Gdy policjanci z podlaskiego Zambrowa zaczęli badać trop seksualnego wykorzystywania dziewcząt z sierocińca, wyśledzili kolegów. A także lokalnych notabli: ginekologa w złotym bmw, dewelopera o byczym karku i paru innych. Młode ciała od dawna były walutą.
Na ławie oskarżonych - na razie - siedzi pięciu mieszkańców podlaskiego miasteczka. Odpowiadają z wolnej stopy, więc po prostu dzwonię do jednego z nich:
- Chciałabym porozmawiać o zarzutach prokuratorskich.
- Ale ma pani głos, jakby co najmniej kilka osób umarło - śmieje się mój rozmówca. Będzie rozmawiał, ale bez publikowania nazwiska: - Wie pani, ja jestem tutaj znaną osobą, taka reklama mi niepotrzebna.
I tak mieszkańcy Zambrowa wiedzą, o kogo chodzi. To niewielkie miasto na trasie Białystok - Warszawa ma nieco ponad 20 tys. mieszkańców, w tym paru majętnych.
Pan K., branża budowlana, jest żonaty, ma byczy kark i lubi skórzaną konfekcję. Razem z dwoma innymi deweloperami kończy inwestycję obok komendy policji - apartamentowiec z usługami na dole. Jest też właścicielem innych nieruchomości - w samym Zambrowie i poza nim, przy trasie do Warszawy. Zawistni głowią się, skąd ma pieniądze, ale on tłumaczy, że skutecznie "sądził się z gazociągiem, co idzie przez jego tereny, to kasę ma".
Opowiada, jak było z seksaferą: - Dwie dziewczyny wyszły na miasto, wydzwaniały, do kogo mogły. Brały pieniążki, staniki, perfumy - biznesmen bardzo się stara, by doszlusować do zambrowskiej elity, ale czasem wyłażą braki polszczyzny: "Dziewczynki brali 40 złotych za to, że pojechali do lasu".
To przecież nie jest zbrodnia
Przynosi mi z samochodu papiery z prokuratury, wręcza i każe czytać na głos.
"...wiedząc, że E.P. jest małoletnią, doprowadził ją do odbycia stosunku płciowego, (...) udzielając jej w zamian korzyści majątkowej w kwocie 170 zł...". Drugi zarzut, podobnej treści, dotyczy innej dziewczyny, także wychowanki domu dziecka, i innej kwoty - 60 zł. Obydwa są z wiosny 2013 roku i obydwa postawione z art. 199 par. 3, który dotyczy seksualnego nadużycia stosunku zależności. Karze zaostrzonej - od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności - podlega ten, kto "doprowadza małoletniego do obcowania płciowego lub poddania się innej czynności seksualnej albo do wykonania takiej czynności, nadużywając zaufania lub udzielając mu korzyści majątkowej lub osobistej, albo jej obietnicy". Istotne jest więc, że pokrzywdzoną musi być osoba przed 18. rokiem życia. Przepis ten skonstruowano specjalnie, by można było rozszerzyć karalność sprawców nawet w takich sytuacjach, do których dochodzi "z inicjatywy małoletniego".
Mówi K.: - Nawet jeśli seks by był, to jaka to zbrodnia? Ma skończone 15 lat, czyli żadne z niej dziecko. Godziła się na wszystko, wręcz inicjowała. A tak w ogóle to ja nie mam z tymi dziewczynami nic wspólnego, wszystko z palca wyssane.
Jego zdaniem prokuratura zabrnęła za daleko i nie wie, jak się wycofać. Tymczasem przed sądem rozpoczął się już pierwszy proces w sprawie wykorzystywania dziewcząt - nie jest to jeszcze sprawa dewelopera, lecz jego kolegi lekarza, męża również znanej w miasteczku stomatolożki.
Oskarżenie ma kłopoty, bo jedna z dziewczyn - głównych świadków - nie stawia się na rozprawy, druga zeznaje co innego niż w śledztwie. K. triumfuje, jest pewien, że zarzuty się nie ostaną. Sprawę śledzi na bieżąco:
- W prokuraturze zeznawała tak: "W czasie seksu mówiłam: nie mam skończonych 18 lat, jestem z domu dziecka". Mówiła tak też w czasie seksu oralnego. Ciekawe, z członkiem w buzi? W sądzie wszystko odwołała i przyznała, że zeznawała tak, jak jej kazali wychowawcy, bo bała się, że nie dostanie przepustki. A zresztą, jak pani idzie do burdelu, to o dowód pyta?
Zaburzony obraz świata
Zdaniem śledczych jedna z wychowanek domu dziecka, Klaudia*, dowiedziała się od starszej, 18-letniej koleżanki, że ta utrzymuje się z prostytucji, a to lekki zarobek. Poprosiła, by ją wciągnęła w "biznes". Na początku marca ubiegłego roku dziewczyny pojechały do biura oskarżonego dewelopera. Pojawił się tam jeszcze jego kolega, ginekolog A. Dziewczyny zajęły się obydwoma panami.
Klaudia wciągnęła także swoją koleżankę z placówki opiekuńczo-wychowawczej Justynę. Powiedzieć o nich, że są atrakcyjne, to nie powiedzieć nic. Taka uroda musi mieć oprawę, muszą być ray bany i markowe dżinsy, ale sprawiedliwości nie ma, przez całe ich krótkie życie miały pod górkę. Z 10 zł kieszonkowego miesięcznie nie dorówna się rówieśnikom, którym rodzice niczego nie żałują.
- Każde dziecko ma w zasięgu wzroku takie rzeczy, na które go nie stać. Gdyby stosować taki klucz, to należałoby wyciągnąć wnioski, że im uboższa rodzina, tym bardziej narażona na patologie, a przecież tak nie jest - mówi psycholog dziecięcy Ewa Czemierowska-Koruba ze stowarzyszenia Spójrz Inaczej. Prawdziwym problemem jest to, jakie urazowe sytuacje spotkały dziecko w życiu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że do placówek opiekuńczych trafiają dzieci z domów, gdzie była przemoc, alkohol, dysfunkcja. Mają zaburzony obraz świata. Bywa, że dziewczynki uciekają z domu, bo ojciec molestuje, a matka pije. Trudno się dziwić, że opiekun w placówce przez kilka miesięcy czy nawet lat nie zdąży nakłaść nastolatkom mądrości do głowy.
Młode ciała jako waluta towarzyska
- Dla pieniędzy - jedna z dziewcząt tak odpowiadała wprost na pytanie, dlaczego to robiła. Także z policjantami.
Policjanci, jak zeznała, płacili tyle, że szkoda gadać - 50 zł.
- Raz pojechali ze mną do lasu, jeden był nawet w mundurze, przyjechał radiowozem.
Lekarz - to co innego. Dawał nawet 150 zł za numerek.
Justyna sama do niego dzwoniła, umawiała się w gabinecie - tym samym, do którego chodziła na wizyty ginekologiczne. Kiedy wychowawcy zauważyli u dziewczyn gotówkę wykraczającą znacznie ponad kieszonkowe, drogie ciuchy i kosmetyki, zareagowali czujnie. Dyrektor domu dziecka w Zambrowie Marek Dąbrowski potwierdza, że sami zgłosili sprawę organom ścigania. Więcej nie chce dodawać ze względu na dobro wychowanków.
- Sprawa musi się spokojnie toczyć w sądzie - mówi.
Co myśli o funkcjonariuszach i lokalnych notablach, którzy korzystali z usług jego podopiecznych? Spuszcza głowę. Ocenianie nie do niego należy. A poza tym po tej całej sprawie trzeba będzie jakoś żyć w miasteczku.
W Zambrowie przez lata funkcjonował towarzyski układ przedsiębiorców i urzędników. Tzw. dziewczynki były nie tylko rozrywkowym elementem scalającym, ale także walutą w rozliczeniach biznesowych. Najpierw były to dorosłe prostytutki, co nikogo nie gorszyło. Czasem tylko zakotłowało się na forach internetowych. Jak wtedy, gdy biznesmen K. został zatrzymany przez straż graniczną w sprawie przemytu Wietnamczyków. Dowodów nie znaleziono, więc skarżył się dziennikarzom na fatalne potraktowanie. Pod tekstem w lokalnej gazecie ktoś wypomniał mu wtedy sprawki z "masażystkami".
Jak mówią moi informatorzy, w pogoni za coraz atrakcyjniejszymi dziewczynami, które można podesłać koledze (a ten się odwdzięczy), bogaci zambrowianie szukali coraz młodszych ciał. Dopiero gdy zeszli poniżej 18. roku życia, wkroczył prokurator.
Sprawa jest rozwojowa
Przed zambrowskim sądem rozpatrywany jest tylko jeden wątek sprawy - lekarza Roberta A. Znany ginekolog - a zarazem dyrektor Powiatowej Inspekcji Sanitarnej - oskarżony jest o to samo, co biznesmen K.: seksualne nadużycie stosunku zależności wobec małoletniej. Jego proces toczy się za zamkniętymi drzwiami.
Ze względu na utajnienie sprawy prokuratura milczy. Prokurator rejonowy z Łomży Dariusz Błażejczyk informuje tylko, że do płatnego seksu "miało dochodzić od początku marca do końca maja 2013 roku".
Początkowo, po zawiadomieniu z domu dziecka, sprawą interesowała się prokuratura w Zambrowie, ale wyłączyła się, gdy "wypłynęli" policjanci z miejscowej komendy, z którymi śledczy się znają. To właśnie Komenda Powiatowa Policji w Zambrowie badała seksaferę po zawiadomieniu z sierocińca i doszła do tego, że są w nią zamieszani dwaj jej funkcjonariusze. W czerwcu 2013 roku komendant powiatowy złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Wystąpił także z wnioskiem o wydalenie podejrzanych ze służby. 30-latkowie z kilkuletnim stażem pracy odwołali się od decyzji, ale podtrzymał ją podlaski komendant wojewódzki policji.
Śledztwo przejęła Prokuratura Rejonowa w Łomży - i dopiero wtedy praca ruszyła z kopyta. W grudniu 2013 do sądu trafił pierwszy akt oskarżenia - przeciwko dwóm byłym już policjantom oraz lokalnym biznesmenom. Zambrowski sąd, podobnie jak wcześniej tutejsza prokuratura, musiał się wyłączyć ze względu na relacje z byłymi mundurowymi i dlatego wokandy prowadzi Sąd Rejonowy w Łomży.
Wiadomo już, że zarzuty postawiono jeszcze szóstej osobie. To niejaki P., właściciel firmy przewozowej. Jest w stosunkowo najlepszej sytuacji. Jedna z pokrzywdzonych wycofała zeznania przeciw niemu i niewykluczone, że prokuratura ostatecznie nie postawi go w stan oskarżenia.
Prokuratur Błażejczyk mówi mimo to: sprawa jest rozwojowa.
W Zambrowie poszła już fama, że na liście prokuratora jest 26 nazwisk. Sami szanowani obywatele.
- Do tej pory szanowani - pokpiwają mieszkańcy.
Biznesmen K.: - W aktach jest 26 osób zamieszanych, dlaczego tylko sześciu postawiono zarzuty? Osoba, która z osiem razy była z dziewczyną w hotelu, nie ma zarzutów, a doktor A. już na drugą rozprawę jest ciągany.
Złote samochody znikającego doktora
Ginekolog A. przed dziennikarzami ucieka jak przed zarazą. Mimo wszystko próbuję. Pod budynkiem sanepidu zaparkowana jest toyota highlander, złoty metalic, ale pracownice zarzekają się, że szefa nie ma. Jest w terenie, ma dużo obowiązków. Gdy wracam, okazuje się, że był, ale znowu musiał wyjechać.
W jego prywatnym gabinecie - w okazałej klinice, pod którą parkuje złote bmw - też doktora nie ma.
- On już jest strzępkiem nerwów, dajcie mu spokój - proszą koledzy.
A. wciąż pełni obowiązki szefa inspekcji sanitarnej, bo starosta powiatu, który jest jego zwierzchnikiem, jak twierdzi, nie ma uprawnień, by go odwołać. Mógłby, owszem, ale po prawomocnym wyroku skazującym.
Odwiedzam kolejnego oskarżonego, byłego policjanta, który pracuje teraz w firmie ojca pod Zambrowem. Proszę pracownika, by go zawołał. Wychodzi postawny mężczyzna, z wyglądu 30-letni, odziany w robocze ciuchy.
- Pan M.? - pytam.
- Może tak, a może nie.
Gdy tłumaczę, o co chodzi, decyduje się: - A, to nie ja. To ktoś z mojej rodziny, ale tu nie mieszka.
Nie idzie o morale, tylko o interesy
- Za tym wszystkim stoi deweloper Jan Polakowski - nieoczekiwanie oświadcza mi Eugeniusz Kaczyński, właściciel gastronomii przy zambrowskiej pływalni, radny powiatowy już przez trzy kadencje. - Pamiętam wszystkie jego rozgrywki.
- Ale co to ma wspólnego z wykorzystywaniem dziewczyn? - pytam.
- Ano ma wiele - przekonuje Kaczyński. To Polakowski rozpętał aferę na lokalnym forum internetowym już rok temu. Pisał, że dziewczynkom z domu dziecka doktorek przerywał ciąże. Pisał do skutku, aż nie dało się dłużej udawać, że nic się z dziewczynami nie dzieje.
Polakowski to lokalny przedsiębiorca z ambicjami politycznymi. W 2010 roku kandydował do rady miejskiej z ramienia PiS. Wspierał kontrkandydata obecnego burmistrza Kazimierza Dąbrowskiego. W czasie kampanii postawił naprzeciw urzędu miejskiego baner: on sam kopniakiem przepędzający kłębiące się świnie.
Po co miałby rozdmuchiwać seksaferę? Zdaniem Kaczyńskiego, bezpośredniego konkurenta Polakowskiego na rynku nieruchomości, pan Jan usuwa wszystkich, którzy przeszkadzają mu w robieniu pieniędzy.
Radny Kaczyński rozkłada na stole studium zagospodarowania przestrzennego gminy. Wskazuje tereny dawnych zambrowskich tzw. zakładów pracy. Na rogu Mazowieckiej i Magazynowej Polakowski od kilku lat buduje centrum handlowe BEM. To będzie gigant. Z oficjalnej strony inwestycji dowiadujemy się, że ma mieć powierzchnię 12 tys. m kw. Wśród najemców m.in. supermarket Marcpol, market budowlany Mrówka, Avans, Deichmann, CCC, Top Secret, Cropp Town, House itd. Właśnie trwają ostatnie prace wykończeniowe, są już schody ruchome, lada moment ma nastąpić otwarcie.
Kaczyński mówi, że Polakowski dostał od starostwa pozwolenie na taki wielki obiekt, bo finansował kampanię zwycięskiego PiS.
- To nieprawda, nic nie finansował - odpiera wicestarosta Stanisław Rykaczewski (PiS). - Pan Polakowski nigdy nawet nie był w szeregach PiS, startował jako sympatyk.
Kaczyński upiera się przy swoim. I opowiada jedną historię za drugą. Na przykład taką: gdy burmistrz Zambrowa sprzeciwił się inwestycji Polakowskiego, ten wysłał do Centralnego Biura Antykorupcyjnego i prokuratury zawiadomienie o przestępstwie. Jego zdaniem w powiecie pleni się korupcja. Niczego takiego nie potwierdzono.
- 14 maja otwieramy galerię - oznajmia mi Jan Polakowski. - Mówi, że konkurencja "rzuca mu kłody pod nogi". Dodaje coś o "łabędzim śpiewie tej zgrai z burmistrzem na czele".
Pytam dewelopera o stosunek do oskarżonych. - Powiem tyle, że mnie z tymi ludźmi, krzywdzącymi osoby wchodzące dopiero w dorosłe życie, nie jest po drodze - Polakowski, z wyglądu 50-latek, sprawia wrażenie dobrodusznego. - Każdy o tym wiedział, co oni z dziećmi robili, ale dopiero ja oficjalnie powiedziałem, że to skurwysyństwo.
Rzeczywiście: gdy wiosną tego roku telewizja TVN wyemitowała reportaż o krzywdzeniu dziewcząt w Zambrowie, Polakowski jako jeden z nielicznych znanych ludzi z miasteczka potępił oskarżonych, nazywając ich "pedofilami". Siebie przedstawił jako jedynego sprawiedliwego.
Mogłabym w jego czyste intencje uwierzyć, lecz osiem lat temu opisywałam perypetie mieszkańców pracowniczego bloku przy ul. Celowniczej w Białymstoku. Ich przedsiębiorstwo upadło, a należący do niego budynek kupił Polakowski. Dokuczał mieszkańcom, podniósł czynsze o 300 proc. Część została eksmitowana, pozostali sami wyprowadzili się z bloku.
Są w miasteczku ważniejsze tematy
Poszkodowane nastolatki już opuściły Zambrów. Justyna wróciła do mamy, druga, już pełnoletnia, do rodzinnego miasta. Wicedyrektor szkoły dziewcząt rozmawia ze mną przez telefon: - Ten szum medialny nie służy miastu. Coś pani powiem. W naszej auli odbył się koncert orkiestry Wojska Polskiego. To dopiero było wydarzenie dla zambrowian, takie rzeczy warto nagłaśniać! A teraz właśnie prowadzę młodzież na rekolekcje.
źródło:
http://wyborcza.pl/1,87648,15833324,Sek ... ie.html#MT