Wróg kusił coca-colą, a na półkach ocet. Wigilie w PRL-u
Jedni z nostalgią wspominają epokę zdobycznej szynki i kubańskich pomarańczy - inni za nic nie wróciliby do posępnych lat, w których odbierano nawet Boże Narodzenie. Każdy inaczej pamięta święta z czasów PRL-u.
Wyczynowe
Przed Bożym Narodzeniem papier toaletowy trzeba było upolować. Mirosława Sarna, mistrzyni Europy w skoku w dal z 1969 roku i olimpijka z Meksyku, pamięta jedno takie polowanie. - To było w latach 70. Uczyłam w Liceum Ekonomicznym nr 2 w Kielcach. Na przerwie dowiedziałam się, że do sklepu na Psich Górkach przyszła dostawa. Byłam wytrenowana, więc pobiegłam, zdobyłam papier, założyłam na szyję i gnałam z nim jak z wieńcem laurowym albo medalem, żeby zdążyć na lekcję. Gdy dobiegłam, myślałam, że dostanę zawału, ale czułam się jak zdobywczyni Mount Everestu - dziś po latach wciąż opowiada to z dumą.
Absurdalne
W latach 80. w sklepach bez kolejki kupić można było tylko właściwie ocet. Mięso, słodycze, wódkę, a nawet masło sprzedawano na kartki. - Pani z masarni rządziła na dzielnicy, bo miała dostęp do mięsa. Wszyscy kłaniali jej się z daleka, żeby tylko nie podpaść. Gdy darzyła kogoś większą sympatią - na przykład z powodu prezentu w postaci dobrej herbaty - dostawał drób spod lady albo dorodniejszy kawałek schabu - z powagą opowiada kielczanka pani Jadwiga. Niestety, poświęcenie herbaty w intencji mięsa pociągało za sobą dalsze konsekwencje.
- Raz kobieta stojąca obok w kolejce wyznała, że gdy brakuje jej herbaty, suszy zaparzone fusy, a potem miesza z resztką świeżych. Tylko tak, żeby mąż i dzieci nie zauważyli. Gdy dziwią się, czemu herbata jest bura, wyjaśnia, że to nowy gatunek - pani Jadwiga zarzeka się, że sama tak nie robiła.
Jednym ze sposobów na zapełnienie świątecznego stołu był handel wymienny, który kwitł między znajomymi i sąsiadami. Najlepszy interes robili ci, którzy mieli pełne barki - zawsze znalazł się spragniony, który chętnie oddał masło za alkohol.
Niedzisiejsze
- Pastowanie podłogi było moją domeną. W dzieciństwie, czyli w latach 60., kręciłem też kremy do tortów, które robiła moja mama, i w nagrodę za ciężką pracę mogłem wylizać miskę - opowiada socjolog Andrzej Kościołek. Pod choinką znajdował najczęściej prezenty praktyczne, bo trudno było kupić coś wystrzałowego. Ale skarpety i krawaty i tak wspomina z dużym sentymentem.
- Pamiętam moje pierwsze elektryczne lampki choinkowe w kształcie gwiazdek, miałam wtedy jakieś dziewięć lat. To była dla nas wielka technika - mogliśmy przy nich zasypiać bez obawy, że spalimy dom - pani Jadwiga z uśmiechem wspomina święta wczesnego PRL-u, czyli z lat 50. Na ulicach spotykało się wtedy kobiety wędrujące z surowymi ciastami w blachach. Dużo rodzin nie miało piekarników, więc właściciele piekarni udostępniali przed świętami swoje piece chlebowe, zazwyczaj za darmo. - To dopiero były emocje. Chodziłam z mamą do piekarni przy ul. 1 Maja. Najpierw na naszych oczach wypiekano chleb, później do rozgrzanego pieca wkładało się ciasto i po godzinie odbierało. Czekałam na to cały rok - opowiada pani Jadwiga.
- W dzieciństwie byłam przekonana, że w kolędzie "Dzisiaj w Betlejem" dzieciątko pielęgnuje Józef Stalin, nie Józef stary - przyznaje rozbawiona Alina Bielawska, kielecka teatrolożka. - Gdy w Wigilię zaprezentowałam swoją wersję, wszystkich zamurowało i poprosili o bis. Dumna zaśpiewałam raz jeszcze, niestety, zamiast owacji na stojąco rodzina popłakała się ze śmiechu.
Odebrane
Mirosława Sarna nigdy nie zapomni Bożego Narodzenia, którego nie było.
Jej mąż i trener Edmund działał w "Solidarności". 13 grudnia 1981 roku został internowany. - Zostałam sama z sześcioletnią córką, nie miałam pojęcia, gdzie go wywieźli. Byłam w ciąży. Wcześniej nie paliłam papierosów, ale gdy zabrali męża, gasiłam jednego po drugim i tak przez trzy dni, aż zatrułam się nikotyną. Wstrząs, jaki przeżyłam 13 grudnia, spowodował, że poroniłam.
Gdy była w szpitalu, jej córeczką zaopiekowali się sąsiedzi, bo w Kielcach nie miała rodziny.
- Jak wróciłam, ubrałam żywą choinkę i obiecałam sobie, że rozbiorę ją dopiero, jak mąż wróci. Nie zapomnę szoku milicjanta, który przyszedł mnie skontrolować w maju i zobaczył drzewko. Mój mąż wrócił w październiku. Wtedy rozebraliśmy ją komisyjnie razem z przyjaciółmi - wspomina pani Mirosława.
Wojewoda Bożentyna Pałka-Koruba w grudniu 1981 roku była w siódmym miesiącu ciąży i miała półtoraroczną córeczkę. Milicja wyważyła drzwi do mieszkania i zabrała jej męża. Pierwszego dnia świąt dowiedziała się od znajomego, że siedzi w więzieniu na Piaskach.
- Pojechałam tam następnego dnia. Pamiętam ulgę, gdy zobaczyłam, że nic mu nie jest, że go nie poturbowali. Mogliśmy usiąść naprzeciwko siebie i porozmawiać w normalnej sali ze stołem. Mąż dał mi wtedy kartę z nazwiskami pozostałych internowanych. Wzięłam gryps i przekazałam go księdzu Mieczysławowi Jaworskiemu, który kilka miesięcy później został biskupem. W ten sposób poznałam fantastycznego człowieka.
Dla Andrzeja Kościołka grudzień 1981 to przymusowy powrót z Katowic do Kielc. Studiował wtedy na Uniwersytecie Śląskim, a w stanie wojennym nie wolno było przebywać poza miejscem zameldowania.
- Dostałem jeden dzień na spakowanie wszystkich rzeczy. Pożyczyłem wielki wór i wrzuciłem do niego, ile się dało - był tak ciężki, że wlokłem go za sobą po śniegu. To było najsmutniejsze Boże Narodzenie.
Odległe
Mirosława Sarna mówi, że w PRL-u nie było różnicy między świętami a codziennym życiem: - Tak czy inaczej musiałam wystać się w kolejkach.
- Nie żywię żadnej nostalgii, to były bardzo siermiężne czasy. Doceniam każdą późniejszą zmianę - nie kryje Bożentyna Pałka-Koruba.
Alinie Bielawskiej Boże Narodzenie dawało ciepło oraz poczucie bezpieczeństwa, natomiast dla Andrzeja Kościołka było ucieczką od przerażającej bylejakości i szarzyzny.
- Nawet ze świadomością, że na Zachodzie wszystko wyglądało dużo bardziej kolorowo, święta i tak były niezwykłe - jeszcze inaczej wspomina Jadwiga - Pamiętam hasło "Wróg cię kusi coca-colą", ale mnie tam kusiły bardziej kubańskie pomarańcze, które przychodziły z końcem grudnia. Do tej pory mam z tego powodu sympatię do Kubańczyków.
źródło: http://kielce.gazeta.pl/kielce/1,35255, ... z2G63jL2fn

