======================
Ktoś spalił Australijczykom dom. Sami sobie winni?
Cztery lata temu Rebecca i Gary Rollansowie kupili zaniedbany folwark we wsi Studniska Dolne pod Zgorzelcem. Marzyli, że rozkręcą w nim biznes związany z trenerką koni. Gary Rollans jest zawodowym trenerem, był pewny, że znajdzie klientów, gdyż lokalizacja między Berlinem a Pragą wydawała mu się dużym atutem. Planował kupić dorożki i wozić nimi turystów do Goerlitz i na Zamek Czocha. Sukcesywnie remontowali z żoną dawny PGR. Wstawili drzwi, otynkowali i pomalowali ściany.
Miejscowi jednak nie ułatwiali Australijczykom zrealizowania planów.
Ilekroć ci po kilkumiesięcznej nieobecności wracali do Studnisk, zastawali coraz bardziej podupadłą posiadłość. Brakowało metalowych okiennic, narzędzi i innych elementów, które udało się spieniężyć w punkcie skupu złomu.
Z czasem kradzieże stały się regularne.
Ostatnie taczki ukradli
- W końcu ukradli mi ostatnie taczki - opowiada Gary, który w sierpniu sprowadził się do Polski na stale.
- Nie miałem czym wywozić odchodów koni, więc zawiozłem je w pudle, najpierw do wójta, a później na policję. I taczka znalazła się następnego dnia. Stała rano pod domem, pełna metalowych części. Widocznie ktoś woził nią złom - spekuluje Gary.
Robert Starzyński, wójt gminy Sulików, uważa, że Rollans sam jest winien swoich strat. - Gdyby obiekt odpowiednio zabezpieczył, nie byłoby kradzieży. Bezrobocie u nas w okolicy jest bardzo duże - twierdzi.
- W Australii jesteśmy nauczeni, że niczego nie trzeba zamykać. Są zbyt duże odległości między farmami i nie opłaca się kraść, bo złodziej od razu zostanie nakryty - odpiera zaskoczony Australijczyk.
Wszystko płonęło
W minioną sobotę ktoś podpalił trzypokojowe mieszkanie Rollansów. Doszczętnie spłonęło. Tego samego dnia z ich stodoły zginęła pożyczona kosiarka.
- Na szczęście nikomu nic się nie stało, bo byliśmy z dziećmi na imprezie urodzinowej u znajomych. Wróciłam akurat do domu, gdy zobaczyłam pomarańczową poświatę w oknie. Płonęło już wszystko. Spalił się żywcem nasz kot, którego przywiozłam z Australii. Przepadły wszystkie rzeczy. Dzieci nie rozumieją, dlaczego tak się stało. Córka pyta mnie o zabawki, a ja nie wiem, co jej powiedzieć - mówi Rebecca Rollans.
Policja nie podaje przyczyn pożaru. Ale nieoficjalnie wiadomo, że doszło do niego w wyniku podpalenia.
- Ludzie boją się mówić pod nazwiskiem, choć wszyscy plotkują o nastoletnim mieszkańcu wsi, który mógł to zrobić.
Za bardzo narzekają?
Jeszcze nigdy w dwudziestoletniej historii naszej gminy nie zdarzyło się coś podobnego - ubolewa wójt Starzyński, dodając, że pokrzywdzeni jednak za bardzo narzekają. - Pomagamy im jak możemy. Na przykład nagłośniliśmy w lokalnych mediach ich jarmark, który u siebie organizowali przed Bożym Narodzeniem. Ciekawe, czy coś takiego dobrego spotkałoby Polaka, który by chciał zrobić interes za granicą. Niech nie opowiadają, że stracili wszystko, przecież zostały im budynki. Walizka z pieniędzmi też im się nie spaliła - kwituje wójt.
Wspomniany jarmark miał zintegrować lokalną społeczność. Chętni przynosili do folwarku przedmioty, które chcieli sprzedać, odstępując Rollansom część swoich zysków.
Na razie gmina zapowiedziała, że przekaże im jednorazową zapomogę w związku z pożarem. To trzy tysiące złotych. Na więcej Rollansowie jednak liczyć nie mogą, bo według wójta mogą nie spełniać ustawowych wymogów - mają formalnie za dużo posiadłości.
Pogorzelcy śpią u znajomych. Od mieszkańców okolicznych wiosek dostają materiały budowlane, zabawki i ubrania dla dzieci. Sąsiedzi z folwarku pomagają skuwać tynki i usuwać sadzę.
żródło + foto : http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,3575 ... z2K740yVtt


