Weteran


Jaki budżet?
Stefan Oleszczuk Kiedy na rozmaitych spotkaniach, w wywiadach dla prasy mówię, że budżet gminy powinien być jak najmniejszy to wywołuje to albo wzburzenie, albo zdziwienie, albo jeszcze inne uczucia. Rzadko kiedy zrozumienie. A ja powtarzam przy każdej okazji - budżet gminy powinien być jak najmniejszy. Im mniej pieniędzy ściągniętych z ludzi w budżecie, tym więcej w ich kieszeniach. Normalny człowiek wykorzysta te pieniądze na pewno lepiej (i to z pożytkim dla siebie), niżby miał to za niego zrobić urzędnik.
Budżet gminy powinien być jak najmniejszy, a pieniądze z niego powinny być wydawane jedynie na cele wspólne wszystkim obywatelom gminy (w każdym razie, jak największej liczbie mieszkańców danej społeczności lokalnej). To co zwykło określać się wspólnymi potrzebami społecznymi - to przede wszystkim: drogi i ulice, chodniki, oświetlenie, wodociągi, kanalizacja, oczyszczalnia, uzbrojenie terenu. To są potrzeby wspólne społeczności lokalnej, a nie: opieka społeczna, dom kultury, klub sportowy czy inne tego typu kwiatki wymyślane przez socjalistów. Tej kategorii - nazwijmy socjalnych - potrzeb, nie należy uznawać jako wspólne społeczności lokalnej, a jako potrzeby natury prywatnej.
Dobroczynność, rozrywkę kulturalną czy sportową należy traktować tylko i wyłącznie jako potrzeby natury prywatnej, indywidualnej dla każdego z osobna. Budżet gminy - czyli pieniądze wszystkich podatników - ma służyć jak najszerszemu gronu tych podatników, a nie spełniać "duchowe" czy "intelektualne" zachcianki co poniektórych.
Pieniądze z gminnego budżetu nie są jakimś abstrakcyjnym darem z niebios, forsą wspólną a więc niczyją. W budżecie gminy są nasze pieniądze, zabrane nam pod przymusem w postaci rozmaitych podatków, opłat i innych ofiar składanych państwu. Dlatego należy wydawać je rozsądnie, oszczędnie i na cele wspólne wszystkim.
Moją ambicją było - co zabrzmi paradoksalnie - robić dla ludzi jak najmniej, a nie jak najwięcej. Bo jeżeli władza robi "coś" dla ludzi, to to ich odpowiednio kosztuje.
Polityka budżetowa prowadzona w Kamieniu Pomorskim przez ostatnie lata opierała się i opiera na niefinansowaniu niczego, do czego nie zmusza nas socjalistyczne prawo. Od początku naszej kadencji wprowadziliśmy stopniowe ograniczenia w zakresie wydatków na: kulturę, sport i placówki typu żłobki i przedszkola. Nie robiliśmy niczego z dnia na dzień, tylko uprzedzaliśmy np. Kamieński Dom Kultury, że z dniem tym i tym gmina przestaje do niego dopłacać. Podobnie rzecz miała się z lokalnymi sportowcami i wszystkimi innymi typami "społecznych działaczy" za pieniądze podatników. Oczywiście koronnym zarzutem kamieńskiej opozycji w stosunku do mnie jest, że za mojej kadencji Kamień stał się pustynią intelektualną. Przepraszam, czy to oznacza, że likwidacja Domu Kultury, kilku bibliotek (w 90-procentach wypełnionych socrealistycznymi lekturami szkolnymi), przekazanie muzeum prawowitemu właścicielowi, likwidacja żłobków i przedszkoli spowodowała, że nagle mieszkańcy Kamienia schamieli i reprezentują sobą pustynię intelektualną? Jakoś nie zauważyłem, że brak Domu Kultury spowodował jakieś spustoszenia w umysłąch mieszkańców Kamienia. Chyba, że owa pustka intelektualna doskwiera moim lokalnym opozycjonistom (jednemu malarzowi z umiarkowanym talentem, gminnemu dziennikarzynie i kilkunastu ich znajomkom, których rozwój intelektualny ograniczył się do ciągłych prób wyłudzenia ode mnie pieniędzy należących do wszystkich podatników), a jeśli tak, to stwierdzam, że istnienie domu kultury i tak nie podniosłoby im ich ilorazu inteligencji.
Do tego zarzuca mi się, że jesteśmy za biedni na moje eksperymenty. Więc logicznie rzecz biorąc, skoro jesteśmy za biedni, to dlaczego mam jeszcze wydawać i marnować nasze wspólne pieniądze na idiotyczne i naprawdę nikomu (poza nielicznymi "działaczami") niepotrzebne cele? Właśnie dlatego, że jesteśmy biednym społeczeństwem, tym bardziej jesteśmy zmuszeni oszczędzać i roztropnie wydawać publiczne pieniądze. Tym kierowałem się i tym będę się kierować nadal - publiczne pieniądze nie są pieniędzmi niczyimi, to są nasze wspólne pieniądze, i można je wydać tylko na nam wszystkim wspólne cele. Niestety większość ludzi wyznaje idiotyczną zasadę tzw. sprawiedliwości społecznej i to co robię w Kamieniu jako sprawiedliwe (bezprzymiotnikowo) doprowadza ich do szału. A o sprawiedliwości społecznej mam takie samo zdanie jak kolumbijski filozof Mikołaj Davila, który swego czasu napisał: "Jeśli jednostka obrabuje inną jednostkę, to nazywa się to "rabunkiem". Jeśli czyni to grupa - "sprawiedliwością społeczną". Między rabunkiem a tzw. sprawiedliwością społeczną nie ma różnicy i ja do tego ręki przykładał nie będę.
Wracając do polityki budżetowej - w miarę upływu kadencji, dzięki oszczędnościom w wydatkach na kulturę itp. rozrywki co roku mogliśmy zwiększać udział inwestycji w wydatkach budżetowych. Przy spełnianiu zachcianek socjalnych radnych i rozmaitych "działaczy społecznych" nie doszłoby do realizacji przynajmniej połowy inwestycji. W każdym razie wlokłyby się jak w realnym socjaliźmie.
Na zakończenie powtórzę jeszcze raz - im mniej pieniędzy w budżecie, tym więcej zostaje ludziom w kieszeni. Oni na pewno wykorzystają to efektywniej niż urzędnicy. Im więcej forsy oddajemy urzędnikom, tym w coraz większym stopniu stajemy się zniewoleni. Napisał keidyś mój ulubiony filozof Mikołaj G. Davila: "By uczynić z ludzi niewolników, należy im wmówić, że wszystkie problemy, to problemy społeczne". I wmawia się nam cały czas... .
A jeśli chodzi o upadek kultury, to przypominam, że jeszcze sto, dwieście lat temu nie istniało coś takiego jak upaństwowiona kultura - a malarstwo, teatr, proza i poezja kwitły i rozwijały się bez potrzeby uczęszczania do gminnych czy miejskiech ośrodków kultury, bez potrzeby zatrudniania instruktorów, kupowania sprzętów itd. Wystarczył mecenat prywatny i mecenat samych artystów. Nic tak nie szkodzi kulturze jak przymusowy i drogi mecenat państwa.
Stefan Oleszczuk
(Tekst jest fragmentem książki Stefana Oleszczuka - "Człowiek z Kamienia",
Wyd. ABA International sp. z o.o. - Szczecin 1994. Publikacja na SP - 2002 rok)
[ Dodano: Pon 16 Paź, 2006 13:33 ]
Jest on zwolennikiem hasła: „gmina jest bogata bogactwem obywateli, a nie budżetu”. Po przejęciu przez niego władzy zredukowano przede wszystkim liczbę urzędników w urzędzie gminy o ponad połowę (z 57 do 27). Zreorganizowano także pracę w ten sposób, że zlikwidowano różne wydziały, a określone prace były przydzielane konkretnym osobom, które odpowiadały za wykonanie zadań. Jednocześnie w związku ze zwiększeniem obowiązków, urzędnikom gminnym podniesiono pensje.
Gmina zaczęła wydawać pieniądze tylko na cele, które służyły wszystkim mieszkańcom: oczyszczalnia ścieków, kanalizacja, wodociągi, oświetlenie uliczne, linie energetyczne, drogi i chodniki, uzbrojenie terenu. Natomiast zaprzestano dotować „działaczy” sportowych, kulturalnych, wyjazdy i goszczenie różnych delegacji, opiekę społeczną, żłobki, przedszkola, ponieważ są to potrzeby natury prywatnej, indywidualnej, a tymczasem „budżet gminy – czyli pieniądze wszystkich podatników – ma służyć jak najszerszemu gronu tych podatników, a nie spełniać „duchowe” czy „intelektualne” zachcianki co poniektórych”[1]. Zlikwidowano miejskie muzeum i dom kultury, niektóre biblioteki publiczne (odwiedzało je kilka osób miesięcznie) oraz żłobki i przedszkola. Dzięki tym oszczędnościom budżetowym gmina coraz więcej inwestowała w swoją infrastrukturę, która miała służyć ogółowi.
Zasadą działania radnych i zarządu była tzw. „gmina minimum”. Chciano, aby poza sferą wpływu gminnych urzędników i administracji pozostawiono jak najwięcej dziedzin życia, przede wszystkim gospodarczego. Wprowadzono zakaz działalności gospodarczej gminy, która według Oleszczuka jest zarezerwowana wyłącznie dla podmiotów prywatnych. Prowadzenie działalności gospodarczej przez gminę prowadzi do uzyskania pozycji monopolisty, co jest niekorzystne dla konsumentów.
Odstąpiono również od wszelkiego koncesjonowania, zlikwidowano wszystkie możliwe ograniczenia administracyjne. Wszystko na co miała wpływ gmina było poddane wolności gospodarczej. Zminimalizowano wszelkie stawki podatków i opłat lokalnych, na tyle, na ile pozwalało prawo. Oleszczuk bowiem uważa, że każdy obywatel lepiej wie od gminnych urzędników, na co ma wydać swoje pieniądze. Odstąpiono od pobierania podatku od spadków i darowizn. Szczególnej ochronie w gminie podlegała własność prywatna. Stefan Oleszczuk twierdzi, że „budżet gminy powinien być jak najmniejszy, a pieniądze z niego powinny być wydawane jedynie na cele wspólne wszystkim obywatelom gminy”[2].
Nie ograniczano ilości punktów sprzedaży alkoholu, czy lokalizacji jakiejkolwiek działalności gospodarczej. Oleszczuk ogłosił, że koncesję na handel alkoholem dostanie każdy, kto będzie chciał. Zniknęła w ten sposób groźba korupcji, o którą łatwo posądzić burmistrza bądź innych urzędników, jeśli ci zajmują się przyznawaniem różnych koncesji, w tym na alkohol.
Od ich arbitralnych decyzji przestało zależeć, komu przyznać zezwolenie, a komu nie. Dzięki tym działaniom upadły wszystkie meliny, a co najważniejsze nie wzrosło spożycie alkoholu, natomiast poprawiła się kultura picia, a co za tym idzie - bezpieczeństwo mieszkańców. Natomiast same koncesje wydawano na 50 lat, by przedsiębiorcy nie musieli co kilka lat prosić o ich przedłużenie, płacąc kolejne opłaty skarbowe. Ponadto gmina proponowała przedsiębiorcom wykupywanie lokali komunalnych, które użytkowali. Dzięki temu przedsiębiorcy mogli być pewni, że gmina nie podniesie im czynszów, a po drugie, nie obawiali się inwestować, ponieważ były to już ich prywatne nieruchomości.
Oleszczuk postanowił sprywatyzować mieszkania komunalne, ponieważ uważał, że niesprawiedliwe jest, by podatnicy dopłacali do utrzymania mieszkań niektórych uprzywilejowanych mieszkańców. Ponadto twierdził, że prywatni właściciele będą lepiej o nie dbali. Przygotowano wówczas prywatyzację mieszkań za średnio 10% ich wartości. Jak się okazało, „po doświadczeniach nowych właścicieli w całości sprywatyzowanych budynków, średnio rzecz biorąc dotychczasowy czynsz, który w kołchozie pod nazwą PGM stanowił zaledwie 20 procent kosztów „prowadzenia” danego budynku – w tej chwili w prywatnych rękach w zupełności wystarcza na pełne koszty utrzymania!”[3].
Jak napisał Oleszczuk, polityka budżetowa prowadzona w Kamieniu opierała się „na niefinansowaniu niczego, do czego nie zmusza nas socjalistyczne prawo”[4]. Burmistrz radykalnie zredukował pomoc społeczną, uważając, iż podatnicy nie mają obowiązku płacić na ubogich, gdyż każdy, kto chce, może osobiście wspomóc prywatną organizację charytatywną lub bezpośrednio biednych. Ponadto twierdzi, że 90% pieniędzy przeznaczonych na pomoc społeczną jest marnotrawionych. Oprócz tego rozdawanie za darmo cudzych pieniędzy jest demoralizujące. Według Oleszczuka „opiekuńczość nad ubogimi powinno pozostawić się kościołom i organizacjom przykościelnym (tu możliwość wspierania ubogich przez wierzących) i prywatnym organizacjom charytatywnym (tu, by ubogich mogli wspierać za ich pośrednictwem ateiści i zagorzali antyklerykałowie)”[5].
Szybko można było zauważyć pozytywne skutki rządów prawicy. Za kadencji Stefana Oleszczuka wybudowano w Kamieniu oczyszczalnię ścieków. Do tej pory nieczystości z całej gminy wpływały bezpośrednio do Morza Bałtyckiego. Prywatna firma, która wygrała przetarg, wymieniła cały system oświetleniowy gminy, który wcześniej funkcjonował w 55%. Nowoczesny system spowodował kolejne oszczędności, ponieważ zmniejszyły się wydatki gminy na energię elektryczną. Wybudowano trzydzieści odcinków dróg i rozbudowano kanalizację.
W 1993 roku na inwestycje gmina Kamień Pomorski przeznaczyła 55% swoich wydatków, podczas gdy średnio w Polsce współczynnik ten wyniósł 19,2%. Natomiast na wynagrodzenia dla urzędników wydano prawie połowę mniej niż średnio w kraju. Dzięki obniżeniu podatków gminnych dużo firm zaczęło wykazywać zyski. Gdyby zastosowano maksymalne stawki podatkowe, wiele z nich by upadło, a pracownicy staliby się bezrobotnymi. Bezrobocie w Kamieniu Pomorskim za rządów Oleszczuka było średnio dwa razy niższe niż w sąsiednich gminach.
Powyższy artykuł jest fragmentem książki Tomasza Cukiernika pt. "Prawicowa koncepcja państwa - doktryna i praktyka". Witryna autora książki to http://www.tomaszcukiernik.pl.
Stefan Oleszczuk Kiedy na rozmaitych spotkaniach, w wywiadach dla prasy mówię, że budżet gminy powinien być jak najmniejszy to wywołuje to albo wzburzenie, albo zdziwienie, albo jeszcze inne uczucia. Rzadko kiedy zrozumienie. A ja powtarzam przy każdej okazji - budżet gminy powinien być jak najmniejszy. Im mniej pieniędzy ściągniętych z ludzi w budżecie, tym więcej w ich kieszeniach. Normalny człowiek wykorzysta te pieniądze na pewno lepiej (i to z pożytkim dla siebie), niżby miał to za niego zrobić urzędnik.
Budżet gminy powinien być jak najmniejszy, a pieniądze z niego powinny być wydawane jedynie na cele wspólne wszystkim obywatelom gminy (w każdym razie, jak największej liczbie mieszkańców danej społeczności lokalnej). To co zwykło określać się wspólnymi potrzebami społecznymi - to przede wszystkim: drogi i ulice, chodniki, oświetlenie, wodociągi, kanalizacja, oczyszczalnia, uzbrojenie terenu. To są potrzeby wspólne społeczności lokalnej, a nie: opieka społeczna, dom kultury, klub sportowy czy inne tego typu kwiatki wymyślane przez socjalistów. Tej kategorii - nazwijmy socjalnych - potrzeb, nie należy uznawać jako wspólne społeczności lokalnej, a jako potrzeby natury prywatnej.
Dobroczynność, rozrywkę kulturalną czy sportową należy traktować tylko i wyłącznie jako potrzeby natury prywatnej, indywidualnej dla każdego z osobna. Budżet gminy - czyli pieniądze wszystkich podatników - ma służyć jak najszerszemu gronu tych podatników, a nie spełniać "duchowe" czy "intelektualne" zachcianki co poniektórych.
Pieniądze z gminnego budżetu nie są jakimś abstrakcyjnym darem z niebios, forsą wspólną a więc niczyją. W budżecie gminy są nasze pieniądze, zabrane nam pod przymusem w postaci rozmaitych podatków, opłat i innych ofiar składanych państwu. Dlatego należy wydawać je rozsądnie, oszczędnie i na cele wspólne wszystkim.
Moją ambicją było - co zabrzmi paradoksalnie - robić dla ludzi jak najmniej, a nie jak najwięcej. Bo jeżeli władza robi "coś" dla ludzi, to to ich odpowiednio kosztuje.
Polityka budżetowa prowadzona w Kamieniu Pomorskim przez ostatnie lata opierała się i opiera na niefinansowaniu niczego, do czego nie zmusza nas socjalistyczne prawo. Od początku naszej kadencji wprowadziliśmy stopniowe ograniczenia w zakresie wydatków na: kulturę, sport i placówki typu żłobki i przedszkola. Nie robiliśmy niczego z dnia na dzień, tylko uprzedzaliśmy np. Kamieński Dom Kultury, że z dniem tym i tym gmina przestaje do niego dopłacać. Podobnie rzecz miała się z lokalnymi sportowcami i wszystkimi innymi typami "społecznych działaczy" za pieniądze podatników. Oczywiście koronnym zarzutem kamieńskiej opozycji w stosunku do mnie jest, że za mojej kadencji Kamień stał się pustynią intelektualną. Przepraszam, czy to oznacza, że likwidacja Domu Kultury, kilku bibliotek (w 90-procentach wypełnionych socrealistycznymi lekturami szkolnymi), przekazanie muzeum prawowitemu właścicielowi, likwidacja żłobków i przedszkoli spowodowała, że nagle mieszkańcy Kamienia schamieli i reprezentują sobą pustynię intelektualną? Jakoś nie zauważyłem, że brak Domu Kultury spowodował jakieś spustoszenia w umysłąch mieszkańców Kamienia. Chyba, że owa pustka intelektualna doskwiera moim lokalnym opozycjonistom (jednemu malarzowi z umiarkowanym talentem, gminnemu dziennikarzynie i kilkunastu ich znajomkom, których rozwój intelektualny ograniczył się do ciągłych prób wyłudzenia ode mnie pieniędzy należących do wszystkich podatników), a jeśli tak, to stwierdzam, że istnienie domu kultury i tak nie podniosłoby im ich ilorazu inteligencji.
Do tego zarzuca mi się, że jesteśmy za biedni na moje eksperymenty. Więc logicznie rzecz biorąc, skoro jesteśmy za biedni, to dlaczego mam jeszcze wydawać i marnować nasze wspólne pieniądze na idiotyczne i naprawdę nikomu (poza nielicznymi "działaczami") niepotrzebne cele? Właśnie dlatego, że jesteśmy biednym społeczeństwem, tym bardziej jesteśmy zmuszeni oszczędzać i roztropnie wydawać publiczne pieniądze. Tym kierowałem się i tym będę się kierować nadal - publiczne pieniądze nie są pieniędzmi niczyimi, to są nasze wspólne pieniądze, i można je wydać tylko na nam wszystkim wspólne cele. Niestety większość ludzi wyznaje idiotyczną zasadę tzw. sprawiedliwości społecznej i to co robię w Kamieniu jako sprawiedliwe (bezprzymiotnikowo) doprowadza ich do szału. A o sprawiedliwości społecznej mam takie samo zdanie jak kolumbijski filozof Mikołaj Davila, który swego czasu napisał: "Jeśli jednostka obrabuje inną jednostkę, to nazywa się to "rabunkiem". Jeśli czyni to grupa - "sprawiedliwością społeczną". Między rabunkiem a tzw. sprawiedliwością społeczną nie ma różnicy i ja do tego ręki przykładał nie będę.
Wracając do polityki budżetowej - w miarę upływu kadencji, dzięki oszczędnościom w wydatkach na kulturę itp. rozrywki co roku mogliśmy zwiększać udział inwestycji w wydatkach budżetowych. Przy spełnianiu zachcianek socjalnych radnych i rozmaitych "działaczy społecznych" nie doszłoby do realizacji przynajmniej połowy inwestycji. W każdym razie wlokłyby się jak w realnym socjaliźmie.
Na zakończenie powtórzę jeszcze raz - im mniej pieniędzy w budżecie, tym więcej zostaje ludziom w kieszeni. Oni na pewno wykorzystają to efektywniej niż urzędnicy. Im więcej forsy oddajemy urzędnikom, tym w coraz większym stopniu stajemy się zniewoleni. Napisał keidyś mój ulubiony filozof Mikołaj G. Davila: "By uczynić z ludzi niewolników, należy im wmówić, że wszystkie problemy, to problemy społeczne". I wmawia się nam cały czas... .
A jeśli chodzi o upadek kultury, to przypominam, że jeszcze sto, dwieście lat temu nie istniało coś takiego jak upaństwowiona kultura - a malarstwo, teatr, proza i poezja kwitły i rozwijały się bez potrzeby uczęszczania do gminnych czy miejskiech ośrodków kultury, bez potrzeby zatrudniania instruktorów, kupowania sprzętów itd. Wystarczył mecenat prywatny i mecenat samych artystów. Nic tak nie szkodzi kulturze jak przymusowy i drogi mecenat państwa.
Stefan Oleszczuk
(Tekst jest fragmentem książki Stefana Oleszczuka - "Człowiek z Kamienia",
Wyd. ABA International sp. z o.o. - Szczecin 1994. Publikacja na SP - 2002 rok)
[ Dodano: Pon 16 Paź, 2006 13:33 ]
Jest on zwolennikiem hasła: „gmina jest bogata bogactwem obywateli, a nie budżetu”. Po przejęciu przez niego władzy zredukowano przede wszystkim liczbę urzędników w urzędzie gminy o ponad połowę (z 57 do 27). Zreorganizowano także pracę w ten sposób, że zlikwidowano różne wydziały, a określone prace były przydzielane konkretnym osobom, które odpowiadały za wykonanie zadań. Jednocześnie w związku ze zwiększeniem obowiązków, urzędnikom gminnym podniesiono pensje.
Gmina zaczęła wydawać pieniądze tylko na cele, które służyły wszystkim mieszkańcom: oczyszczalnia ścieków, kanalizacja, wodociągi, oświetlenie uliczne, linie energetyczne, drogi i chodniki, uzbrojenie terenu. Natomiast zaprzestano dotować „działaczy” sportowych, kulturalnych, wyjazdy i goszczenie różnych delegacji, opiekę społeczną, żłobki, przedszkola, ponieważ są to potrzeby natury prywatnej, indywidualnej, a tymczasem „budżet gminy – czyli pieniądze wszystkich podatników – ma służyć jak najszerszemu gronu tych podatników, a nie spełniać „duchowe” czy „intelektualne” zachcianki co poniektórych”[1]. Zlikwidowano miejskie muzeum i dom kultury, niektóre biblioteki publiczne (odwiedzało je kilka osób miesięcznie) oraz żłobki i przedszkola. Dzięki tym oszczędnościom budżetowym gmina coraz więcej inwestowała w swoją infrastrukturę, która miała służyć ogółowi.
Zasadą działania radnych i zarządu była tzw. „gmina minimum”. Chciano, aby poza sferą wpływu gminnych urzędników i administracji pozostawiono jak najwięcej dziedzin życia, przede wszystkim gospodarczego. Wprowadzono zakaz działalności gospodarczej gminy, która według Oleszczuka jest zarezerwowana wyłącznie dla podmiotów prywatnych. Prowadzenie działalności gospodarczej przez gminę prowadzi do uzyskania pozycji monopolisty, co jest niekorzystne dla konsumentów.
Odstąpiono również od wszelkiego koncesjonowania, zlikwidowano wszystkie możliwe ograniczenia administracyjne. Wszystko na co miała wpływ gmina było poddane wolności gospodarczej. Zminimalizowano wszelkie stawki podatków i opłat lokalnych, na tyle, na ile pozwalało prawo. Oleszczuk bowiem uważa, że każdy obywatel lepiej wie od gminnych urzędników, na co ma wydać swoje pieniądze. Odstąpiono od pobierania podatku od spadków i darowizn. Szczególnej ochronie w gminie podlegała własność prywatna. Stefan Oleszczuk twierdzi, że „budżet gminy powinien być jak najmniejszy, a pieniądze z niego powinny być wydawane jedynie na cele wspólne wszystkim obywatelom gminy”[2].
Nie ograniczano ilości punktów sprzedaży alkoholu, czy lokalizacji jakiejkolwiek działalności gospodarczej. Oleszczuk ogłosił, że koncesję na handel alkoholem dostanie każdy, kto będzie chciał. Zniknęła w ten sposób groźba korupcji, o którą łatwo posądzić burmistrza bądź innych urzędników, jeśli ci zajmują się przyznawaniem różnych koncesji, w tym na alkohol.
Od ich arbitralnych decyzji przestało zależeć, komu przyznać zezwolenie, a komu nie. Dzięki tym działaniom upadły wszystkie meliny, a co najważniejsze nie wzrosło spożycie alkoholu, natomiast poprawiła się kultura picia, a co za tym idzie - bezpieczeństwo mieszkańców. Natomiast same koncesje wydawano na 50 lat, by przedsiębiorcy nie musieli co kilka lat prosić o ich przedłużenie, płacąc kolejne opłaty skarbowe. Ponadto gmina proponowała przedsiębiorcom wykupywanie lokali komunalnych, które użytkowali. Dzięki temu przedsiębiorcy mogli być pewni, że gmina nie podniesie im czynszów, a po drugie, nie obawiali się inwestować, ponieważ były to już ich prywatne nieruchomości.
Oleszczuk postanowił sprywatyzować mieszkania komunalne, ponieważ uważał, że niesprawiedliwe jest, by podatnicy dopłacali do utrzymania mieszkań niektórych uprzywilejowanych mieszkańców. Ponadto twierdził, że prywatni właściciele będą lepiej o nie dbali. Przygotowano wówczas prywatyzację mieszkań za średnio 10% ich wartości. Jak się okazało, „po doświadczeniach nowych właścicieli w całości sprywatyzowanych budynków, średnio rzecz biorąc dotychczasowy czynsz, który w kołchozie pod nazwą PGM stanowił zaledwie 20 procent kosztów „prowadzenia” danego budynku – w tej chwili w prywatnych rękach w zupełności wystarcza na pełne koszty utrzymania!”[3].
Jak napisał Oleszczuk, polityka budżetowa prowadzona w Kamieniu opierała się „na niefinansowaniu niczego, do czego nie zmusza nas socjalistyczne prawo”[4]. Burmistrz radykalnie zredukował pomoc społeczną, uważając, iż podatnicy nie mają obowiązku płacić na ubogich, gdyż każdy, kto chce, może osobiście wspomóc prywatną organizację charytatywną lub bezpośrednio biednych. Ponadto twierdzi, że 90% pieniędzy przeznaczonych na pomoc społeczną jest marnotrawionych. Oprócz tego rozdawanie za darmo cudzych pieniędzy jest demoralizujące. Według Oleszczuka „opiekuńczość nad ubogimi powinno pozostawić się kościołom i organizacjom przykościelnym (tu możliwość wspierania ubogich przez wierzących) i prywatnym organizacjom charytatywnym (tu, by ubogich mogli wspierać za ich pośrednictwem ateiści i zagorzali antyklerykałowie)”[5].
Szybko można było zauważyć pozytywne skutki rządów prawicy. Za kadencji Stefana Oleszczuka wybudowano w Kamieniu oczyszczalnię ścieków. Do tej pory nieczystości z całej gminy wpływały bezpośrednio do Morza Bałtyckiego. Prywatna firma, która wygrała przetarg, wymieniła cały system oświetleniowy gminy, który wcześniej funkcjonował w 55%. Nowoczesny system spowodował kolejne oszczędności, ponieważ zmniejszyły się wydatki gminy na energię elektryczną. Wybudowano trzydzieści odcinków dróg i rozbudowano kanalizację.
W 1993 roku na inwestycje gmina Kamień Pomorski przeznaczyła 55% swoich wydatków, podczas gdy średnio w Polsce współczynnik ten wyniósł 19,2%. Natomiast na wynagrodzenia dla urzędników wydano prawie połowę mniej niż średnio w kraju. Dzięki obniżeniu podatków gminnych dużo firm zaczęło wykazywać zyski. Gdyby zastosowano maksymalne stawki podatkowe, wiele z nich by upadło, a pracownicy staliby się bezrobotnymi. Bezrobocie w Kamieniu Pomorskim za rządów Oleszczuka było średnio dwa razy niższe niż w sąsiednich gminach.
Powyższy artykuł jest fragmentem książki Tomasza Cukiernika pt. "Prawicowa koncepcja państwa - doktryna i praktyka". Witryna autora książki to http://www.tomaszcukiernik.pl.
Mam mieszane uczucia wobec opisanego burmistrza.
Z jednej strony ograniczenie biurokracji w rozsądnych granicach usprawnia działanie urzędu, przydzielanie zadań konkretnym urzędnikom powoduje, ze traktują je ambicjonalnie i skoro mają się podpisac pod nimi własnym nazwiskiem to sami się dopingują do lepszego wykonania pracy. Dalej, zarzucenie wszelkeigo rodaju uznaniowości w podejmowaniu decyzji, ograniczenie "koncesyjności" bądź zlikwidowanie tej zachęty korupcyjnej to piekna sprawa. I za to nalezy panu burmistrzowi Kamienia przyklasnąć.
Nie wydaje mi się jednak by rezygnowanie ze wszystkiego oprócz "papu,siusiu i spaniu" było wyjściem z sytuacji. Na krótka metę oczywiście tak, przy żelaznej konsekwencji może takie działanie w stosunkowo krótkim czasie poprawić kondycję finasową miasta/gminy, jednak w dłuższej perspektywie to nie jest dobre wyjście.
Człowiek już taki jest, że jak ma ciepło i dach nad głową to by co ciekawego zrobił, do kina poszedł, co bardziej dziwni (niestety tak to trzeba ująć) to do teatru by poszli, co zwyklejsi na mecz na przykład, dziecko by się posłało na jakieś zajęcia żeby nie pałętało się bezczynnie po dodwórku itp itd.
Pan Oleszczuk pisze, że 200 lat temu nie było domów kultury a kultura świetnie sobie radziła. 200 lat temu pana Oleszczuka tez nie było, a Kamień Pomorski był róbnie fajny miasteczkiem co teraz, czy to znaczy że pan Oleszczuk winien sie sam do trumienki zapakować bądź wyeksportować na księżyc?
No chyba nie.
Jeszcze jedno. Jak sądzę (jesli nie mam racji to poprawcie) Lubin nie stoi przed tak dramastycznym wyborem, niemniej wyobraźmy sobie taką sytuację zaciskania pasa.
Wyrzu cmy teatry uliczne, zamknijmy Muzę, Dni Lubina, festyn KGHM, MDK, zespół "Gwarkowie" i inne no słowem wszystko. Co nam pozostanie?
Jestem pewien, że prędzej czy później znakomita większość z nas wpadła by w ręce świetnie dofinansowanej miejsckiej żandarmerii przy próbie dania w mordę najbliższemy przechodniowi.
Z jednej strony ograniczenie biurokracji w rozsądnych granicach usprawnia działanie urzędu, przydzielanie zadań konkretnym urzędnikom powoduje, ze traktują je ambicjonalnie i skoro mają się podpisac pod nimi własnym nazwiskiem to sami się dopingują do lepszego wykonania pracy. Dalej, zarzucenie wszelkeigo rodaju uznaniowości w podejmowaniu decyzji, ograniczenie "koncesyjności" bądź zlikwidowanie tej zachęty korupcyjnej to piekna sprawa. I za to nalezy panu burmistrzowi Kamienia przyklasnąć.
Nie wydaje mi się jednak by rezygnowanie ze wszystkiego oprócz "papu,siusiu i spaniu" było wyjściem z sytuacji. Na krótka metę oczywiście tak, przy żelaznej konsekwencji może takie działanie w stosunkowo krótkim czasie poprawić kondycję finasową miasta/gminy, jednak w dłuższej perspektywie to nie jest dobre wyjście.
Człowiek już taki jest, że jak ma ciepło i dach nad głową to by co ciekawego zrobił, do kina poszedł, co bardziej dziwni (niestety tak to trzeba ująć) to do teatru by poszli, co zwyklejsi na mecz na przykład, dziecko by się posłało na jakieś zajęcia żeby nie pałętało się bezczynnie po dodwórku itp itd.
Pan Oleszczuk pisze, że 200 lat temu nie było domów kultury a kultura świetnie sobie radziła. 200 lat temu pana Oleszczuka tez nie było, a Kamień Pomorski był róbnie fajny miasteczkiem co teraz, czy to znaczy że pan Oleszczuk winien sie sam do trumienki zapakować bądź wyeksportować na księżyc?
No chyba nie.
Jeszcze jedno. Jak sądzę (jesli nie mam racji to poprawcie) Lubin nie stoi przed tak dramastycznym wyborem, niemniej wyobraźmy sobie taką sytuację zaciskania pasa.
Wyrzu cmy teatry uliczne, zamknijmy Muzę, Dni Lubina, festyn KGHM, MDK, zespół "Gwarkowie" i inne no słowem wszystko. Co nam pozostanie?
Jestem pewien, że prędzej czy później znakomita większość z nas wpadła by w ręce świetnie dofinansowanej miejsckiej żandarmerii przy próbie dania w mordę najbliższemy przechodniowi.
Weteran


chodzi mu o to, że to niesprawiedliwe, że za rozrywki nielicznych (festyny, kultura, teatr, itp.) mają płacić wszyscy
i myśle, że ma rację!
w sumie co z tego, że w Lubinie np. są co chwilę imprezy, festiwale, dofinansowanie sportu i kultury, jak korzystają z tego naprawdę nieliczni
a w miescie drogi są dziurawe, brakuje objazdów, budynki w wielu miejscach jeszcze przypominają jakąś Czeczenię a nie europejskie miasto, i zwykli przeciętni ludzie narzekają, młodzi uciekają do innych miast
oficiele poimprezują, gawiedź się pobawi na festiwalu, wypije piwo, działacze wykrzyczą swoje, a festyny sie kończą i zostaje nam smutne, niezadbane miasto - chociazby ta niekoncząca się sprawa odrapanego i żenującego rynku i kilka podobnych kwiatków...
i myśle, że ma rację!
w sumie co z tego, że w Lubinie np. są co chwilę imprezy, festiwale, dofinansowanie sportu i kultury, jak korzystają z tego naprawdę nieliczni
a w miescie drogi są dziurawe, brakuje objazdów, budynki w wielu miejscach jeszcze przypominają jakąś Czeczenię a nie europejskie miasto, i zwykli przeciętni ludzie narzekają, młodzi uciekają do innych miast
oficiele poimprezują, gawiedź się pobawi na festiwalu, wypije piwo, działacze wykrzyczą swoje, a festyny sie kończą i zostaje nam smutne, niezadbane miasto - chociazby ta niekoncząca się sprawa odrapanego i żenującego rynku i kilka podobnych kwiatków...
Nie, nie, nie! Nie zgadzam się! Kto bronił pójść komukolwiek np na "Teatr na bruku"
Mówisz drogi? No tak, ja mam auto i chciałbym aby wyremontowano wszystkie drogi w mieście, ale zaraz odezwi się 150 osób bez aut, które będą się domagać całej kasy na ścieżki rowerowe, potem 200 bez rowerów i aut i będą chcieli całej kasy na normalne chodniki - a jak bedą normalne to na ruchome. W kolejce jeszcze miłośnicy większej ilości zieleni, mniejszej/większej ilości targowisk, budowy basenu itp itd
Miasto powinno wspierać działania socjalne i kulturę w mądry sposób, wspomagać a nie dawać na tacy, nie da się jednak na dłuższą metę odciąć od finansowania właśnie teatru, kina, przedszkoli czy obiadów dla biednych.
W końcu to jedynie te właśnie sfery: pojęcie piękna, współczucia odróżniają nas od zwierząt, prawda?
Mówisz drogi? No tak, ja mam auto i chciałbym aby wyremontowano wszystkie drogi w mieście, ale zaraz odezwi się 150 osób bez aut, które będą się domagać całej kasy na ścieżki rowerowe, potem 200 bez rowerów i aut i będą chcieli całej kasy na normalne chodniki - a jak bedą normalne to na ruchome. W kolejce jeszcze miłośnicy większej ilości zieleni, mniejszej/większej ilości targowisk, budowy basenu itp itd
Miasto powinno wspierać działania socjalne i kulturę w mądry sposób, wspomagać a nie dawać na tacy, nie da się jednak na dłuższą metę odciąć od finansowania właśnie teatru, kina, przedszkoli czy obiadów dla biednych.
W końcu to jedynie te właśnie sfery: pojęcie piękna, współczucia odróżniają nas od zwierząt, prawda?
Weteran


akurat sprawa samochodów, chodników i ścieżek rowerowych to wspólny problem: komunikacja w mieście to jedna całość
- drogi służą także tym, którzy nie mają samochodów (lepsza komunikacja miejska/masowa),
- a scieżki rowerowe służą też kierowcom (mniej rowerów na drogach dla samochodów) oraz pieszym (mniej rowerów na chodnikach)
aha
mówisz: "W końcu to jedynie te właśnie sfery: pojęcie piękna, współczucia odróżniają nas od zwierząt, prawda?"
i tu masz racje
tyle że z drugiej strony warto starać się wznieśc się ponad własny egoizm i pomyśleć najpierw o wspólnych potrzebach wszystkich (infrastruktura), a dopiero póżniej o osobistej, prywatnej rozrywce - czyli np. teatrach (ja akurat staram się korzystać z wielu tych atrakcji, np. z teatrów)
aha, nie chodzi o to aby zaspokajać zachcianki miłośników jednego, czy drugiego w ramach gminy, tylko zaspokoic w jej ramach podstawowe potrzeby resztę zostawiając ludziom
- drogi służą także tym, którzy nie mają samochodów (lepsza komunikacja miejska/masowa),
- a scieżki rowerowe służą też kierowcom (mniej rowerów na drogach dla samochodów) oraz pieszym (mniej rowerów na chodnikach)
aha
mówisz: "W końcu to jedynie te właśnie sfery: pojęcie piękna, współczucia odróżniają nas od zwierząt, prawda?"
i tu masz racje
tyle że z drugiej strony warto starać się wznieśc się ponad własny egoizm i pomyśleć najpierw o wspólnych potrzebach wszystkich (infrastruktura), a dopiero póżniej o osobistej, prywatnej rozrywce - czyli np. teatrach (ja akurat staram się korzystać z wielu tych atrakcji, np. z teatrów)
aha, nie chodzi o to aby zaspokajać zachcianki miłośników jednego, czy drugiego w ramach gminy, tylko zaspokoic w jej ramach podstawowe potrzeby resztę zostawiając ludziom
Maniak


Weteran


Weteran


Informacje
Amazon [Bot], Marecki11 » 2 gości