Ostatnio zmieniony 08 lis 2014, 18:22 przez NEVIL, łącznie zmieniany 1 raz.

Niektórym ( durnym) rodzicom wydaje się, że wystarczy swemu dopiero co urodzonemu dziecku nadać imię jakiejś sławnej osoby i ich córunia, czy synek, będzie taki sam, jak ta osoba powszechnie uwielbiana. Próżność takich rodziców jest trudna do zrozumienia. Podam przykład. Na stronie http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/ ... ,id,t.html znajduje się lista osób, które biły gitarowy rekord Guinnessa i w pewnym miejscu znalazła się taka informacja: 
A dlaczego nie Ewa, lub Marysia Pacholska z Koziegłów ? Trudno zrozumieć. Widać że rodzice córeczki mają wyższe aspiracje. Imię Vanessa będzie nam się kojarzyło z Vanessą Mae, która jest bardzo ładną i bardzo dobrą skrzypaczką. Gościła nawet w Polsce na festiwalu w Sopocie. Czy ta gitarzystka z Koziegłów jej w czymś dorównuje ? Osobiście w to wątpię, chociaż nie widziałem i nie słyszałem grania tej z Koziegłów. A tutaj o Vanessie Mae: http://pl.wikipedia.org/wiki/Vanessa-Mae 
Vanessa Mae: http://www.lastfm.pl/music/Vanessa-Mae/ ... 00InJbXPLk


Ostatnio zmieniony 12 maja 2014, 18:41 przez NEVIL, łącznie zmieniany 1 raz.

Każdy nadaje takie imię jakie mu się podoba. Widocznie Ewa lub Marysia się nie podobało rodzicom jak Vanessa.
Mnie osobiście moje imię się nie podoba i gdzie się da to go nie podaję
Mnie osobiście moje imię się nie podoba i gdzie się da to go nie podaję
Nowy(a) na forum


Droga Pani/Panie NEVIL, a co ma piernik do wiatraka? Każdy może nazwać dziecko jak chce w granicach rozsądku.
Idąc Pani/Pana tokiem rozumowania to jeśli nazwę córeczkę Maria to oczekuję, że będzie sławną chemiczką po Marii Skłodowskiej lub synek imieniem Mikołaj zostanie genialnym astronomem?
Według mnie totalna bzdura. Takich przykładów sławnych osób o danym imieniu pewnie można znaleźć jeszcze tysiące w Polsce lub zagranicą.
Imię Vanessa jest według mnie bardzo piękne.
Pozdrawiam
Rafał
Idąc Pani/Pana tokiem rozumowania to jeśli nazwę córeczkę Maria to oczekuję, że będzie sławną chemiczką po Marii Skłodowskiej lub synek imieniem Mikołaj zostanie genialnym astronomem?
Według mnie totalna bzdura. Takich przykładów sławnych osób o danym imieniu pewnie można znaleźć jeszcze tysiące w Polsce lub zagranicą.
Imię Vanessa jest według mnie bardzo piękne.
Tak się składa, że znam jej rodziców, a dokładnie tylko mamę, i pozwolę sobie odpowiedzieć - nie, nie ma wyższych aspiracji. Wymieniona tu Vanessa jest piękną i inteligentną dziewczyną, nie ma aspiracji na bycie sławną gitarzystką, gra bo lubi uczyć się nowych rzeczy, no ale lepiej pisać bzdury nic o danej osobie nie wiedząc.A dlaczego nie Ewa, lub Marysia Pacholska z Koziegłów ? Trudno zrozumieć. Widać że rodzice córeczki mają wyższe aspiracje.
Pozdrawiam
Rafał
Co powiem w sądzie? Rozwodzę się, bo za bardzo dbał o dom?

Koleżanki w pracy pukają się w czoło: – Mąż-pedant, też mi coś! Ja po swoim skarpety i brudne kubki spod łóżka wyciągam. To jest dopiero problem.
A one się załamują. – Nie wiem, które z nas dwojga jest bardziej nienormalne: on ze swoją obsesją czystości, czy ja – dostająca od tego szału – mówi Joanna.
Codzienny rytuał
Swojego przyszłego męża poznała na studiach. Imponował jej jego wygląd: zawsze wyprasowane koszule, wyczyszczone spodnie, całość dopasowana kolorystycznie. – Nie każdy chłopak z grupy używał regularnie żelu pod prysznic, a ten nawet manicure miał. Podobało mi się to – opowiada Joanna.
Była szczęśliwa, kiedy zamieszkali razem. Czy wtedy już zachowywał się nietypowo? – Miał swoje dziwactwa. Buty w przedpokoju ustawiał kolorystycznie, w pokoju wyznaczał miejsca na poszczególne przedmioty: telefony miały leżeć tylko na komodzie, a pilot do telewizora na oparciu kanapy. Wtedy się z tego śmiałam: przecież każdy ma jakiegoś bzika – dodaje kobieta.
Czar prysł dopiero po ślubie. Nie wie, czy dlatego, że on się zmienił, czy jej gwałtownie opadły klapki z oczu. Chyba to drugie. Bo nagle zdała sobie sprawę z tego, że zachowanie męża zakrawa na obsesję.
– W domu ma być sterylnie. Zanim wyjdzie z domu, sprząta. Kiedyś przez plamę na umywalce nawet spóźnił się do firmy. Codziennie poprawia książki na półkach, żeby stały równo, choć nikt ich nie przesuwa. Ustawia talerze na suszarce od najmniejszego do największego. Czajnik na blacie zostawia w jednej pozycji – "noskiem" w lewo. Nie mam pojęcia, czemu akurat tak – opowiada Joanna. – Przed snem odbywamy rytuał: zaciągamy zasłony w każdym pokoju, domykamy drzwi szafek, podlewamy kwiatki, odkurzamy pokoje i zmywamy podłogę. A potem ze zmęczenia padamy na twarz. I tak każdego dnia – dodaje.
Buty przed drzwiami
– Nie raz go pytałam: po co my to wszystko robimy? Wybuchał, że nie chce żyć w brudzie. Przy tym mieszkanie lśniło niczym szpital – opowiada Magda.
Inaczej być nie może. Domownicy mają nakaz, by zdejmować buty przed wejściem do mieszkania ("żeby nie nosić z ulicy błota"). Po każdym wyjściu do kuchni – aby zrobić sobie herbatę, czy wziąć owoce z lodówki – należy wytrzeć po sobie podłogę, ewentualnie też blat. Czesać włosy i obcinać paznokcie Magda może tylko nad umywalką w łazience. – Z łazienką wiąże się osobna historia. Ma fioła na jej punkcie. Jeśli zauważy rysę na lustrze, to wpada w szał. Za pyłek na podłodze potrafi skrzyczeć. Wannę trzeba szorować sodą przed kąpielą, a po kąpieli – dezynfekować wybielaczem. Potem odczekać chwilę i wytrzeć wannę do sucha. Po wszystkim jestem tak zmęczona i spocona, jakbym się w ogóle nie myła – opowiada Magda.
– Mój mąż ma bzika na punkcie porządkowania – mówi Anna. Małżeństwo poznało się w pracy. – Kolegów z firmy zawsze bawiło to, że Marcin ma na swoim biurku porządek przez wielkie "P": dokumenty równo ułożone, długopisy i ołówki w przyborniku, kabel od myszki maksymalnie zwinięty, by nie przeszkadzał, zero kurzu na stole – opowiada Ania. Kiedy para zamieszkała razem, okazało się, że partner w podobny sposób zachowuje się w domu. – Ma trzy szuflady na bieliznę: po jednej na ciemne i jasne bokserki, a trzecią na skarpety. Kolorystycznie wiesza także ubrania w szafie i na suszarce. Zresztą, pierze sam, bo ponoć nie potrafię tak dobrze, jak on – dodaje kobieta.
Co on ma w głowie
– Żony takich mężczyzn są bardzo często zdziwione różnymi rytuałami współmałżonków. Niepedantowi trudno zrozumieć, dlaczego jakąś czynność trzeba powtarzać ciągle, skąd to zdenerwowanie, gdy nie można posprzątać i w końcu, dlaczego tak emocjonalnie reagują oni na nieporządek – wyjaśnia psychoterapeutka Monika Skoczylas-Merczyńska. Dodaje, że pedanci to zazwyczaj ludzie ostrożni, drobiazgowi i skrupulatni. A to, w jaki sposób funkcjonują w życiu codziennym, to wypadkowa ich cech indywidualnych i środowiska, w jakim się wychowali. – Jeśli w domu któryś z rodziców miał podobne umiłowanie do porządku, to dziecko, naśladując ten styl funkcjonowania, również może w taki sposób radzić sobie z codziennymi czynnościami – tłumaczy specjalistka. Dzięki tym czynnościom pedanci czują, że są w stanie uporządkować swoje życie. – Przewidywalność działań niesie ze sobą duże poczucie bezpieczeństwa. Niekiedy zwalnia z podejmowania decyzji. Z kolei niewykonanie zaplanowanych czynności, powoduje duży niepokój i lęk – mówi Monika Skoczylas-Merczyńska.
Więcej: http://kobieta.onet.pl/zdrowie/psycholo ... ntem/7vh3h

Komentarze::
~jeremi :
Z uporem będę powtarzał.Ukarać tego prokuratora i sędzinę,która go skazała zgadzając się z głupotą prokuratora.Jest to znany leń i nierób w lubelskiej prokuraturze.A szczytem wszystkiego było to,że w sprawie o odszkodowanie sądziła ta sama sędzina co go skazała i na rozprawie zwracała sie do niesłusznie oskarżonego per OSKARŻONY !!! A prezes sądu zapytany przez dziennikarzy jakim prawem tak sie zachowuje sędzia nawet nie zareagował. Skończyć z lenistwem i matołectwem w lubelskich sądach i prokuraturze!
--------------------------
~Richat
Polska jako jedyny kraj UE nagina i łamie prawo, w sposób bezkrytyczny, w poczuciu bezkarności w układach zamkniętych w stosunku do swoich obywateli, a przepisy prawa UE nie znają drugiego takiego państwa jakim jest Polska w rażącym naruszaniu własnej Konstytucji. System prawny w Sądach jest przeprowadzany w sposób bardziej bulwersujący jak za czasów tzw. komuny. Urzędnik albo funkcjonariusz publiczny pisze co chce, nieważne czy to prawda, ważne, że ma się wykazać, a sądy to z pełną aprobatą akceptują niszcząc własnych obywateli. W sądach polskich nie było i nie będzie sprawiedliwości, sprawiedliwość to jest fikcja, i tego faktu nie zmieni żadna nowelizacja, a wręcz przeciwnie nada uprawnienia tzw. nietykalnym do dalszej eskalacji w rażącym łamaniu prawa. Rok od 2000- 2014 to stalinizm bis.
=============================
Trzy lata z piętnem mordercy
Niesłusznie skazany na 25 lat za zabójstwo domagał się 17 mln zł. Sąd przyznał mu 323 tys. zł
Ma 37 lat. W więzieniu miał spędzić 25. Odsiedział trzy. Mówi, że to był koszmar. Tym większy, że zamknięto go za zbrodnię, której nie popełnił. Dwa i pół roku temu rozpoczął się proces o odszkodowanie za niesłuszne skazanie. Zbigniew Góra domagał się 1 mln zł odszkodowania i 16 mln zł zadośćuczynienia. 30 września br. Sąd Okręgowy w Lublinie zasądził na rzecz Góry kilkadziesiąt razy mniejsze kwoty: 48 tys. zł odszkodowania i 275 tys. zł zadośćuczynienia.
– Oczywiście wniosę odwołanie do Sądu Apelacyjnego w Lublinie – mówi Góra. – Uważam, że 17 mln zł to wcale nie jest wygórowana suma, skoro w moim odczuciu dopuszczono się zabójstwa na mojej osobie. Ja i moja rodzina będziemy cierpieć do końca życia. Nie ma takiej kwoty, która by sprawiła, że zapomnę o tym, co przeszedłem.
Areszt tymczasowy
We wrześniu minęła dekada od tego morderstwa. Znana i szanowana lekarka, laryngolog Halina B., 73-latka, późnym wieczorem w piątek została zamordowana we własnym mieszkaniu w Lublinie. Sprawcę wpuściła sama, co znaczy, że go znała. Najpierw uderzał ją w głowę twardym przedmiotem, na koniec kobietę udusił. Zabrał obrączkę, trzy pierścionki, telefon komórkowy Nokia. Nawet nie zdjął z ręki ofiary złotego zegarka.
Zbigniew Góra o śmierci lekarki dowiedział się od sąsiadów. Znał ją. Wynajmował od niej mieszkanie w kamienicy w innej części Lublina. Mieszkał w nim z żoną Małgorzatą, sześcioletnim Łukaszem i dwuletnim Przemkiem. W dniu morderstwa był po południu u Haliny B. Prosił o przesunięcie wpłaty 150 zł za wynajem, bo w tym momencie brakowało mu gotówki. Porozumieli się.
Z powodu tego wynajmowanego mieszkania znalazł się w kręgu ludzi, którymi zainteresowała się policja. Kilka dni po zabójstwie u Górów zjawili się funkcjonariusze. Zrobiono przeszukanie. Nie znaleziono niczego, co by świadczyło na niekorzyść Zbigniewa Góry. – Rozumiałem, że to przeszukanie musiało się odbyć, ale ani przez chwilę nie czułem się zagrożony – wspomina. Wydawało się, że zainteresowanie policji jego osobą minęło.
Media naciskały, by jak najszybciej znaleźć sprawcę morderstwa lekarki. Policjanci namierzyli telefon, który miał ten sam indywidualny numer identyfikacyjny IMEI co komórka skradziona zamordowanej. Właściciel powiedział, że kupił go od kolegi. Kolega, że od swojego kolegi – Zbigniewa Góry, który sporadycznie trudnił się skupem i sprzedażą telefonów.
Pod koniec stycznia 2005 r., cztery miesiące po śmierci lekarki, o szóstej rano do mieszkania Górów weszło trzech funkcjonariuszy. Jeden pokazał legitymację. Poprosił, żeby Zbigniew Góra ubrał się i wyszedł z nimi. Policjanci byli grzeczni, ale wykręcili mu ręce do tyłu i założył kajdanki. A że tej nocy spał u Górów kolega, jego też zaproszono na komendę. Góra pocałował żonę na pożegnanie i obiecał, że zaraz wróci. Nie wrócił.
Dopiero w radiowozie dowiedział się, że sprawa dotyczy zabójstwa Haliny B. Był zaskoczony. Na komendzie zaczęło się sympatycznie – zaproponowano mu herbatę. Potem zadawano dziesiątki pytań i nakłaniano, by przyznał się do morderstwa, to dostanie najwyżej 12 lat. Nie przyznał się. – Teraz wiem, że moim największym błędem było to, że w ogóle zeznawałam, kiedy mnie zatrzymano – uważa Góra.
Po trzech godzinach dostał do podpisania dokument o zatrzymaniu. Noc spędził w areszcie. Nazajutrz skonfrontowano go z chłopakiem, który kupił od ich wspólnego znajomego nokię o tym samym numerze IMEI co telefon zamordowanej. – Średnio zaawansowany komputerowiec potrafi zmienić ten numer – mówi Góra. – Kolega powiedział, że kupił ode mnie nokię 3510i, a ja zaprzeczałem, bo sprzedałem mu nokię 3510, która różniła się nawet kolorem wyświetlacza.
Operator sieci komórkowej, w której działał telefon zamordowanej lekarki, potwierdził na piśmie, że ostatni raz został on użyty w dniu poprzedzającym morderstwo. To mogło oznaczać, że właśnie tego dnia ktoś go ukradł. Dyskusja o telefonie była ważna, bo właśnie on miał się stać kluczowym dowodem obciążającym Zbigniewa Górę.
Sąd Apelacyjny w Lublinie, do którego sprawa trafiła dwa lata później, stwierdził, że już po zeznaniach tych dwóch mężczyzn, którzy kupili telefon i świadczyli przeciwko Górze jeszcze przed jego zatrzymaniem, dochodzenie powinno iść w innym kierunku. Właśnie ich zeznania sąd apelacyjny potraktował jako fragment uzasadnienia wyroku uniewinniającego.
Psy go nie wskazały
Więcej: http://wiadomosci.onet.pl/prasa/trzy-la ... ercy/xsjnd
~jeremi :
Z uporem będę powtarzał.Ukarać tego prokuratora i sędzinę,która go skazała zgadzając się z głupotą prokuratora.Jest to znany leń i nierób w lubelskiej prokuraturze.A szczytem wszystkiego było to,że w sprawie o odszkodowanie sądziła ta sama sędzina co go skazała i na rozprawie zwracała sie do niesłusznie oskarżonego per OSKARŻONY !!! A prezes sądu zapytany przez dziennikarzy jakim prawem tak sie zachowuje sędzia nawet nie zareagował. Skończyć z lenistwem i matołectwem w lubelskich sądach i prokuraturze!
--------------------------
~Richat
Polska jako jedyny kraj UE nagina i łamie prawo, w sposób bezkrytyczny, w poczuciu bezkarności w układach zamkniętych w stosunku do swoich obywateli, a przepisy prawa UE nie znają drugiego takiego państwa jakim jest Polska w rażącym naruszaniu własnej Konstytucji. System prawny w Sądach jest przeprowadzany w sposób bardziej bulwersujący jak za czasów tzw. komuny. Urzędnik albo funkcjonariusz publiczny pisze co chce, nieważne czy to prawda, ważne, że ma się wykazać, a sądy to z pełną aprobatą akceptują niszcząc własnych obywateli. W sądach polskich nie było i nie będzie sprawiedliwości, sprawiedliwość to jest fikcja, i tego faktu nie zmieni żadna nowelizacja, a wręcz przeciwnie nada uprawnienia tzw. nietykalnym do dalszej eskalacji w rażącym łamaniu prawa. Rok od 2000- 2014 to stalinizm bis.
=============================
Trzy lata z piętnem mordercy

– Oczywiście wniosę odwołanie do Sądu Apelacyjnego w Lublinie – mówi Góra. – Uważam, że 17 mln zł to wcale nie jest wygórowana suma, skoro w moim odczuciu dopuszczono się zabójstwa na mojej osobie. Ja i moja rodzina będziemy cierpieć do końca życia. Nie ma takiej kwoty, która by sprawiła, że zapomnę o tym, co przeszedłem.
Areszt tymczasowy
We wrześniu minęła dekada od tego morderstwa. Znana i szanowana lekarka, laryngolog Halina B., 73-latka, późnym wieczorem w piątek została zamordowana we własnym mieszkaniu w Lublinie. Sprawcę wpuściła sama, co znaczy, że go znała. Najpierw uderzał ją w głowę twardym przedmiotem, na koniec kobietę udusił. Zabrał obrączkę, trzy pierścionki, telefon komórkowy Nokia. Nawet nie zdjął z ręki ofiary złotego zegarka.
Zbigniew Góra o śmierci lekarki dowiedział się od sąsiadów. Znał ją. Wynajmował od niej mieszkanie w kamienicy w innej części Lublina. Mieszkał w nim z żoną Małgorzatą, sześcioletnim Łukaszem i dwuletnim Przemkiem. W dniu morderstwa był po południu u Haliny B. Prosił o przesunięcie wpłaty 150 zł za wynajem, bo w tym momencie brakowało mu gotówki. Porozumieli się.
Z powodu tego wynajmowanego mieszkania znalazł się w kręgu ludzi, którymi zainteresowała się policja. Kilka dni po zabójstwie u Górów zjawili się funkcjonariusze. Zrobiono przeszukanie. Nie znaleziono niczego, co by świadczyło na niekorzyść Zbigniewa Góry. – Rozumiałem, że to przeszukanie musiało się odbyć, ale ani przez chwilę nie czułem się zagrożony – wspomina. Wydawało się, że zainteresowanie policji jego osobą minęło.
Media naciskały, by jak najszybciej znaleźć sprawcę morderstwa lekarki. Policjanci namierzyli telefon, który miał ten sam indywidualny numer identyfikacyjny IMEI co komórka skradziona zamordowanej. Właściciel powiedział, że kupił go od kolegi. Kolega, że od swojego kolegi – Zbigniewa Góry, który sporadycznie trudnił się skupem i sprzedażą telefonów.
Pod koniec stycznia 2005 r., cztery miesiące po śmierci lekarki, o szóstej rano do mieszkania Górów weszło trzech funkcjonariuszy. Jeden pokazał legitymację. Poprosił, żeby Zbigniew Góra ubrał się i wyszedł z nimi. Policjanci byli grzeczni, ale wykręcili mu ręce do tyłu i założył kajdanki. A że tej nocy spał u Górów kolega, jego też zaproszono na komendę. Góra pocałował żonę na pożegnanie i obiecał, że zaraz wróci. Nie wrócił.
Dopiero w radiowozie dowiedział się, że sprawa dotyczy zabójstwa Haliny B. Był zaskoczony. Na komendzie zaczęło się sympatycznie – zaproponowano mu herbatę. Potem zadawano dziesiątki pytań i nakłaniano, by przyznał się do morderstwa, to dostanie najwyżej 12 lat. Nie przyznał się. – Teraz wiem, że moim największym błędem było to, że w ogóle zeznawałam, kiedy mnie zatrzymano – uważa Góra.
Po trzech godzinach dostał do podpisania dokument o zatrzymaniu. Noc spędził w areszcie. Nazajutrz skonfrontowano go z chłopakiem, który kupił od ich wspólnego znajomego nokię o tym samym numerze IMEI co telefon zamordowanej. – Średnio zaawansowany komputerowiec potrafi zmienić ten numer – mówi Góra. – Kolega powiedział, że kupił ode mnie nokię 3510i, a ja zaprzeczałem, bo sprzedałem mu nokię 3510, która różniła się nawet kolorem wyświetlacza.
Operator sieci komórkowej, w której działał telefon zamordowanej lekarki, potwierdził na piśmie, że ostatni raz został on użyty w dniu poprzedzającym morderstwo. To mogło oznaczać, że właśnie tego dnia ktoś go ukradł. Dyskusja o telefonie była ważna, bo właśnie on miał się stać kluczowym dowodem obciążającym Zbigniewa Górę.
Sąd Apelacyjny w Lublinie, do którego sprawa trafiła dwa lata później, stwierdził, że już po zeznaniach tych dwóch mężczyzn, którzy kupili telefon i świadczyli przeciwko Górze jeszcze przed jego zatrzymaniem, dochodzenie powinno iść w innym kierunku. Właśnie ich zeznania sąd apelacyjny potraktował jako fragment uzasadnienia wyroku uniewinniającego.
Psy go nie wskazały
Więcej: http://wiadomosci.onet.pl/prasa/trzy-la ... ercy/xsjnd

Komentarze:
anna
A ile takich dzieciaków jest w naszym kraju?
-----------------------
anna
No niestety. A takich rodzin pewnie dużo, bo eurosieroctwo to ostatnio dość poważny problem. Biedne dzieciaki. Niezależnie od tego, jaka jest sytuacja materialna rodziny, to i tak to się na dzieciach odbija.
--------------------------
~Siwa
Straszne to eurosieroctwo! Dzieci nie mam, ale ze swojego dzieciństwa pamiętam, jak ważna dla mnie była bliskość rodziców i jak bardzo za nimi tęskniłam na różnych wyjazdach. Te dzieci mają smutne dzieciństwo.
----------------------------
~Makusia
Dzień dobry,
Myślę, że coraz częściej będziemy oglądać takie obrazki… co to za życie, że człowiek za robotą musi wyjeżdżać za groszem.. zostawia swoje dziecko. Dziecko dorasta samo, rodzic jest jak wujek.. tylko na święta.
==================================
Spotkałam go na przystanku
Idę na przystanek. Siadam na ławce. Do przyjazdu autobusu zostało pięć minut. Muszę być szybko w domu, więc piesza wędrówka odpada.
Siedzę. Obok mnie On. Na głowie ma niebieską czapkę z daszkiem. Spogląda na mnie ukradkiem. Ja też co chwilę zerkam w jego stronę, a gdy nasze oczy się spotykają, uśmiechamy się do siebie. On zaczyna wzdychać. Widzę, że szuka pretekstu, by zagadać. Uśmiecham się do swoich myśli i postanawiam zagaić rozmowę.
– Ciężkie jest życie, co? – pytam, a pycho mi się cieszy. On odwzajemnia uśmiech i potwierdza.
– A za ile minut będzie dziewiętnastka? – pyta po chwili. Widać, że potrzebuje pogadać.
– Za cztery – odpowiadam. – Do szkoły jedziesz?
– Tak. Mam na 10.20 – mówi, a ja odruchowo spoglądam na zegarek. – To chyba się spóźnisz, bo nie zdążysz dojechać przez dziesięć minut.
Robi smutną minę. Myśli nad czymś.
– A do której klasy chodzisz?
– Do trzeciej – odpowiada z dumą.
– O, to poważna sprawa. A lubisz szkołę?
– Trochę. Najbardziej matematykę.
Chwalę więc jego zainteresowania i pytam, czy lubi wuef. Chłopcy w jego wieku lubią przecież ganiać za piłką. No, może kiedyś lubili.
– Nie lubię, ale za to lubię basen. – I nagle łapie się za głowę. – Dzisiaj mam basen! Nie wziąłem stroju. – Ściąga z pleców tornister i grzebie w nim szybko. Po jego minie jednak widzę, że niestety zapomniał.
– Mama napisze ci usprawiedliwienie – pocieszam.
– Mamy nie ma. Pracuje w Niemczech.
– To tatę poprosisz – podpowiadam beztrosko.
– Tata też pracuje w Niemczech. Rodzice wrócą dopiero na święta.
Moja beztroska nagle odpływa w siną dal. Spoglądam na chłopca. Ma jakiś nienazwany smutek w oczach. Dopiero teraz to widzę (albo chcę widzieć).
– A kto się tobą opiekuje?
– Siostra.
Zapalają mi się wszystkie czerwone lampki. Jak to siostra?!
– A ile siostra ma lat? – dopytuję. Może wychodzę na wścibską babę, ale coś mnie tknęło.
– Dwadzieścia jeden – odpowiada. Zapina plecak. I pyta, o której ma następny autobus. Odwracam się do rozkładu jazdy i czytam mu godziny odjazdu. Mówię też, żeby się nie martwił, że na pewno uda się to jakoś wytłumaczyć nauczycielowi. Na to on z rozpaczą stwierdza, że musi dzisiaj ćwiczyć, bo inaczej dostanie jedynkę.
– A daleko masz do domu? Może zdążysz na następny autobus?
I ledwo się odwracam, a chłopiec jest już po drugiej stronie ulicy. Przebiegł oczywiście w miejscu niedozwolonym. Nawet nie wiem, czy się odpowiednio rozejrzał. Biegł już po trawniku. Po drodze minął koleżankę, której tylko krzyknął, że biegnie po strój na basen. I tyle go widzieli.
A mnie szkoda się tego dzieciaka zrobiło. Sam z dwudziestojednoletnią siostrą, która na pewno nie powinna być matką dla swojego brata. Nie oceniam jednak rodziców, może mieli nóż na gardle, musieli wyjechać. Nie wiem. Jednak smutne jest to, ze eurosieroctwo to poważny problem w naszym kraju. Nie wyobrażam sobie wyjechać, a dziecko oddać na wychowanie rodzinie.
źródło: http://kuradomowa.blogujaca.pl/2014/11/ ... rzystanku/
anna
A ile takich dzieciaków jest w naszym kraju?
-----------------------
anna
No niestety. A takich rodzin pewnie dużo, bo eurosieroctwo to ostatnio dość poważny problem. Biedne dzieciaki. Niezależnie od tego, jaka jest sytuacja materialna rodziny, to i tak to się na dzieciach odbija.
--------------------------
~Siwa
Straszne to eurosieroctwo! Dzieci nie mam, ale ze swojego dzieciństwa pamiętam, jak ważna dla mnie była bliskość rodziców i jak bardzo za nimi tęskniłam na różnych wyjazdach. Te dzieci mają smutne dzieciństwo.
----------------------------
~Makusia
Dzień dobry,
Myślę, że coraz częściej będziemy oglądać takie obrazki… co to za życie, że człowiek za robotą musi wyjeżdżać za groszem.. zostawia swoje dziecko. Dziecko dorasta samo, rodzic jest jak wujek.. tylko na święta.
==================================
Spotkałam go na przystanku
Siedzę. Obok mnie On. Na głowie ma niebieską czapkę z daszkiem. Spogląda na mnie ukradkiem. Ja też co chwilę zerkam w jego stronę, a gdy nasze oczy się spotykają, uśmiechamy się do siebie. On zaczyna wzdychać. Widzę, że szuka pretekstu, by zagadać. Uśmiecham się do swoich myśli i postanawiam zagaić rozmowę.
– Ciężkie jest życie, co? – pytam, a pycho mi się cieszy. On odwzajemnia uśmiech i potwierdza.
– A za ile minut będzie dziewiętnastka? – pyta po chwili. Widać, że potrzebuje pogadać.
– Za cztery – odpowiadam. – Do szkoły jedziesz?
– Tak. Mam na 10.20 – mówi, a ja odruchowo spoglądam na zegarek. – To chyba się spóźnisz, bo nie zdążysz dojechać przez dziesięć minut.
Robi smutną minę. Myśli nad czymś.
– A do której klasy chodzisz?
– Do trzeciej – odpowiada z dumą.
– O, to poważna sprawa. A lubisz szkołę?
– Trochę. Najbardziej matematykę.
Chwalę więc jego zainteresowania i pytam, czy lubi wuef. Chłopcy w jego wieku lubią przecież ganiać za piłką. No, może kiedyś lubili.
– Nie lubię, ale za to lubię basen. – I nagle łapie się za głowę. – Dzisiaj mam basen! Nie wziąłem stroju. – Ściąga z pleców tornister i grzebie w nim szybko. Po jego minie jednak widzę, że niestety zapomniał.
– Mama napisze ci usprawiedliwienie – pocieszam.
– Mamy nie ma. Pracuje w Niemczech.
– To tatę poprosisz – podpowiadam beztrosko.
– Tata też pracuje w Niemczech. Rodzice wrócą dopiero na święta.
Moja beztroska nagle odpływa w siną dal. Spoglądam na chłopca. Ma jakiś nienazwany smutek w oczach. Dopiero teraz to widzę (albo chcę widzieć).
– A kto się tobą opiekuje?
– Siostra.
Zapalają mi się wszystkie czerwone lampki. Jak to siostra?!
– A ile siostra ma lat? – dopytuję. Może wychodzę na wścibską babę, ale coś mnie tknęło.
– Dwadzieścia jeden – odpowiada. Zapina plecak. I pyta, o której ma następny autobus. Odwracam się do rozkładu jazdy i czytam mu godziny odjazdu. Mówię też, żeby się nie martwił, że na pewno uda się to jakoś wytłumaczyć nauczycielowi. Na to on z rozpaczą stwierdza, że musi dzisiaj ćwiczyć, bo inaczej dostanie jedynkę.
– A daleko masz do domu? Może zdążysz na następny autobus?
I ledwo się odwracam, a chłopiec jest już po drugiej stronie ulicy. Przebiegł oczywiście w miejscu niedozwolonym. Nawet nie wiem, czy się odpowiednio rozejrzał. Biegł już po trawniku. Po drodze minął koleżankę, której tylko krzyknął, że biegnie po strój na basen. I tyle go widzieli.
A mnie szkoda się tego dzieciaka zrobiło. Sam z dwudziestojednoletnią siostrą, która na pewno nie powinna być matką dla swojego brata. Nie oceniam jednak rodziców, może mieli nóż na gardle, musieli wyjechać. Nie wiem. Jednak smutne jest to, ze eurosieroctwo to poważny problem w naszym kraju. Nie wyobrażam sobie wyjechać, a dziecko oddać na wychowanie rodzinie.
źródło: http://kuradomowa.blogujaca.pl/2014/11/ ... rzystanku/

Czy teściowa jest mamą?
posenerka Sytuacja niczym z serialu typu "Klan" ale prawdziwa. Niestety.
Moja znajoma (lat 50+, zamieszkała w USA) ma syna. Jedynego. Była wdową, potem w USA wyszła za mąż. Z pierwszego małżeństwa ma syna, jedyne dziecko.
Syn miał przyjaciela, przyjaciel okazał się dziewczyną. wink
Ściągnęła syna do USA, jego chłopaka też, teraz tam swobodnie żyją, pracują. I postanowili wziąć ślub.
Znajoma wyszła z propozycją do "synowego" by po ślubie mówił do niej "mamo". Uznała, że skoro się kochają, chcą być razem, chcą wziąć ślub to będą tworzyli normalną rodzinę.
Synowy coś tam coś, ale po jakimś czasie wyszło, że absolutnie nie nazwie jej "mamą" bo jego rodzicielka się obrazi. Bo matka jest tylko jedna.
A on w sumie przyznaje jej rację.
Mamusia wcale nie zacofana, dziennikarka i to nawet znana, kojarzona jako postępowa, nowoczesna.
Znajomej zrobiło się wpierw bardzo przykro a po namyśle... zaczęła bojkotować ten związek dwóch panów homo.
Stwierdziła, że skoro przyszły mąż jej syna nie chce jej uznać za matkę to znaczy, że nie chce przystąpić do rodziny i nie traktuje tego związku poważnie.
Dla niej ślub to tylko na poważnie, niezależnie od płci. Jej syn jest gejem, ok, trudno, nie będzie wnuków ale chciała mieć pewność, że jej syn zwiąże się z kimś, kto go naprawdę kocha.
Jak to teraz jest z nazewnictwem teściowych? Mama czy jednak nie? Co mówi na to nowoczesne SV???
źródło + komentarze: http://forum.gazeta.pl/forum/w,10226,15 ... mama_.html

Mam wszystko oprócz... chłopaka
Mając wszystko, czują się niespełnione, samotne i nieszczęśliwe, bo nie mają z kim dzielić swojego "wspaniałego życia".
Fala samotności
"Atrakcyjna, inteligentna, uśmiechnięta. 31 lat. Wysoka pozycja zawodowa, własne mieszkanie i stabilna sytuacja materialna. Mam wszystko oprócz człowieka, z którym mogłabym cieszyć się tym życiem". To fragment ogłoszenia, które Wiktoria przygotowała, logując się na jednym z serwisów matrymonialnych. Nigdy go nie opublikowała. Nie kliknęła nawet w link aktywacyjny, umożliwiający dostęp do bazy osób w podobnej sytuacji.
– To byłby koniec, znak, że nie potrafię o własnych siłach znaleźć sobie partnera – tłumaczy.
Swój problem Wiktoria porównuje do narastającej fali, która powoli przykrywa wszystkie jej życiowe sukcesy. A było ich dużo. Najpierw najlepszy wynik egzaminów maturalnych w szkole średniej przodującej w krajowych rankingach, potem dyplomy z wyróżnieniem na zakończenie studiów z finansów i rachunkowości oraz gospodarki przestrzennej, w międzyczasie rozwojowy staż w Oksfordzie i rozpoczęcie pracy w jednej z największych europejskich korporacji finansowych już na piątym roku studiów. Świetnie radzi sobie zresztą także dziś już w innej firmie, do której została zrekrutowana przez headhuntera – z zarobkami powyżej 7 tys. zł, pozwalającymi na zakup 70-metrowego mieszkania w dobrej lokalizacji i podróżowanie, które jest jej pasją.
– Nie chcę, żeby to wyglądało, jakbym narzekała, bo zdaję sobie sprawę, że moje życie może być dla kogoś idealnym, że ludzie mi zazdroszczą. Ale powiedz, jaka to przyjemność mieć wszystko, osiągnąć tak wiele i nie mieć możliwości, aby podzielić się tym z kimś, cieszyć się tym z nim, opowiedzieć mu o tym? Codziennie wracam do pustego mieszkania, a wracam późno, bo w biurze zawsze ktoś jeszcze siedzi wieczorem i jakoś tak milej w towarzystwie, i choć mam swoje pasje, hobby, zajęcia, to jednak jak każdy mam też potrzebę pobycia z drugim człowiekiem, i to nie zwykłym, ale swoją drugą połową – opowiada.
Na pytanie, dlaczego kobieta taka jak ona nie ma partnera, uśmiecha się smutno.
– Nie wiem. To znaczy podejrzewam, że to, co osiągnęłam może mieć jakiś wpływ na postrzeganie mnie przez mężczyzn, ale to nigdy nie był też powód zakończenia moich dotychczasowych kilku związków. Bardziej chyba chodziło o jakieś wypalenie, brak czasu dla siebie. Nie jestem pracoholiczką, jestem skłonna ograniczyć pracę, by rozwijać się na polu prywatnym, rodzinnym. Tylko nie mam z kim – przyznaje.
To nie wybór
W społecznej percepcji takie osoby jak Wiktoria kwalifikuje się jednoznacznie do grupy singli. O ile jednak jeszcze do niedawna uważano, że single świadomie wybierają taki model życia i otwarcie przyznają, że aktualnie nie szukają partnera (bo praca, podróże, pasje itp.), o tyle dziś powszechnie twierdzi się, że bycie singlem to nie zawsze wybór.
Wyniki badania CBOS dotyczącego społecznych ocen alternatyw życia małżeńskiego jednoznacznie dowodzą, że w społecznej opinii powodem, dla którego osoby, które – będąc w wieku odpowiednim do założenia rodziny – nie wstępują w związek małżeński, jest głównie trudność w znalezieniu odpowiedniego partnera (34 proc. kobiet, 29 proc. mężczyzn).
Według Wiktorii ten czynnik jest w większości przypadków dominujący.
– Jakie znaczenie w obliczu całego długiego życia ma kariera zawodowa, poczucie wolności czy chęć rozwijania własnych pasji, co rzekomo lepiej się udaje w pojedynkę? Każda z tych rzeczy z powodzeniem może być realizowana w partnerskim związku czy rodzinie. Twierdzenie, że jest inaczej, to okłamywanie samego siebie – twierdzi.
Pomóc samej sobie
Marta, 30-letnia graficzka z Krakowa, również wpisuje się we współczesną definicję wielkomiejskiego singla. I podobnie jak Wiktoria, zdecydowanie się od niej odcina.
– To jakieś nieporozumienie, nie jestem singielką, nawet jeśli tak to wygląda. Jestem samotną 30-latką, która bardzo chce mieć faceta. I mimo tego, że mam zadaniowy tryb pracy i w życiu jestem zorientowana na cel, nie jest to kolejny punkt do odfajkowania na mojej "check-liście" – przekonuje.
Jako freelancerka dużo czasu spędza w domu. To nie pomaga. Jak przyznaje, samotność daje jej mocno w kość, szczególnie, że jej liczni znajomi są właśnie na etapie zawierania związków małżeńskich albo rodzenia dzieci. Nie lubi odmawiać, szczególnie przyjaciołom, więc jeździ na wesela, choć coraz mniej chętnie. Na początku zabierała ze sobą kolegów lub dobierała się w parę z innymi samotnymi spośród wspólnych znajomych młodej pary, później – by do niczego się nie zmuszać – jeździła sama, ale po każdym przyjęciu łapała doła.
– Ile można siedzieć przy stole i pilnować, żeby żaden wujek, wysłany przez współczujących młodych, nie przykleił się do ciebie swoim spoconym cielskiem podczas wymuszonego tańca? – żali się.
Oliwy do ognia dolewają rodzice, którzy coraz bardziej naciskają, by córka założyła wreszcie rodzinę.
– Mama ciągle powtarza, że przecież zegar biologiczny tyka, na co ja czekam, tylko praca i praca, a może jakiegoś chłopaka bym przyprowadziła itd. Szybko się najeżam, bo nie mam ochoty nikomu tłumaczyć, że się staram, że się rozglądam, ba, nawet umawiam na randki, ale dzisiejsi faceci jakoś niechętnie się angażują – opowiada Marta.
Nie czuje się "zaślubiona pracy". Jako wolny strzelec wypracowała sobie system, który pozwala jej kontrolować czas przeznaczony na obowiązki i na przyjemności. Może pochwalić się dużą niezależnością, nie narzeka na zarobki, chętnie angażuje się w różne projekty kulturalne i rozrywkowe, lubi pomagać.
– Szkoda, że nie umiem pomóc samej sobie i zdobyć faceta – mówi z przekąsem.
Zarówno Wiktoria jak i Marta powtarzają, że nie czekają na cud, nie siedzą z założonymi rękami, szukają.
– Czuję, że gdybym znalazła tę właściwą osobę, sprawy potoczyłyby się szybko. Jestem już w tym wieku, kiedy szkoda mi czasu na chodzenie za rączkę i przelotne pocałunki. Wiem, czego chcę, na kogo czekam. Jeśli on też, to nic nie stoi na przeszkodzie, by rozpocząć budowanie wspólnej przyszłość – mówi Wiktoria.
– Nie szukam księcia z bajki, znam realia. Chcę znaleźć albo dać się odszukać komuś, kto zrozumie moją potrzebę niezależności, komu nie będzie przeszkadzać mój tryb pracy i który sam wniesie w nasze wspólne życie coś od siebie. A przede wszystkim – nie ucieknie przed tym życiem – dodaje Marta.
źródło: http://www.sympatiaplus.pl/artykul/1840 ... 20wszystko

Komentarz:
~ania
Niestety , sama tak robie. Mam bardzo fajnego meza, dwojke dzieci. Pochodze z patologicznej rodziny i nie umiem sie odnaleźć w normalnym s, pkojnym zyciu. Co kilka dni prowokuje awantury, tak jakbym tego wew potrzebowała. Bardzo ciezko sie ze mna zyje, zdaje sobie z tego sprawe. Staram sie zmienic, ale idzie mi wolno.Bardzo wolno
==============================
Lekcja obcego języka
Każdy z nas chciałby stworzyć udany, satysfakcjonujący związek. Ale niektórzy muszą się bardziej napracować, bo w dzieciństwie skutecznie zaszczepiono ich przeciwko miłości. Jak poradzić sobie z własnym lękiem, złością i zawiścią wobec partnera? Rozmawiamy z dr Sławomirem Murawcem, psychiatrą i psychoterapeutą.
Każdy z nas pragnie miłości, prawda? Dlaczego więc niektórzy robią wszystko, by partnera odrzucić, zniechęcić?
Sławomir Murawiec: - Bo jednocześnie miłości pragną i straszliwie się jej boją. Mam doświadczenia w pracy z pacjentkami, które - po serii uczuciowych niepowodzeń, złych związków, w których były krzywdzone, zdradzane, bite - trafiają w końcu na fajnych partnerów. Proszę sobie wyobrazić: przychodzi do mnie na terapię kobieta, opowiada o nowym mężczyźnie, z tych opowieści wyłania się obraz faceta stabilnego emocjonalnie, opiekuńczego, mądrego, wyrozumiałego, czułego... Wspaniale, prawda? A tymczasem moja pacjentka zaczyna tę rodzącą się dopiero relację niszczyć, jakby robiła to z rozmysłem!
Przecież to bez sensu...
Czytaj więcej na http://www.styl.pl/uczucia/we-dwoje/new ... gn=firefox
~ania
Niestety , sama tak robie. Mam bardzo fajnego meza, dwojke dzieci. Pochodze z patologicznej rodziny i nie umiem sie odnaleźć w normalnym s, pkojnym zyciu. Co kilka dni prowokuje awantury, tak jakbym tego wew potrzebowała. Bardzo ciezko sie ze mna zyje, zdaje sobie z tego sprawe. Staram sie zmienic, ale idzie mi wolno.Bardzo wolno
==============================
Lekcja obcego języka

Sławomir Murawiec: - Bo jednocześnie miłości pragną i straszliwie się jej boją. Mam doświadczenia w pracy z pacjentkami, które - po serii uczuciowych niepowodzeń, złych związków, w których były krzywdzone, zdradzane, bite - trafiają w końcu na fajnych partnerów. Proszę sobie wyobrazić: przychodzi do mnie na terapię kobieta, opowiada o nowym mężczyźnie, z tych opowieści wyłania się obraz faceta stabilnego emocjonalnie, opiekuńczego, mądrego, wyrozumiałego, czułego... Wspaniale, prawda? A tymczasem moja pacjentka zaczyna tę rodzącą się dopiero relację niszczyć, jakby robiła to z rozmysłem!
Przecież to bez sensu...
Czytaj więcej na http://www.styl.pl/uczucia/we-dwoje/new ... gn=firefox

Informacje
Bing [Bot] » 1 gość

