Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »


Czy "polski dom" jest bezpieczny?
Jeszcze 30 lat temu w Polsce zjawisko jakim jest napływ uchodżców z innych krajow było marginalne. Wtedy dopiero zaczęły powstawać pierwsze ośrodki dla cudzoziemców. Przełom lat 80 i 90-tych ubiegłego wieku to nasilenie migracji o podłożu politycznym. Wojny, rewolucje, czystki etniczne w różnych zakątkach świata wzmagają falę uciekinierów. Do Polski trafia coraz ich więcej. Czy jednak znajdują tu nowy i bezpieczny dom? Nie jest to takie pewne. Okazuje się, że fala przemocy również dosięga ich tu - w wydawałoby się bezpiecznym miejscu...

Sprawy opieki nad uchodźcami, mimo zobowiązań umowami międzynarodowymi, jest problemem w naszym kraju. Jak każdy kłopot, i ten najłatwiej byłoby przemilczeć, zamieść pod dywan... w końcu to przecież są obcy. Jeśli im się nie podoba - zawsze mogą przecież wyjechać szukać szczęścia gdzie indziej, wrócić do swojego kraju.
To nie jest jednak takie proste. Polskę jako kraj członkowski Unii Europejskiej obowiązuje zapewnienie opieki i możliwości bezpiecznego zamieszkania uchodźcom. Takie są standardy unijne.
Jednak jak pokazuje praktyka rzeczywistość odzieraj uchodźców ze złudzeń. Od samego początku. Ośrodki nie są azylem, a ich funkcjonowanie pozostawia wiele do życzenia. Mimo starań i zaangażowanie wielu osób nie umiemy rozwiązać tego problemu.
Uczestnicy konferencji „Bezpieczny Dom? Przemoc fizyczna i symboliczna uchodźczyń i uchodźców”, która odbyła się 31 marca w Warszawie, podkreślają, że trzeba więc stale mówić i pracować nad poprawą procedur. Trzeba szukać nowych rozwiązań i wsłuchiwać się w to, co mówią uchodźczynie i uchodźcy. Bo to, co mówią jest ważne...

„Wyjechałam, uciekłam z Groznego, od wojny z dziećmi, po 15 latach wojny.... z przeżyciami ja i moje dzieci... uratowałam życie swoje i dzieci, ale w Polsce nie mogę mieszkać pod mostem. Kto chce wynajmować mieszkanie chorej kobiecie z trójką dzieci? Gdyby nie pomoc konkretnych osób, to nie dałabym rady. Polska mi nie pomogła” mówi Zargan Nasordinova z Czeczeni. „Teraz już znam język polski, a moi synowie mówią bardzo dobrze po polsku. Dziś żaden z nich Czeczen, a Polak. Chcę pozostać na zawsze w Polsce.” dodaje

Takich emigrantów, którzy trafili do Polski jest więcej. Większość ich zamieszkuje w ośrodkach dla cudzoziemców. Jednak jak wskazują przeprowadzone w ostatnich dwóch latach badania - te ośrodki wcale nie są oazami spokoju i miejscem bezpiecznym. Ustawa, która ma chronić cudzoziemców – uchodźców zdaniem Patrycji Mickiewicz, ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej, jest iluzoryczna. Ustawa jako taka nie funkcjonuje, bo powszechnie brak znajomości przepisów prawa. W ośrodkach dla cudzoziemców pracują urzędnicy, a brak w nich osób kompetentnych. Brakuje rówież całościowego spojrzenia na temat i rozwiązań systemowych. W ośrodkach dla uchodźców przydaliby się pracownicy socjalni, psychologowie, czy nawet psychiatrzy (dla osób po przejściach wojennych, które doświadczyły traumatycznych chwil), a nie administracja. Nie istnieje też żaden opracowany system opuszczania ośrodka i adaptowania się w nowe warunki. Najbardziej jest to widoczne w sytuacji, kiedy uchodźca próbuje znaleźć mieszkanie i pracę.

„Bardzo często uchodźca ma problem z wynajęciem mieszkania i zazwyczaj jest to problem nie do przeskoczenia” opowiada dr Kinga Wysieńska z Instytutu Spraw Publicznych, Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Brak jest tanich mieszkań dla przybyszy, możliwości korzystania z mieszkań socjalnych i komunalnych. Na rynku właściciele obawiają się „obcych”, nawet w sytuacji, gdy ci mają pracę i stałe dochody. Uchodźca w takiej samej sytuacji finansowej jak Polak jest wyraźnie dyskryminowany, jeszcze dotkliwiej ten problem dotyka kobiet. Jednak zdaniem dr Wysieńskiej badania odzwierciedlają bardzo mało precyzyjnych danych na temat bezdomności, gdyż ta bezdomność jest ukryta, bo uchodźcy to specyficzna grupa i trudno stosować w ich przypadku klasyczne metody badawcze. Teoretycznie jest na to sposób. Uchodźca może, jeśli zgłosi w Stowarzyszeniu Interwencji Prawnej, dochodzić respektowania swych praw. Jeśli wykaże, że był dyskryminowany ze względu na pochodzenie etniczne, status społeczny, rasę i płeć, może walczyć w sądzie. Pierwsze wyroki już zapadły. Jednak niektórzy urzędnicy nadal maja problemy w interpretacją prawa.

Przy tym wszystkim jednak szokujące są wyniki badań dotyczące przemocy domowej wobec uchodźczyń, która dotyka ponad 80 procent kobiet w różnym wieku. Jest to przemoc fizyczna (pobicia, gwałty, znęcanie się) oraz psychiczna (straszenie np. odebraniem dzieci, zabiciem). W opracowaniu „Migrantki przymusowe jako ofiary przemocy w Polsce” wspomina o tym dr Witold Klaus ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej. Badania przeprowadził od września 2012 do lipca 2013 roku.
Uchodźczynie doświadczają przemocy nie tylko ze strony swych mężów i rodziny. Są one często narażone na nie mniejsze represje niż te, jakich doświadczały we własnym kraju. A wszystko to dzieje się przy milczącej akceptacji pracowników ośrodka, którzy uznają za zasadę nie ingerowanie w sprawy cudzoziemców, którzy „jakoś te sprawy sobie sami między sobą rozwiążą”. Przemoc jest tematem tabu. Żadna kobieta nie poskarży się na męża, bo to narazi ją wykluczenie ze społeczności, w której z zasady winną jest zawsze właśnie kobieta. Najgorszą sławą cieszy się ośrodek dla uchodźców na Targówku, gdzie jest największa skala przemocy wobec kobiet.
„Kobiety uchodźczynie są prześladowane, bo są kobietami. Taka jest argumentacja. I wcale nie są uwolnione od tego przed czym uciekły” dodaje dr Klaus.

„Najpierw jest radość, że cisza i spokój. Ale zaraz za moment okazuje się, że nikt ciebie nie chce. Trzeba znaleźć jakiś system adaptacyjny dla uchodźców” mówi Larissa Suleymanova, Czeczenka z Fundacji „Ocalenie”. „Kobiety czeczeńskie nie chcą mówić, że były dyskryminowane, zamykane, izolowane i bite. W założeniu islam zakłada, że mężczyzna powinien pomagać kobiecie, jeśli jest z nia w rodzinie.”
Trudna sytuacja dotyka także mężćzyzn. Znalezienie się na obcej ziemi, przy braku środków do życia i bez stabilizacji powoduje, że mężczyźni uchodźcy w swoim odczuciu tracą poczucie własnej wartości, honoru, czują się zagubieni, wyizolowani. Popadają w depresje, rozdrażnienie i swoje frustracje wyładowują na kobietach. Często w skrajnych przypadkach, choć tego zabrania im religia, zaczynają nadużywać alkoholu i narkotyków. Popadają w konflikt z prawem, za co również winią kobiety.
„Problemem jest to, że w Polsce jest bardzo mała wiedza na temat islamu i funkcjonują tylko stereotypy, które maja mało wspólnego z prawdą” mówi Emina Ragipović z Fundacji „Kultura bez granic”.
Trudno bowiem wymagać od kogoś, kto już stracił własną ojczyznę, by odciął się od własnej kultury, tradycji, obyczajów i rodziny. To jedyne, co tym ludziom pozostaje w ich odczuciu w obcym mentalnie im kraju. Jednak trzeba starać się, jak zapewniali prelegenci w czasie konferencji, by Polska stopniowo i znacznie szybciej stała się ich druga ojczyzną, by „goście” poczuli się jak w domu... i to w bezpiecznym domu.

źródło: http://wgospodarce.pl/opinie/11991-czy- ... bezpieczny
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Wejście do strefy euro: po jakim kursie wymiana?
Ostatnio znów powróciła kwestia przyjęcia euro. Tymczasem większość społeczeństwa nie chce przejścia na wspólną walutę, bo uważa, że będzie to dla nich niekorzystne. Przez co najmniej kilka lat możemy spać spokojnie. Jednak nie termin rezygnacji ze złotego jest najważniejszy, ale to, po jakim kursie nastąpi wymiana.

O wejściu Polski do strefy euro znów zrobiło się głośno przy okazji wydarzeń na Ukrainie. Jednak myślenie o tym w kontekście politycznym, czyli silniejszej integracji z Unią Europejską w perspektywie rosyjskich mocarstwowych zakusów, nie wydaje się najlepszym pomysłem. Taka decyzja ma bowiem wymiar przede wszystkim ekonomiczny i tego typu względy powinny być brane pod uwagę. Trochę przy tym zapomniano o wszystkich wątpliwościach, obawach i zagrożeniach, które pojawiły się w związku z nie tak dawnym przecież globalnym kryzysem finansowym. Nie tylko w potocznej opinii przeważa pogląd, że najważniejszy jest wybór odpowiedniego terminu przyjęcia wspólnej waluty. To oczywiście kwestia istotna, ale nie tak bardzo, jak to, po jakim kursie nastąpi przejście ze złotego na euro. Od tego zależeć będzie kondycja naszej gospodarki, a więc także bilans strat i korzyści każdego z nas.

Więcej: http://www.finanse.egospodarka.pl/10789 ... ,63,1.html
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarz:

blechtrommel

Ten kto ustalał przepisy nie podejrzewał skali ich wykorzystywania przez ludzi nieodpowiedzialnych, chciwych i cynicznych. Brukselskie przepisy zakładają uczciwość europosłów - owszem, zawsze ktoś się znajdzie kto ukradnie, ale w normalnych krajach to jest margines.

A u nas patologia jest normą, tego Zachód nie przewidział. Dla Polaka oszukiwanie na kasie to norma. Polak zeżarłby rękę która go karmi dla własnej korzyści. I w nosie ma opinię jaką robi Ojczyźnie, byle jemu było dobrze.

Takich złodziei z Polski tam wysyłamy. I znowu wyślemy.

=======================
Migalski ujawnia przed wyborami: jak posłowie wyciągają pieniądze z Parlamentu Europejskiego? [10 SPOSOBÓW]
Obrazek
W europarlamencie kwitnie system "legalnej korupcji": najbardziej cwani i przebiegli politycy na samych dojazdach mogli zarobić przez 5 lat nawet półtora miliona złotych. Tak swoich kolegów z PE demaskuje w swojej nowej książce Marek Migalski. "Parlament ANTYeuropejski" to wielka krytyka unijnej administracji i apel o ograniczenie rozdętego systemu brukselskich przywilejów. No, ale przecież europoseł nie troszczy się bezinteresownie. Wybory wszak za pasem, a Migalski od 5 lat korzysta z dobrodziejstw sprawowania euromandatu i zamierza ubiegać się o niego ponownie.

Różne są sposoby walki o reelekcję w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Europoseł Marek Migalski, startujący z list Polski Razem Jarosława Gowina, postanowił najwidoczniej zdobyć rozgłos wydając właśnie książkę "Parlament ANTYeuropejski". Pozycja obowiązkowa dla wszystkich krytyków machiny urzędniczej Unii Europejskiej, eurosceptyków i oczywiście przyszłych europosłów.

Dlaczego również dla tych ostatnich? Wszystko przez to, że książka Migalskiego to świetna ściąga dla tych eurodeputowanych, którzy chcieliby jeszcze dorobić do - i tak niemałej przecież - brukselskiej pensji. Przykład: "Gdyby (...) całą kadencję spędzić na jeżdżeniu autem "tam i nazad" (...), to można by w ciągu pięciu lat zarobić - na samych dojazdach! - około półtora miliona złotych". A wszystko to - jak twierdzi Migalski - "za cichą pochwałą władz Parlamentu Europejskiego".

Dlaczego tak twierdzi? Odkrył bowiem, że brukselscy biurokraci "wiedzą najlepiej, jak wszystko powinno działać", a eurodeputowani im w tym "trochę przeszkadzają". Jak pisze polityk, "szereg przywilejów i sposobów zarabiania" ma zatem odwracać uwagę posłów PE od "wtrącania się do procesów politycznych".

A oto i 10 najpopularniejszych trików, które według Migalskiego europosłowie stosowali, by wyrwać z Parlamentu Europejskiego dodatkowe pieniądze.

1. Wyłudzanie eurodiet i podwojenie dochodu

Dochody posłów w Brukseli to nie tylko pensja (7,6 tys. euro). Są jeszcze diety za obecność w europarlamencie. Ponad 300 euro za dzień. Ale co, jeśli komuś nie chce się siedzieć na nudnych spotkaniach od rana do wieczora? Wystarczy złożyć podpis na liście obecności między godzinami 7 a 22. Migalski opisuje mechanizm: poseł w poniedziałek dociera do Brukseli przed 22, żeby zdążyć z podpisem, w kolejnych dniach zagląda do europarlamentu tylko po to, żeby złożyć autograf, a w piątek po podpisaniu listy z samego rana - może już urwać się z powrotem do Polski. Zysk? Ponad 1500 euro tygodniowo.

"Jeśli skrupulatnie się policzy, to za dwadzieścia kilka dni pracy można miesięcznie dostać właściwie drugą pensję (i to już bez opodatkowania). Skoro więc ktoś mówi o zarobkach europosłów, to winien raczej operować liczbą około 12 tysięcy euro miesięcznego czystego przychodu" - przekonuje Migalski.

2. Oszukiwanie przy wynajmie mieszkań


Diety poselskie powinny być przeznaczane przez europosłów na jedzenie i wynajem mieszkań bądź hoteli w Brukseli. Polacy według Migalskiego wiodą jednak prym w oszczędnościach w tej kwestii. Nie jest niestety tak, że oszczędzają, aby mniej pieniędzy podatników szło na ich wydatki. Zależy im na tym, aby więcej środków zostało w ich portfelach. Dlatego wynajmują jedno mieszkanie w kilka osób, choć są - jak twierdzi polityk - i tacy, którzy wbrew przepisom obowiązujących w Parlamencie Europejskim, sypiają w swoich biurach.

"Biura w Brukseli składają się z dwóch pokojów - jeden jest przeznaczony dla asystentów i stażystów, a drugi dla MEP-a (Members of European Parliament - przyp. red.). Ten drugi wyposażony jest w cały niezbędny sprzęt biurowy, ale także w łazienkę z prysznicem i kozetkę, na której spokojnie można się wyspać. To właściwie małe mieszkanie, więc rozumiem, że niektórych mogło kusić, by się tam od czasu do czasu przespać" - opisuje Migalski.

3. Przekręty na "kilometrówkach" i tzw. brejk

Jednym z najlepszych dodatkowych źródeł dochodów parlamentarzystów z Brukseli były wszelkiego rodzaju rozliczenia kosztów ich przejazdów. Za każdy przejechany prywatnym samochodem kilometr europosłom zwracano 49 eurocentów. Według Migalskiego nawet po odliczeniu faktycznych kosztów (benzyna) na jednym kursie można było zarobić nawet kilka tysięcy złotych. Jeśli zaś dojeżdżało się tak do Brukseli co tydzień, przez całą pięcioletnią kadencję - można by uzbierać od 700 do 800 tys. zł.

Choć to nie są jeszcze rekordowe kwoty, jakie można było odłożyć na boku. Europosłowie w tygodniu pracy mogą bowiem zrobić sobie tzw. brejk. Jadą do Belgii w poniedziałek, we wtorek wracają do Polski, w środę znowu wyruszają w podróż do Brukseli, a w czwartek albo piątek wracają do kraju. Za wszystkie te podróże tam i z powrotem płacił oczywiście PE (49 eurocentów za kilometr). Najbardziej zdeterminowani i wytrwali mogliby przez kadencję zarobić w ten sposób ok. 1,5 mln zł.

Ten strumień dodatkowych pieniędzy został jednak nieco przykręcony 2,5 roku temu, gdy przewodnictwo w PE po Jerzym Buzku objął socjalista Martin Schulz. Jego decyzją system "zastąpiono" ryczałtem uzależnionym od odległości kraju europosła od Brukseli. Nadal są to jednak bardzo atrakcyjne stawki.

4. Gimnastyka przy rozliczaniu faktur za benzynę

W jaki sposób europosłowie udowadniają, że w ogóle podróżowali własnym autem? Początkowo w PE wymagano jedynie rachunku z jakiejkolwiek stacji benzynowej (za zakup paliwa bądź posiłku) znajdującej się na trasie podróży. Według Migalskiego jego koledzy wyjeżdżali 100 km poza Brukselę, aby zdobyć paragon ze stacji benzynowej, a po powrocie deklarowali, że odbyli podróż na trasie Bruksela-Warszawa-Bruksela. W międzyczasie przepisy zostały zaostrzone i urzędnicy zaczęli wymagać przedstawienia rachunku ze stacji benzynowej z początku i końca trasy. Ale i z tym pomysłowi politycy uporali się.

- Sposobem na obejście tego wymogu było zatrudnienie asystenta, który w kraju pochodzenia MEP-a musiał wyjeżdżać jakieś trzysta kilometrów w kierunku Belgii i tam kupować paliwo lub posiłek na stacji benzynowej - pisze Migalski.

5. Podróżowanie jednym samochodem - rozliczanie kilku

Kolejny sposób to wyjazdy eurodeputowanych do Brukseli jednym samochodem. Co w tym złego? Nic, tyle że potem każdy z nich rozlicza podróż tak, jakby podróżował własnym autem. Wystarczy, że jeden z nich ma rachunek za benzynę z danej stacji, a inni kupili na niej tylko posiłki. Wszystkie te paragony są podstawą do oddzielnego rozliczania przejazdu.


6. Noclegi w hotelach, których nie było

150 euro na hotel dostawali europosłowie do połowy kadencji - jeśli ich podróż do Brukseli miała ponad tysiąc kilometrów. Proceder polegał na tym, że wybierali najtańszy zajazd lub motel przy trasie, w którym nocleg często kosztował w granicach 30 zł. Płacili, brali fakturę, ale tak naprawdę nie nocowali w nim. Przedstawiali potem skromny rachunek, a różnicę zatrzymywali dla siebie.

Niedawno jednak przepisy zmieniono i dopłaty do hoteli przysługują już tylko zaawansowanym wiekowo i schorowanym eurodeputowanym. "Ze zmiany przepisów niezadowoleni byli nie tylko eurodeputowani, ale także - a może nawet przede wszystkim - hotelarze. Wszak stracili idealnych klientów - płacących i nawet niewchodzących do pokoju" - ironizuje Migalski.

7. Walka o "hona"

Według Migalskiego udział w programie Miles & More to jedna z tych rzeczy, która najczęściej zajmuje uwagę europosłów. Wszystko dlatego, że latający za pieniądze europarlamentu, dzięki programowi lojalnościowemu, mogą zdobyć przywileje nieosiągalne dla zwykłych pasażerów. Jeśli uzbiera się wystarczającą liczbę punktów, można liczyć nawet na to, że specjalna limuzyna będzie ich wozić aż pod samo wejście do samolotu. Do tego dochodzi salonik VIP na lotnisku z alkoholem i wykwintną kuchnią. Kiedyś, gdy PE dawał posłom określoną kwotę na przeloty - posłowie albo latali tanimi liniami, albo decydowali się na podróże samochodem tak, by zaoszczędzić jak najwięcej. Teraz, gdy ryczałty zostały zlikwidowane, zdarza się, że poseł wybiera mniej dogodne połączenie tylko po to, by lecieć linią lotniczą, która uczestniczy w programie Miles & More.

"Pytanie najważniejsze - czy masz już hona? Co to jest hon? Najwyższa klasa w systemie Miles & More, czyli coś, co upoważnia do korzystania z salonu VIP i wszystkich udogodnień wynikających z podróżowania już nie tylko klasą biznes, ale first klasą" - wyjaśnia Migalski.

8. Pieniądze nie tylko za zagraniczne podróże

24 tys. kilometrów rocznie - to limit podróży po własnym kraju, za który posłowie również dostają zwrot 49 eurocentów za kilometr. "Trzeba się namęczyć, by wykorzystać go w całości" - przekonuje Migalski.

9. Wizyta na Wiejskiej, a pieniądze z Brukseli


Czasem 300 euro deputowany do Parlamentu Europejskiego może zdobyć, nawet nie wybierając się do Brukseli. Wystarczy, że odwiedzi polski Sejm, gdy obraduje w nim komisja ds. Unii Europejskiej i złoży swój podpis na liście obecności.

10. Potężne środki na asystentów

Aż 20 tys. euro miesięcznie każdy z europosłów dostaje na zatrudnienie asystentów. Do tego dochodzi ponad 4,5 tys. euro na biura. Według Migalskiego stałą praktyką jest zatrudnianie w ich miejsce pracowników własnej partii. Dzięki temu rozwiązaniu lojalny polityk utrzymuje administrację własnej organizacji, gdyż taki "asystent" tak naprawdę nie pracuje dla niego, ale właśnie dla partii, która wysłała go do Brukseli.

Migalski zwraca uwagę, że miesięcznie poseł ma do rozdysponowania w ten sposób blisko 100 tysięcy złotych. "To ogromna suma i - jeśli się ją dobrze zagospodaruje - można być szefem małego think tanku lub fabryczki. Ja na przykład mam dziesięciu asystentów. Choć są i tacy polscy europosłowie, którzy mają ich dwa razy więcej (czasami aż tylu, że nie znają dokładnej liczby)" - przyznaje w swojej książce.

Migalski krytykuje, sam też korzysta


Europoseł Migalski mandat do tak krytykowanego przez siebie Parlamentu Europejskiego zdobył w wyborach w 2009 roku startując z list Prawa i Sprawiedliwości. Potem zaangażował się w tworzenie partii Polska Jest Najważniejsza, a obecnie o reelekcję ubiega się już z list Polski Razem Jarosława Gowina. Dzięki europarlamentowi, na którym w swojej książce nie zostawia suchej nitki, tylko w latach 2009-2012 odłożył ponad 1,3 mln zł (dane wg najnowszych dostępnych oświadczeń majątkowych).

Polski kwestor: radzimy sobie z nadużyciami


O opisywane przez Migalskiego nadużycia zapytaliśmy europosła Bogusława Liberadzkiego, który jest również kwestorem w PE. Zajmuje się wszelkimi kwestiami finansowymi i administracyjnymi dotyczącymi posłów. - Książki Migalskiego nie czytałem i nie zamierzam czytać. On nie wpisał się merytorycznie w prace europarlamentu, ale lubi plotkować - komentuje Liberadzki. - Oczywiście były przypadki nadużyć, ale walczymy z nimi. Kontrolujemy posłów i przestrzegamy ich przed niewłaściwym zachowaniem. Były też takie przypadki, gdy po prostu żądaliśmy zwrotu niesłusznie pobranych pieniędzy - zapewnia polski kwestor.

źródło: http://wybory.gazeta.pl/ParlamentEurope ... ja.html#MT
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Donald Tusk szuka 38 miliardów złotych. Dlatego zabrał pieniądze z OFE
Jeśli nie ograniczymy krajowego deficytu, Komisja Europejska może sięgnąć po sankcje. Najdotkliwsze, to ograniczenie lub nawet wstrzymanie dotacji unijnych. A Komisja zaczyna tracić cierpliwość, bo na to, abyśmy naprawili finanse państwa, czeka już piąty rok. Donald Tusk musi znaleźć w tym roku 17, a w przyszłym - 21 miliardów złotych, aby deficyt sektora finansów publicznych spadł poniżej wymaganego poziomu trzech procent. Premierowi uda się zrealizować plan bez podnoszenia podatków i bez radykalnych cięć wydatków, jeśli większość z nas zrezygnuje z OFE, wzrost gospodarczy będzie trwały i wyraźny, a co za tym pójdzie, wzrosną wpływy z podatków, głównie z VAT.


- Donald Tusk jest pod ogromną presją nie tylko Komisji Europejskiej, ale również rynków finansowych. Wszyscy oczekują realnej poprawy kondycji finansów publicznych w Polsce, a wyraźnie widać, że rząd ma z tym duży problem - mówi Money.pl prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów. To reakcja na zapowiedzi ministra finansów, który do końca kwietnia ma przedstawić w Brukseli plan zejścia z deficytem sektora finansów publicznych poniżej poziomu 3 procent PKB. W języku urzędników to tak zwana Aktualizacja Programu Konwergencji.

Więcej: http://www.money.pl/gospodarka/raporty/ ... 07358.html
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarze:

skubi6

Facet poszedł do szemranej meliny, gdzie pił alkohol. I wziął ze sobą kartę bez limitu. I opowiedział, że karta nie ma limitu. Na dodatek była to karta służbowa.

Myślę sobie, że ostrzyżenie takiego pana na milion może być czynem społecznie pożytecznym.


-----------------------

wacek654

Spoko.Pracownikom tej spółki wytłumaczy się,ze firma ma "przejściowe trudności" i muszą trochę poczekać na wypłaty pensji.


========================
Milion za noc w Cocomo. "Panowie wchodzą do klubu i wiedzą, jakie są ceny"
Obrazek
Prawie tyle nocny klub Cocomo ściągnął z karty klienta. Legalnie? Prokuratura się głowi. Liczymy - klient musiałby wypić 60 butelek bajecznie drogiego szampana.

Kluby Cocomo działają w reprezentacyjnych miejscach wielu polskich miast. W połowie marca ujawniliśmy, że niektórzy ich klienci budzą się rano z uszczuplonymi rachunkami bankowymi. Kilkunastu zgłosiło się do poznańskiej policji.

Śledztwa prowadzą też prokuratury w Krakowie, Warszawie, Gdańsku, Sopocie i Kielcach. Nikomu zarzutów nie postawiono, a część spraw została umorzona, bo śledczy uznali, że klienci sami sobie winni: płacąc wysokie rachunki kartą, wbijali kod PIN świadomie, a astronomicznie wysokie ceny trunków podane były w menu.

Po naszych publikacjach odezwała się kancelaria prawna reprezentująca firmę Event z Krakowa, do której należy sieć klubów Cocomo. Zapewniała, że "spółka posiada renomę, uznanie odbiorców i dobrą markę". Zagroziła procesem, jeśli "Wyborcza" nie zaniecha "naruszania jej dóbr osobistych". Podpisała się pod tym radca prawny Karolina Lempart.

Tydzień temu w Poznaniu do klubu przy Starym Rynku wszedł dyrektor polskiej spółki z branży metalurgicznej. Bawił w towarzystwie kolegów. Pamięta wejście i pierwszego drinka, za którego zapłacił służbową kartą. Obudził się następnego dnia wieczorem w swoim pokoju hotelowym w Poznaniu. W kieszeni znalazł swoje oświadczenia, że na alkohol w Cocomo wydał blisko milion złotych. Sprawdził konto i zobaczył 44 transakcje kartą. Suma się zgadzała - ponad 970 tys. zł.

Policjanci poznańskich komisariatów kilka tygodni temu zostali uprzedzeni, jak się zachować, gdy przyjdzie klient Cocomo: mają pobrać krew i próbkę moczu. Bo badanie kilku wcześniejszych klientów klubu wskazywało na obecność w ich krwi narkotyków. Zażyli je sami czy zostały im dosypane? Policjanci zasłaniają się tajemnicą śledztwa. Poprosili też o próbki dyrektora. Nieznane są jeszcze wyniki badań.

Prokuratury umarzały dotychczas śledztwa, tłumacząc, że w menu podane były ceny, więc klienci musieli być świadomi konsekwencji.

Kilka tygodni temu jeden z naszych dziennikarzy był w Cocomo i widział menu. Najdroższy w karcie był szampan połączony z pokazem tancerek - 15 tys. zł. Dyrektor musiałby wypić ponad 60 butelek.

Co na to spółka? Po sprawie dyrektora, który zapłacił milion złotych, zaprosiła nas na spotkanie z krakowską spółką Event. Jej szefem jest Jan S., oskarżony o kierowanie grupą, która fałszowała dokumenty. Niski, dobrze zbudowany, opalony, ze złotym zegarkiem. Zapewnia, że jego kluby nie mają nic do ukrycia. Miesięcznie odwiedza je 26 tys. klientów, a zgłoszenia do prokuratury nazywa "promilem". Narkotyki? Zapewnia, że do klubów nie wolno ich wnosić. Pokazuje nagranie wideo z pobytu dyrektora, który spędził tam 16 godzin, i dowody transakcji dokonywanych czasami co kilkanaście minut. Niektóre na blisko 40 tys. zł. Na nagraniu klient i jego koledzy bawią się z kilkoma dziewczynami. Po kilkunastu godzinach dyrektor nie stoi już zbyt pewnie na nogach. Co pewien czas podchodzi kelnerka z terminalem, mężczyzna wbija PIN. Gdy przy ostatniej transakcji interesuje się tym jego kolega, jedna z dziewczyn wiesza mu się na szyi, odciąga.

Katarzyna Stanek, menedżerka Jana S., tłumaczy, że klient był z dwoma kolegami i stawiał dziesięciu tancerkom.

Pełnomocnik spółki: - Panowie wchodzą do klubu i wiedzą, jakie są ceny. Życzą sobie często, by towarzyszyło im więcej dziewczyn, dla których kupują drogie szampany.

Jan S.: - Płaci się za drogą markę, obsługę i elegancki wygląd. Jestem zażenowany, że ten pan, który się świetnie bawił, poszedł na policję.

Pełnomocnik spółki przyznaje, że ma wiele pism od klientów Cocomo, którzy twierdzą, że pamiętają tylko pierwszego drinka. Ale jej zdaniem co innego wynika z nagrań wideo. - Klienci są świadomi, gdy płacą.

Do "Wyborczej" zgłosił się jednak pracownik poznańskiego Cocomo. Był w klubie, gdy z karty klienta ściągano milion złotych. To jego wersja zdarzeń. - Ten klient pochwalił się, że ma kartę bez limitu. Wtedy z centrali przyszło polecenie, by nie wypuszczać go, dopóki nie nabijemy pół miliona. Później pułap żądań wzrósł do 800 tys., w końcu do miliona. Koledzy tego mężczyzny kilka razy chcieli wyprowadzić go z klubu, ale dziewczyny były nachalne. Klient był tak pijany, że opierał się o blat, by się nie obalić. Później podpisał oświadczenia, przyznając się w nich do wydatków. Na kartce było kilka skreślonych, jakby nieudanych podpisów.

Gdy opisaliśmy pierwsze historie klientów Cocomo, zareagował prokurator generalny Andrzej Seremet. Zapewnił, że przyjrzy się śledztwom prowadzonym przez prokuratury w całym kraju. Wiadomo, że wpłynęły zawiadomienia od ponad 50 klientów klubów Cocomo.

Dlaczego śledztwa utknęły w martwym punkcie? - Nikt nie patrzy na to całościowo. Każda prokuratura traktuje to jak incydenty, a nie zorganizowany mechanizm. Należałoby połączyć śledztwa - mówi nam jeden z poznańskich policjantów, który pracuje nad sprawą Cocomo.

Prokurator Seremet, jak powiedział nam jego rzecznik prasowy, nie widzi potrzeby łączenia śledztw. Nakazał ich nadzorowanie prokuratorom wyższych instancji.

Płatność bez limitu? To możliwe


Klient, który stracił prawie milion złotych w poznańskim Cocomo, miał kartę służbową w ING Banku Śląskim. Czy bank uwiarygodniał jego transakcje? Piotr Utrata, rzecznik prasowy ING BŚ. - W przypadku kart firmowych to pracodawca ustala wysokość limitów dla pracowników.

źródło: http://wyborcza.pl/1,75478,15745767,Mil ... SlotII3img
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarz:

miroslawa133

Na banknotach możecie namalować nawet prosiaczka, byle ich było dużo w portfelu. To jest najważniejsze.

===============

7 kwietnia NBP wprowadza nowe banknoty. Sprawdź, co się zmieni i o czym warto pamiętać
7 kwietnia do obiegu trafią nowe banknoty. Zmodernizowane, o nominałach 10, 20, 50 i 100 zł będą zastępowały zniszczone lub uszkodzone banknoty wycofywane w ramach standardowych operacji zasilających banki komercyjne w gotówkę.

Projekty graficzne zmodernizowanych banknotów nie uległy zmianie, ale zastosowanie nowych zabezpieczeń powoduje, że różnice pomiędzy banknotami nowej i dotychczasowej emisji będą widoczne. Najważniejsze zmiany to odkryte pole znaku wodnego, wprowadzenie farby opalizującej i ulepszone zabezpieczenie recto-verso.

Zobacz, jak będą wyglądały nowe banknoty >>>

Warto pamiętać, że banknot o nominale 200 złotych na razie nie zostanie zmieniony.

Co warto zapamiętać?

7 kwietnia NBP zacznie zaopatrywać banki w zmodernizowane banknoty
Tym samym zaczną się one pojawiać w powszechnym obiegu.
Jest to operacja czysto techniczna - wizerunki nie ulegną znaczącej zmianie.
Zmienią się jedynie zabezpieczenia.

Obecne banknoty pozostaną bezterminowo prawnym środkiem płatniczym.
Banknot o nominale 200 zł nie podlega na razie modernizacji.

Stare banknoty będą ważne

Jak wynika z informacji Narodowego Banku Polskiego, dotychczasowymi banknotami będzie można spokojnie płacić. - Wszystkie obecnie używane banknoty bezterminowo pozostaną prawnym środkiem płatniczym - informuje bank.

- NBP przygotował również zaktualizowaną aplikację mobilną na urządzenia Android oraz Apple iOS - NBP Safe, dzięki której będzie można w prosty sposób nauczyć się, jak rozpoznawać autentyczność banknotów. Aplikacja umożliwia także sprawdzenie aktualnych średnich kursów walut NBP i jest już dostępna za darmo w sklepie Google Play oraz App Store - mówi Marcin Kaszuba, dyrektor Departamentu Komunikacji i Promocji NBP.

Więcej: http://pieniadze.gazeta.pl/pieniadz/1,1 ... SlotII3img
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarze:

martinek80

Donaldinio powinien się nazywać chyba Hans Christian Andersen...

---------------------

medalik111

..."Bartoszyce od lat są powiatem, w którym bezrobocie przekracza 30 proc. Na pytanie maturzysty o ograniczenie miejsc na studiach, po których nie ma pracy, premier powiedział, że "po każdych studiach można znaleźć dobrą robotę, o ile się jest dobrym fachowcem"....zamiast fachowcem powinno być działaczem młodzieżówki.
A co do dogonienia średniej europejskiej za 7-9 lat...buha ha...


=====================

Donald Tusk: Za 7-9 lat dogonimy średnią europejską
Obrazek
Niewiele, ale zmniejszyła się liczba Polaków emigrujących zarobkowo za granicę - powiedział w niedzielę w Bartoszycach (Warmińsko-Mazurskie) premier Donald Tusk. Dodał, że za 7-9 lat Polska dogoni średnią europejską i wtedy liczba emigrujących za pracą spadnie.

"Kiedy porównujemy dane (o) emigrujących za pracą z 2007 roku i 2013 roku, to widać, że liczba ta spadła o 100 tys. To niewiele, ale jest jakieś światełko w tunelu" - powiedział na spotkaniu z mieszkańcami Bartoszyc Donald Tusk pytany przez jednego z mieszkańców, kiedy z Polski przestaną wyjeżdżać fachowcy.

Premier przyznał, że ludzie będą wyjeżdżać za granicę dopóty, dopóki będą tam znajdować pracę lepiej płatną niż w kraju.

"Teraz polski pracodawca nie da tyle co duński czy holenderski, ale gonimy Europę. Sądzę, że dogonimy ich za 7-9 lat. Wtedy - sądzę, że dogonimy średnią europejską" - mówił premier i powiedział, że jego zdaniem do Polski już wkrótce będą przyjeżdżali za pracą ludzie z mniej rozwiniętych krajów.

Bartoszyce od lat są powiatem, w którym bezrobocie przekracza 30 proc. Na pytanie maturzysty o ograniczenie miejsc na studiach, po których nie ma pracy, premier powiedział, że "po każdych studiach można znaleźć dobrą robotę, o ile się jest dobrym fachowcem".

"Nikt młodych ludzi z odpowiedzialności za wybór drogi życiowej, drogi kształcenia, nie zwolni" - powiedział Tusk i dodał, że "samo wykształcenie szlachetnym nie czyni (...) Jak się robi dobrze, to się zarobi".

źródło: http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,157 ... #BoxBizTxt
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Towarzysze z PZPR są naturalnymi kandydatami na kolaborantów?
SLD mówi "nie" wojskom NATO na terytorium Polski. Takie stanowisko nie powinno nas w ogóle dziwić. Przypomnijmy, że SLD jest kontynuatorem PZPR - partii podległej dawnemu ZSRR. Warto też zauważyć, że to nie pierwszy raz kiedy SLD mówi "nie" dla inicjatywy zwiększającej polskie bezpieczeństwo. Wcześniej rząd Leszka Millera uwalił projekt polsko-norweskiego gazociągu położonego na dnie Bałtyku, który - gdyby powstał - uniemożliwiłby budowę rosyjsko-niemieckiej rury omijającej łukiem nasz kraj.

Jakie są dzisiaj relacje pomiędzy liderami SLD wywodzącymi się z PZPR, a włodarzami Kremla - trudno jednoznacznie stwierdzić. Nie ma wszak jednoznacznego dowodu na to, że SLD stanowi jakąś formę "V kolumny" Władimira Putina w Polsce. Jeśli jednak ktoś zacząłby analizować historyczne decyzje np. Leszka Millera, to mógłby dojść do wniosku, że wobec Rosji i Putina był on zawsze bardzo przychylny. Mam tutaj w szczególności na myśli decyzję rządu Leszka Millera o zerwaniu umowy przewidującej zbudowanie gazociągu łączącego Norwegię z Polską. Przypomnijmy, że w 2000 roku rząd Jerzego Buzka (AWS), próbując zdywersyfikować źródła gazu ziemnego i uniezależnić się od Rosji, podpisuje z Norwegią umowę o budowie gazociągu położonego na dnie Bałtyku, którym miałby być dostarczany do naszego kraju gaz wydobywany w Norwegii. Umowa przewidywała, że ten pionierski projekt zostanie ukończony w ciągu 5 lat i w 2005 roku Polska będzie mogła uniezależnić się od dostaw błękitnego surowca zza wschodniej granicy. Niestety pod koniec 2001 roku do władzy dochodzi SLD. Premierem zostaje były członek PZPR - Leszek Miller. Od samego początku deklarował on niechęć do planu dywersyfikacji. Od słów szybko przeszedł do czynów. W grudniu 2003 roku Leszek Miller zerwał zawartą przez Buzka umowę. Projekt gazociągu na dnie Bałtyku, łączącego Norwegię z Polską, legł w gruzach. Co ciekawe - wkrótce po tym jak Miller uwalił projekt polsko-norweskiego gazociągu, koncerny z Rosji i Niemiec ogłaszają plan budowy własnego gazociągu na dnie Bałtyku...

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że rząd byłego członka PZPR Leszka Millera, podejmując decyzję o zerwaniu umowy z Norwegami, działał na korzyść Rosji. Po pierwsze: skutecznie oddalił w ten sposób plan dywersyfikacji dostaw gazu do Polski. A po drugie - umożliwił powstanie omijającego nasz kraj rosyjsko-niemieckiego Gazociągu Północnego. Dziś liderzy SLD znowu chcą dobrze dla Rosji, twierdząc że na terytorium Polski nie mogą stacjonować wojska NATO. Jak widać przyzwyczajenia z epoki PRL są nadal żywe.

źródło: http://niewygodne.info.pl/artykul3/0115 ... rantow.htm
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarz:

javaman

Po co zasłaniają twarz, jeżeli jest to osoba publiczna? Każdy i tak może swobodnie dowiedzieć się kim była to osoba. Zbigniew Rau - pl.wikipedia.org/wiki/Zbigniew_Rau_(policjant)

=====================
Wiceminister strzelał po pijanemu. Zatrzymała go policja
Obrazek
Policja zatrzymała w Wielkopolsce byłego wiceministra MSWiA w rządzie PiS Zbigniewa R. Mężczyzna prowadził po pijanemu i strzelał. Policja potwierdza te informacje.
Informację o zatrzymaniu byłego wiceministra jako pierwsze podało poznańskie Radio Merkury.


Zbigniew R. miał wracać z imprezy do domu w Łomnicy. - W niedzielę około godz. 21 w pobliżu miejscowości Chrośnica zajechał drogę volkswagenowi. Wysiadł z samochodu, w ręce miał broń, oddał kilka strzałów. Policja z Nowego Tomyśla wszczęła pościg. Auto zatrzymano w miejscowości Bolewice. Za kierownicą faktycznie siedział Zbigniew R. Zabezpieczono broń, na którą miał pozwolenie - mówi rzecznik wielkopolskiej policji Andrzej Borowiak.

Badanie alkomatem wykazało 1,6 promila alkoholu we krwi Zbigniewa R. W tej chwili mężczyzna znajduje się w policyjnej izbie zatrzymań. Policja przesłuchała świadków zdarzenia, sprawą zajął się już prokurator.

Zbigniew R. to były poznański policjant. Pracował w komisariacie na Jeżycach, w policyjnej izbie dziecka, a potem był pełnomocnikiem komendanta wojewódzkiego ds. zarządzania jakością.

Następnie był wiceministrem spraw wewnętrznych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, nadzorował policję. Obecnie działa w Polskiej Platformie Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jest jednym z jej twórców. To wspólny projekt ośrodków akademickich, policji i tajnych służb. Zajmuje się tworzeniem nowych technologii dla polskich służb.

Zbigniew R. był również doradcą Jerzego Buzka, kiedy ten był przewodniczącym Parlamentu Europejskiego.

źródło: http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001, ... SlotII3img
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarze:

~PO-znaniak

Ten pan nie jest idiotą-ten pan wykonuje misję! Ma za zadanie uczynić WSZYSTKO by tworzyć i podtrzymywać mit smoleński,dzięki któremu udało się przekonać 3O% Polaków,że mierny i zapyziały polityk słusznie będący przedmiotem kpin w kraju i na świecie, był największym mężem stanu w historii nowożytnej Polski oraz ,że stanowił on realne zagrożenie dla imperium rosyjskiego.Bez tego mitu PIS kojarzyłby się dziś już pewnie tylko z ...Państwową Inspekcją Sanitarną.To nie jedyny cel działań tego pana.Tworzenie kolejnych,coraz bardziej absurdalnych teorii spiskowych ma stworzyć w mętlik w głowach mniej świadomych Polaków i odsunąć słuszne podejrzenia o bezpośrednie przyczynienie się do katastrofy smoleńskiej przez Braci K.

----------------------------

~edek1

pan rogalski nie jest z mojej bajki , kiedyś mówił same głupoty , ale wtym wypadku ma całkowitą racje , maciarewicza powinni zbadać psychiatrzy , ale z drugiej strony co to się stało że potrafił on ogłupić tyluu ludzi w polsce

-------------------------

~ewa

Szkoda ze Maciarewicz nie poleciał z nimi do tego Smolenska Widzial by wszysto jak na dloni a my mielibysmy dzisiaj spokoj.

=============================
Mec. Rafał Rogalski mówi prokuraturze, jak zbadać zdrowie psychiczne Macierewicza
Obrazek
Mecenas Rafał Rogalski w Radiu ZET powiedział, że jego zdaniem są "realne i uzasadnione" podejrzenia co do zdrowia psychicznego Antoniego Macierewicza. Były pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego przedstawił procedurę, która umożliwiłaby prokuraturze powołanie biegłego do zbadania stanu zdrowia psychicznego wiceprezesa Prawa i Sprawiedliwości.

- Antoni Macierewicz omotał bardzo wiele rodzin, które mu wierzą. Pan Macierewicz ma bardzo dużą charyzmę, trzeba mu to przyznać, manipuluje rodzinami. Psychomanipulację ma w małym paluszku – powiedział Rafał Rogalski.

Jako przykład podał ekspertyzę dotyczącą materiałów pirotechnicznych, która miała zostać wykonana w Stanach Zjednoczonych. – Nikt tej opinii nie widział, ale Macierewicz o niej mówił – ocenił

Rogalski zwrócił uwagę na szereg zawiadomień do prokuratury, które Antoni Macierewicz składa we własnym imieniu. – Skoro składa takie zawiadomienia, to powinien zostać przesłuchany. Zgodnie z art. 192 par. 2 kodeksu postępowania karnego, jeżeli są wątpliwości co do zdolności spostrzegania i zdolności odtwarzania spostrzeżeń, a także stanu psychicznego i rozwoju umysłowego, powołuje się biegłego, który uczestniczy w przesłuchaniu. Można także powołać lekarza psychiatrę. Prokuratura tego nie zrobiła – mówił mecenas.

- Pan sugeruje, że Antoni Macierewicz ma kłopoty z głową?- zapytała Monika Olejnik.

Więcej: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title, ... omosc.html
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarze:

~jan

fragmenty obietnic Tuska z ekspose jesienią 2007 roku. Włos się na głowie jeży jak się to czyta! Może to jakiś inny gość mówił? [...]Naczelną zasadą polityki finansowej mojego rządu będzie w związku z tym stopniowe obniżanie podatków i innych danin publicznych. Dotyczy to i musi dotyczyć wszystkich. I tych mniej zamożnych i tych bogatszych. Wszyscy mają prawo do tego, aby państwo przyjęło wreszcie kierunek na obniżanie podatków i danin publicznych[...] [...]Ale chcę, aby to był marsz zawsze w jednym kierunku, zawsze w kierunku niższych podatków i zawsze w kierunku rezygnacji z nadmiernych, często zbędnych danin publicznych, jakie obywatel płaci na rzecz administracji[...] [...]Sprawiedliwe państwo bierze pod opiekę zawsze najsłabszych, nigdy najsilniejszych. I dlatego starannie i stanowczo, szukając sposobów i środków, aby zapewnić wzrost płac najbardziej potrzebującym i tym zależnym od środków publicznych, będziemy się przeciwstawiać tym wszystkim, którzy przyjmą strategię "wyrwać jak najwięcej", wydrzeć ile kto zdoła[...] "[...] Wszyscy, jak tutaj jesteśmy, kiedy zwracamy się do opinii publicznej, wszyscy bez wyjątku, mówimy o naszej odpowiedzialności za budżet, o tym, że chcemy obniżać podatki, że chcemy wzrostu płac i większych wydatków na infrastrukturę. I chciałbym powiedzieć państwu, że jeśli rozumie się dobrze na czym polegają warunki wzrostu gospodarczego i na czym polega szansa europejska, ci wszyscy także zrozumieją, że te cele są tylko pozornie sprzeczne, bo tylko umysły zanurzone w takiej ponurej socjalistycznej przeszłości rozumują o gospodarce w kategoriach gry o sumie zerowej, że jak stąd się zabierze, to tu przybędzie, a jak tu przybędzie, to tam musi ubyć. Nie bierze się pod uwagę tego, co najpiękniejsze w wolnej gospodarce, co najważniejsze w wolnej gospodarce. Nie bierze się pod uwagę tego, że wolni ludzie, nieskrępowani zbyt wysokim podatkiem, zbyt skomplikowanymi przepisami, że wolni ludzie wytwarzają coraz więcej dóbr[...]


-------------------
Azipod

Jak wspomnę podatek pobierany od odsetek na lokatach który wynosi 19 % to jest to rzeczywiście strzyżenie nie wspomnę o tych obiecankach jego zniesienia. Nic by nie miał i byłbym wyrozumiały kiedy by był maksymalnie 10 %.
================
Strzyżenie owiec
Obrazek
Sztuka zbierania podatków przypomina pracę sprawnego pasterza. Chodzi o to, by tak strzyc owce, żeby zebrać jak najwięcej wełny, a zwierzęta nie umarły z zimna. Niestety w Polsce nożyce fiskusa często kaleczą skórę, a owce uciekają na sąsiednie pastwiska.

Nasza gospodarka rozwija się coraz szybciej. Płace średnie i minimalne stale rosną. A pan premier już we wrześniu ogłosił koniec kryzysu. Wydawałoby się, że w takich czasach najlepszą fuchą w rządzie powinna być teka ministra finansów. Nic tylko odcinać kupony od gospodarczej prosperity i zliczać strumienie napływających zewsząd pieniędzy. Niestety, wpływy budżetowe spadają.

W 2011 r. do kasy państwa wpłynęło łącznie 287,6 mld zł, w zeszłym roku już tylko 279,2 mld zł. Szacunki na ten rok mówią o jeszcze mniejszych przychodach (277,8 mld zł), a doświadczenie uczy, że na koniec roku pieniędzy jest zwykle mniej niż się spodziewano.

"Ale jak to możliwe?" - zachodzi pewnie w głowę niejeden z urzędników resortu finansów. - "Przecież w 2011 r. podwyższyliśmy stawkę VAT, rok później akcyzę na olej napędowy, co roku rośnie opodatkowanie papierosów, od stycznia także alkoholu. Dlaczego nic nie działa?"

Cóż, pierwszy problem polega na tym, że choć pobieranie podatków przypomina zajęcie pasterza, to jednak fiskus nie pracuje z baranami tylko z przedstawicielami całkiem sprytnego i zaradnego narodu. Polacy z dużą zręcznością wymykają się zachłannym łapom urzędników skarbowych, z legalnych towarów przerzucając się na bimber, skręty, olej opałowy i zatrudniając się na czarno. Drugi problem jest taki, że po prostu z prawa ekonomicznego obrazowanego przez krzywą Laffera (zobacz więcej tutaj) wynika, że od pewnego poziomu podnoszenie podatków powoduje wyłącznie spadek wpływów do budżetu.

Wyższe stawki podatków i związany z nimi wzrost szarej strefy powodują naturalną reakcję w postaci zwiększonych kontroli, czyli trzymając się pasterskich porównań, spuszczenie ze smyczy psów. Psy trzeba jednak nakarmić (polski system zbierania podatków jest dwukrotnie droższy od niemieckiego), a i owce wciąż ganiane przez owczarki zamiast zdrowo się rozwijać i obrastać wełną wpadają w apatię lub uciekają z pastwiska. Tylko w zeszłym roku wyemigrowało z Polski pół miliona osób, dołączając do ponad dwóch milionów przebywających poza granicami. Mniej ludzi w kraju stanowi kolejne wytłumaczenie zmniejszenia wpływów z VAT o ponad 5 mld zł w 2013 r.

Czy Ministerstwo Finansów jest zatem w sytuacji bez wyjścia? Ależ skąd. Kiedy droga naprzód nie przynosi korzyści, naturalnym ruchem wydaje się zrobienie kroku wstecz. Mamy kilka przykładów z ostatnich lat, gdy obniżenie podatków spowodowało wzrost przychodów budżetu. Oczywiście takie myślenie nie jest zgodne z urzędniczą naturą, ale kto wie, może ktoś się na nie odważy, zanim kraj spotka prawdziwa katastrofa?

źródło: http://finanse.wp.pl/kat,1033759,title, ... omosc.html
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarze:

gwendolyn66

A skąd pochodzą pieniądze na prowadzenie tej instytucji? I czy nie można jej po prostu zamknąć, a osobom tym zakazać jakichkolwiek kontaktów z dziećmi i prowadzenia ośrodków. Czy to naprawdę takie trudne i niemożliwe w państwie prawa?
------------------

Natalia Szlachcińska

Koszmar! Jak to możliwe, że we współczesnej Polsce, kraju Europy, dzieciom dzieje się taka tragedia?!
"Podziękujmy" Konkordatowi za piekło, które stwarzają dzieciom "słudzy boży".
Katolickie instytucje bez możliwości państwowej kontroli. Zakłada się a priori, że katolicki znaczy pełen miłości- nic bardziej mylnego!
WYPOWIEDZIEĆ KONKORDAT!!!!

=============================
Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?
Obrazek
Był taki jeden. Silny. Siostry zamykały mnie z nim i jego bratem w pokoju na klucz. To był taki strach, że nie możesz myśleć ani czuć. Tego, co się tam wydarzyło, nie da się opowiedzieć.

Wieczorem 6 lutego 2006 roku Barbara Domaradzka z Rybnika zadzwoniła na policję. Jej syn Mateusz wyszedł poślizgać się na górce zwanej "Depta" i nie wrócił. Rozpoczęto poszukiwania. Policja użyła psów tropiących. Rozesłano komunikaty: osiem lat, 120 cm wzrostu, szczupły, włosy ciemny blond. Sprawdzono wszystkie miejsca, do których chłopiec mógł pójść. Ale nie znaleziono go.

Policjanci zaczęli obserwować szkołę, do której chodził. Kręcili się koło niej dwaj mężczyźni: 22-letni Łukasz i jego kuzyn, 25-letni Tomasz. Ustalono, że mogą mieć związek z zaginięciem Mateusza. Uczniowie mówili, że mężczyźni pili alkohol, dawali dzieciom słodycze, zachęcali do wspólnej gry w piłkę. Próbowali też dotykać chłopców i sami się przed nimi obnażali.

Gdy policja zatrzymała Tomasza, okazało się, że od lat utrzymywał kontakty seksualne z Łukaszem. Początkowo je wymuszał, później Łukasz sam zaczął je inicjować, a także interesował się kontaktami seksualnymi z dziećmi.

Tomasz przyznał, że znał zaginionego Mateusza. Opowiadał nawet, że chłopiec był bardzo piękny i że się w nim zakochał.

Obaj mężczyźni zostali oskarżeni o zabójstwo. Sprawa - prowadziła ją gliwicka prokurator Joanna Smorczewska - miała charakter poszlakowy, bo nie było świadków zdarzenia ani ciała. Przeprowadzono więc eksperymenty procesowe. 6 marca 2006 r. policjanci przywożą kukłę odpowiadającą wyglądowi Mateusza. Tomasz opowiada, jak zaprosili chłopca na wspólne ślizganie się. Doszli na górkę. Rozebrali go. "Mieliśmy go tylko zerżnąć. Ale mały zaczął się wyrywać. Krzyczał, że o wszystkim powie mamie" - zdradza Tomasz. Zaczęli go bić. W pewnej chwili chłopiec zemdlał. Mężczyźni przykryli go gałęzią. I poszli do sklepu Balbina. Wypili wino i dwa piwa. W Rybniku temperatura tej doby wahała się od -8 do -22,4 st. C.

Podczas kolejnego eksperymentu w rybnickim lesie mężczyźni opowiadają, jak po wypiciu wina i piw wzięli z domu łopatę "sztychówkę" i wrócili po ciało chłopca. W obecności kamery pokazują, jak nieśli go aż do mostu kolejowego. Tam Łukasz został na czatach, a Tomasz sam poszedł zakopać ciało. Podczas eksperymentu Tomasz ma napady duszności, przyspieszone tętno. Opowiada, jak patrzył na twarz leżącego w dole Mateusza i nie potrafił nasypać na nią ziemi. Wziął kawek ubrania, rzucił na chłopca i dopiero zaczął przysypywać ciało.

Tomasz i Łukasz przed sądem odwołali wcześniejsze zeznania, mimo to w 2008 roku zostali skazani na 25 lat więzienia za zabójstwo. Sąd uznał, że ich wypowiedzi były tak bardzo zbieżne, że nie mogli ich uzgodnić, przebywając w osobnych celach.

Obszar wskazany przez mężczyzn jako teren pochowania Mateusza, jest zbyt rozległy, by można go przekopać. Ciała chłopca do tej pory nie odnaleziono.

List

Więcej: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,137741, ... e_.html#MT
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »


Koszyk WP.PL: Przed świętami ceny w górę
Obrazek
16. Koszyk WP.PL przynosi złe wieści. Po wielu kwartałach stagnacji, a nawet spadku cen, odnotowaliśmy ich wzrost. W ciągu trzech miesięcy podwyżka wyniosła aż 3,66 proc. A to wszystko tuż przed przedświąteczną gorączką zakupową. Mamy jednak dobrą wiadomość. W sklepach wciąż jest dość luźno.

Koszyk WP.PL to najbardziej obiektywne zestawienie cen. Sieciom handlowym nie dajemy żadnych szans, by przygotować się na kontrolę. Wszystkie sklepy odwiedzamy osobiście. Bez zapowiedzi. 8 kwietnia "skontrolowaliśmy" 17 placówek najpopularniejszych sieci handlowych i sprawdziliśmy ceny 24 najczęściej kupowanych produktów.

Zobacz poprzednią edycję Koszyka WP.PL»

Kogo winić za podwyżki w sklepach? Tym razem listy z pretensjami należy wysyłać na adres ministra finansów. Wzrost akcyzy na wódkę wydatnie wpłynął na wynik naszej kontroli. Po jej cenach widać wyraźnie, że tylko w niektórych sklepach zostały zeszłoroczne zapasy. Cena popularnej Żołądkowej De Lux wzrosła średnio o prawie 15 proc.

Nie zwalajmy jednak wszystkiego na wódkę. W ciągu kwartału wzrosły ceny aż 14 produktów. Za cały koszyk musieliśmy zapłacić 6,50 złotego więcej! W ciągu roku podwyżki były nieco niższe, alew tym przypadku nie doliczaliśmy wódki (do grudnia braliśmy pod uwagę droższego Bolsa) - wyniosły 1,64 proc. To i tak znacznie więcej niż inflacja.

Dyskonty podnoszą ceny

Więcej: http://finanse.wp.pl/kat,1033691,title, ... omosc.html
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »


Ochrona danych osobowych w Polsce: Żyjemy w państwie prawnej obłudy
Publiczna sfera traktuje ją niczym Święty Graal. Nie kwestionuje, a jeśli już, to zaostrza reguły. Ta komercyjna ma do niej taki stosunek, jak chory do czyraków. Najlepiej leczyć, jeśli się nie da, to nie zauważać. I tak żyjemy w państwie prawnej obłudy wokół ustawy o ochronie danych osobowych

Szanowni Rodzice, proszę o wypełnienie oświadczenia: czy zgadzacie się na to, aby rysunki Waszych Dzieci, które będziemy prezentować w kąciku plastycznym, były podpisywane ich imieniem i nazwiskiem. Jeśli nie, dane będą anonimizowane, co wynika z Ustawy o ochronie danych osobowych. Z poważaniem, dyrekcja Przedszkola nr 3 w X”.

To mój ulubiony przykład z absurdów, jakie wiążą się z ustawą o ochronie danych osobowych. Paranoją, jaka zawładnęła z całym dostojeństwem prawa naszym życiem. Otacza nas niczym skażone powietrze, ale już tak bardzo się do niej przyzwyczailiśmy, że przestaliśmy ją zauważać. I wdychamy, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo zatruwa nasze życie.

Jest stara: ustawa o ochronie danych osobowych była pierwszym aktem prawnym implementowanym przez Polskę w ramach dostosowywania naszego ustawodawstwa do norm UE. Weszła w życie 29 sierpnia 1997 r. Wprawdzie podlegała nowelizacjom, ale ostatnie merytoryczne zmiany naniesiono w niej dziesięć lat temu, a dekada to sporo czasu w coraz bardziej scyfryzowanym świecie. Przestarzałe, mało elastyczne prawo jest dziś niczym beton, który zamiast pozwalać biec bezpieczniej w przyszłość, chroniąc przy okazji naszą prywatność, krępuje nam nogi.

Pierwszym zauważalnym skutkiem działania ustawy o ochronie danych osobowych było znikanie list lokatorów z klatek schodowych. Ściągano je w tempie ekspresowym, co szybko odczuli na własnej skórze przede wszystkim listonosze. To był jeszcze czas przed erą wszechobecnych domofonów, więc – jak opowiada Józef Nowak, dziś emeryt – kiedy człowiek trafił w obcy rejon na jakimś osiedlu, musiał się nieźle nabiegać po piętrach, żeby dowiedzieć się, gdzie faktycznie mieszka Iksiński, bo nadawca pomylił się w adresie. Plagą stały się więc listy wyrzucane do śmieci, bo wielu nie chciało się prowadzić śledztwa przy każdym takim przypadku. Jak wspomina Dorota Kowalska, publicystka „Polski The Times”, która wówczas była reporterką jednej z gazet na Śląsku, dziennikarze zaczęli mieć kłopoty z docieraniem do bohaterów swoich tekstów – nie wystarczyło wiedzieć, że ktoś mieszka w Zabrzu przy ulicy Akacjowej, a potem rzucić okiem na listy lokatorów. W dodatku informacja o numerach telefonicznych przestała działać jak kiedyś – dowiedzenie się o numer aparatu abonenta stało się mistrzostwem świata.

Potem zaczęły znikać karty pacjenta ze szpitalnych łóżek – wieszanie ich zakwestionował generalny inspektor ochrony danych osobowych, podnosząc, że zawierają imię, nazwisko, numer PESEL – a te powinny być chronione przed osobami postronnymi, choćby w postaci gości odwiedzających chorych. I zaczął się bałagan. – Mylenie leków przez pielęgniarki, konsternacja podczas porannych wizyt, kiedy lekarz na przepełnionym oddziale nie bardzo się orientował, czy ten pan z łóżka pod oknem to ostra trzustka czy raczej kłopoty z wątrobą – opowiada jeden z medyków. Zaczęło się noszenie z sobą sterty makulatury, dopasowywanie historii choroby do konkretnych osób. Jednak to nie koniec kłopotów – bo w większości placówek dokumentacja dotycząca pacjentów wciąż jest prowadzona w formie papierowej. I okazało się, że jeśli karty pacjentów leżą np. w dyżurce pielęgniarek, także jest to pogwałcenie ustawy – bo do dyżurki może wejść salowa. Dlatego niektóre szpitale, aby nikt się ich nie czepiał, na wszelki wypadek nadały upoważnienia do przetwarzania danych osobowych wszystkim, nawet osobom sprzątającym. Paranoja? Tak. A raczej usilne, choć żałosne starania, aby nie podpaść. – W moim szpitalu nazwiska pacjentów zastąpiono numerami na opaskach na rękę. Ćwiczę techniki zapamiętywania, aby nie wyskoczyć z pytaniem: „Jak się pani dzisiaj miewa, pacjentko nr 478” – ironizuje pielęgniarka z jednego ze stołecznych szpitali.

Oczywiście to nie jest tak, że ochrona prywatności pacjentów jest bez sensu. Nasze zdrowie, choroba to są bardzo wrażliwe dane, którymi nie chcemy się dzielić z całym światem. Powitałam z zadowoleniem coraz powszechniejszy ostatnio zwyczaj niewywoływania pacjentów siedzących w kolejce do specjalisty po nazwisku. W tym przypadku bycie anonimowym numerem daje komfort psychiczny.

Więcej: http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/7 ... ikcja.html
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarze:

Marek .

Skandal i żenada pomysł MINISTERSTWA FINANSÓW aby opodatkować dzieci które otrzymany 1% na leczenie i rehabilitację jest karygodnym posunięciem
nie dość że państwo nie dba o niepełnosprawnych i ich opiekunów to jeszcze zamierza ich opodatkować
a ministerstwo finansów niech nie szuka tam pieniędzy tylko szuka gdzie indziej np. opodatkować kościoły , związki zawodowe i partie polityczne
tam dopiero ministerstwo by znalazło kasę
PRECZ OD 1%

-------------------------------

Idiociwszedzie

Buahaha. Czyli panstwo niby daje ten 1% ale zaraz zabiera z tego podatek... Ułomność Urzędów i ustawodawców jednak nie zna granic. Czekam z niecierpliwością na dzień w którym dostane zwrot podatku na dziecko a fiskus stwierdzi, że to mój dochód i natychmiast mnie opodatkuje.

---------------------------

lewe prawo

Hieny są wszędzie a szczególnie przy korycie i władzy.


================================

Obdarowani jednym procentem muszą się podzielić z fiskusem
Obrazek


Urząd skarbowy może zażądać podatku od osoby otrzymującej wsparcie od organizacji pożytku publicznego. W grę może wchodzić danina od spadków i darowizn albo PIT. Czasem można skorzystać ze zwolnień.

Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że podatnicy coraz chętniej wskazują w zeznaniu rocznym, na jaki szczególny cel chcą przeznaczyć 1-proc. swojego podatku. Słowem, wspierają konkretnych potrzebujących. Efekt jest taki, że co roku najwięcej pieniędzy z tego tytułu gromadzą organizacje pożytku publicznego (OPP) zakładające subkonta dla swoich podopiecznych.

Osoby otrzymujące wsparcie od OPP – w tym także w ramach akcji 1 proc. – muszą jednak liczyć się z podatkowymi konsekwencjami. I nie ma tu znaczenia, czy organizacja zbiera pieniądze za pomocą subkont, czy nie wprowadziła u siebie takiego systemu.

Decydujące znaczenie ma kwalifikacja formy prawnej oraz źródło bezpłatnego przysporzenia – mówi DGP Wiesława Dróżdż, rzecznik prasowy ministra finansów.

Od darowizny

Rzecznik MF wyjaśniła, że zasadniczo podatek od spadków i darowizn może wystąpić w dwóch sytuacjach. Po pierwsze, od darowizny od OPP dla osoby fizycznej. Po drugie, od polecenia darczyńcy, gdy w umowie darowizny wskazuje on organizacji (np. fundacji), by pomoc została udzielona konkretnej osobie (nie dotyczy to środków pochodzących z 1 proc. podatku, a jedynie przekazanych organizacjom OPP bezpośrednio przez darczyńców).

Więcej: http://podatki.gazetaprawna.pl/artykuly ... kusem.html
Obrazek
odpowiedz

Informacje

  0 użytkowników  »  2 gości

Moderatorzy

NEVIL, ModTEAM