, że Polacy wcale nie są szczęśliwsi, a tylko nauczyli się reguł autoprezentacji. Lepiej jest przyglądać się wskaźnikom, które dają pośrednio wgląd w sytuację, na przykład poziom zaufania lub agresji w społeczeństwie.
Obrazek
Powyżej Jan Sowa - archiwum prywatne

Ale poziom agresji jest wynikiem poziomu frustracji. Agresja jest tylko skutkiem.


- Oczywiście. Dlatego ja się przyglądam naszym niechlubnym statystykom Polski: jeden z najwyższych w Unii Europejskiej odsetek ludzi pracujących za płacę minimalną, jedna z najniższych stawek na godzinę. Dodajmy do tego wahającą się między 20 a 30 proc. stopę bezrobocia wśród młodych ludzi i coraz większą grupę, znów głównie młodych, należących do prekariatu, czyli pracujących na podstawie różnych niestabilnych form zatrudnienia (tzw. śmieciówki). Nie wygląda to wszystko różowo. Nawet nie zielono. Co najwyżej czarno.

Ekonomiści cały czas epatują wzrostem PKB - zgoda, w dłuższej perspektywie czasowej ten wzrost jest ważny, chociaż doraźnie ma znaczenie przede wszystkim dla inwestorów i posiadaczy kapitału, pokazuje krótkoterminową koniunkturę. Z punktu widzenia życia konkretnego człowieka o wiele ważniejszy jest poziom bogactwa, a nie wzrost PKB. Co z tego, że Polska ma 3 proc., a Niemcy 1 proc., skoro Niemcy są od nas dziesięciokrotnie bogatsi, jeśli weźmiemy pod uwagę właśnie już zakumulowane bogactwo. Propaganda sukcesu, którą uprawia władza, jest nie tylko nieprawdziwa, ale niebezpieczna. Ona nie rozwiązuje żadnych problemów, a tylko przemieszcza niezadowolenie gdzieś indziej - napędza różne nasze paranoje i teorie spiskowe, ekstremizmy nacjonalistyczne i faszystowskie, skłania ludzi do emigracji. W ciągu ostatnich 10 lat wyjechało z Polski 2,5 mln ludzi. Chociaż pracują często poniżej swoich kwalifikacji, są zadowoleni nie tylko z zarobków - oni są zadowoleni z pewnego komfortu społecznego, który dzięki temu osiągnęli: poczucia, że im się dobrze żyje.

Niedawno przeczytałam podobny list, w którym świeżo upieczony emigrant mówił o tym, że to, czego brakowało mu w Polsce, to wcale nie aspekt materialny, tylko szacunek dla drugiego człowieka, którego w naszym kraju nie doświadczał. Z kolei motto twojej książki, zaczerpnięte z inskrypcji na pomniku gdańskich robotników, brzmi: Oddali życie, abyś ty mógł żyć godnie. Kwestia godności to powracający podczas spotkań autorskich z twoich udziałem temat. Nieprzypadkowy...


- Weźmy na przykład godność pracy. Jeszcze nie tak dawno nasz były premier Donald Tusk sam mówił, że praca na tzw. umowach śmieciowych to praca odarta z godności. To dotyczy 40 proc. młodych ludzi! Wyobraźmy sobie skalę tego problemu!


Ale „niepostrzeżenie” śmieciówki stały się standardem, a nie chwilowym odstępstwem.


- Spotkałem się z argumentami, że to, co ja proponuję w mojej książce, to jest jakiś rodzaj utopii, program nie do zrealizowania. Tymczasem utopijne jest właśnie przekonanie, że status quo będzie trwało wiecznie. Bo wyobraźmy sobie to pokolenie na śmieciówkach za jakieś 30 lat, kiedy będzie przechodziło na emerytury. Ja ze swoją pensją uniwersytecką może będę miał 800 zł emerytury. Nie wiem, jak za to przeżyję, ale wiele osób będzie miało jeszcze gorzej. Tak samo źle wyglądają perspektywy dotyczące samych relacji pracy: nowe miejsca pracy są często nisko opłacane i niestabilne. Jak będzie wyglądał ten kraj za 30 lat? 80 proc. pracujących na śmieciówkach za ekwiwalent płacy minimalnej? To będzie kompletna katastrofa.

To nie jest tak, że nie widzę w naszej obecnej sytuacji pozytywów. Siła krytycznego myślenia, które jest częścią tradycji kultury europejskiej, polega na tym, że potrafiliśmy zinternalizować pewne mechanizmy krytyki samych siebie: wszystko można postawić pod znakiem zapytania i są ludzie, którzy nie tylko afirmują (jak adoratorzy władzy, którzy zawsze będą nam wmawiać, że jest cudownie), ale poddają pewne mechanizmy władzy krytyce. I dla mnie to krytyczne myślenie jest właśnie pierwszym punktem oporu wobec tego, co się obecnie dzieje. Zdobycze socjalne zachodnich państw dobrobytu są efektem właśnie oporu społecznego - ludzie to sobie wywalczyli: nie będziemy pracować poza godzinami pracy za darmo, chcemy płatnych urlopów, chcemy mieć tyle i tyle wolnego, chcemy ubezpieczeń zdrowotnych i emerytalnych itp. Tymczasem w Polsce opór jest mizerny. Statystyki mówią, że jedynie 5 proc. pracodawców czuje presję związaną z podwyżkami. W takiej sytuacji będziemy krajem wiecznie kręcącym się po półperyferiach nowoczesności, zwanych średnim poziomem rozwoju.

Więcej: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,1382 ... tml#TRwknd
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Jan Sowa: Polska to kraj, w którym żyje się źle
Obrazek

Skoro nie możemy nienawidzić innych, nienawidzimy samych siebie - mówi socjolog Jan Sowa.



Newsweek: Napisałeś, że „Polska to kraj, w którym żyje się źle”. Dlaczego tak jest?


Jan Sowa*: - Po pierwsze wbrew rządowej propagandzie sukcesu jesteśmy krajem średnio biednym. Oczywiście można przywołać różne wskaźniki, z których wynika, że jest bardzo dobrze. Problem polega na tym, że nasza gospodarka niezbyt dobrze służy Polakom. Wzrost nie przekłada się na naszą sytuację materialną. Mamy rekordowo mały udział płac w PKB - 35 proc., podczas gdy w wielu krajach zachodnich jest to 50-60 proc. Nasze pensje są niskie. A na dodatek bardzo dużo osób zarabia pensję minimalną. W tej kategorii też jesteśmy jednym z liderów. No i druga sprawa: W Polsce zaufanie społeczne nigdy nie było wysokie. W latach 90. wynosiło jakieś 30 proc., ale teraz spadło i wynosi 22 proc. Jak w takim kraju można żyć dobrze? Jesteśmy biedni, a na dodatek się nie lubimy. Polak Polakowi zamiast „Dzień dobry” mówi „spier...”. W rezultacie dwa i pół miliona ludzi - młodych, zdolnych, mających fach w ręku - rzeczywiście stąd „spier..." emigrując.

Newsweek: Jest takie powiedzenie: „Amerykanie mają na twarzy wypisany nieszczery uśmiech, a Rosjanie szczerą nienawiść”. Jesteśmy bliżej naszych braci Słowian?

Jan Sowa: A czego się dzisiaj Polak może spodziewać od państwa? Że będzie szykanowany, prześladowany, zbywany. Mamy nieustannie historie z urzędnikami, którzy się czepiają, komornikami, którzy bezprawnie zabierają traktory, sądami, w których sprawy ślamazarzą się w nieskończoność. Sfera zbiorowa kojarzy się Polakom z opresją. Słusznie się tak kojarzy. No i stosunki w pracy są straszne. Badania pokazują, że tylko w Korei Południowej pracownicy są bardziej wystraszeni. Ja nie oskarżam Polaków. Kiedy jesteś zdenerwowany, biedny i zmęczony, kiedy się boisz, nie będziesz miły dla innych. To stąd wynika nasza szczera nienawiść, a uśmiech bywa odbierany jako prowokacja. Myślimy sobie: „Dlaczego się uśmiecha? Będzie mnie macał? Podrywał? A może chce mnie okraść?”. To jest synergia wzajemnej nienawiści.

Newsweek: Piszesz o Polsce, że „jesteśmy białym, zwartym, ale przez to okaleczonym monolitem”. Nie ma już „wroga wewnętrznego” w postaci mniejszości narodowych czy etnicznych. To dlatego wrogów szukamy wśród samych siebie?

Jan Sowa: W ramach „pączkowania” Polska nieustannie się dzieli. Skoro nie możemy nienawidzić innych, nienawidzimy samych siebie. Stąd mamy „lemingi” i „słoiki”. Na prawicy mamy spór o to, która z jej części należy do „ludu smoleńskiego", a kogo należy zakwalifikować jako „jednostki polskojęzyczne”? Fascynujące jest w tym kontekście zachowanie Kościoła. Widać, że aby przetrwać, potrzebuje wyrazistego przeciwnika, z którym będzie mógł się skonfrontować. W latach 90. takim wrogiem Kościoła były „sekty”, które w końcu znikły bez śladu. Dziś jest nim „genderyzm”. Dlaczego nie „gender”? Końcówka „yzm” ma pokazać, że to jest „fałszywa religia”, tak jak „buddyzm” czy „protestantyzm”.

Newsweek: Skoro jesteś ateistą, to co cię obchodzi los Kościoła?

Jan Sowa
: Kościół pełnił rolę probierza postaw i wartości. Ja tego nie potrzebuję, ale wiele osób tej instytucji ufało. A dziś widzimy totalną chciwość Kościoła - co wyszło przy okazji Komisji Majątkowej. I totalny cynizm - w kwestii stosunku do przestępstw seksualnych. Polacy już od dawna wiedzą, że mają wybór wyłącznie między rynkiem a Kościołem. Wiadomo, że rynek jest bezwzględny i bezlitosny. Kościół, zwłaszcza polski, miał mnóstwo wad, ale był to również Kościół Wojtyły i Tischnera. Zdarzało mu się stawać po słusznej stronie barykady. A dzisiaj obserwujemy bankructwo tej ostatniej przystani wzniosłości. To się dokłada do ogółu. Gdybym był katolikiem, byłby to dla mnie kolejny powód do depresji.

Newsweek: Polskie dążenie do nowoczesności nazwałeś szyderczo „modernizacją cargo”. Bo jesteśmy trochę jak wyspiarze z Melanezji, którzy naśladując przybyszów z Zachodu, budowali „lotnisko” z patyków i liści palmowych.

Jan Sowa: Na dodatek naśladujemy przestarzałe wzorce. Po pierwsze Polska to nie Zachód. Budujemy lotniska, wypasione autostrady i pendolino. Tyle, że w naszym średniobiednym kraju wystarczyłyby drogi szybkiego ruchu i lepsze normalne koleje. Mamy wisienkę na torcie - tyle, że tortu nadal nie ma.

No i robimy rzeczy, które gdzie indziej dawno zarzucono. W Paryżu w latach 50. poszerzano ulice, ale już w 90. je zwężano, żeby ograniczyć napływ samochodów. A my je wciąż poszerzamy tak, żeby mieć jeszcze więcej spalin i jeszcze więcej smogu. I więcej chorób przewlekłych. Czy to ma jakiś sens?

Newsweek: W „Fantomowym ciele króla” przypuściłeś frontalny atak na mit szlacheckiej demokracji, a stosunki na wsi przyrównałeś do niewolnictwa. W jakim stopniu to, co mamy dzisiaj wypływa z naszej sarmackiej przeszłości?

Jan Sowa: Polska wersja kapitalizmu zgrała się z pozostałościami kultury sarmackiej. Weźmy powiedzenie: „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Tu chodzi również o to, że szlachcic na zagrodzie może wszystko. Sarmatyzm to była kultura słabego państwa i pogardy dla administracji. Opodatkowanie majątków wynosiło 5 proc. a to m.in. sprawiło, że w XVII wieku Polska miała budżet równy malutkiej Danii. Łatwo zrozumieć, co to dla Polski oznaczało. Nasze przekonanie, że szef jest szefem absolutnym również wywodzi się z sarmatyzmu. To jest ślad pańszczyzny, która była pewną formą niewolnictwa. Z tamtych czasów odziedziczyliśmy straszną pogardę stojących niżej od nas. Doły społeczne traktujemy często jak śmieci. Stąd hejt na "słoiki" czy chamskie słowa Kuby Wojewódzkiego o sprzątających Ukrainkach. Zresztą na dawnej Ukrainie najlepiej było widać tę pogardę. Ruskie chłopstwo było nazywane „czernią”. Mieliśmy swoich Murzynów. Tyle, że ci Murzyni byli biali.

Socjolog Loïc Wacquant porównał kiedyś neoliberalizm do centaura. Na górze - dla elit - jest elegancki facet w garniturze. Na dole: zwierzę, koń, rozdający uderzenia kopytami. I takie było państwo w czasach sarmackich: cudowne dla „góry”. I koszmarne dla dołów.

źródło: http://polska.newsweek.pl/dlaczego-w-po ... 296,1.html
Obrazek
Bywalec
Bywalec
Posty: 162
Rejestracja: 23 cze 2015, 13:47
Kontakt:
Bywalec
Bywalec

Post autor: Zloty »

Jak wyglądałaby Polska za 30 lat, gdyby rozpadła się Unia?
odpowiedz

Informacje

  Amazon [Bot]  »  1 gość

Moderatorzy

NEVIL, ModTEAM