44444 forum LUBIN.pl • WIARA
Strona 1 z 1

WIARA

: 09 lis 2016, 19:03
autor: NEVIL
Komentarz:

Kaziuk

Kościół się miota. Bo ma problemy. Więc straszy swoich wiernych, to jest tych, którzy się czarodziejskich strachów jeszcze boją.

Przypomnieć należy jednak, że na chrześcijaństwie ciążą brzydkie zarzuty. Przykładowo, chrześcijaństwo przywłaszczyło sobie pismo święte Hebrajczyków, (Septuagintę, nazwaną „Starym Testamentem”, który stanowi pierwszą część chrześcijańskiej biblii) bez pytania Żydów o zgodę. Wielu katolików polskich, w tym także narodowych katolików wyższego sortu, nie zdaje sobie sprawy z tego, że Talmut jest częścią chrześcijańskiej biblii, i mądruje się „intelektualnie”, że Żydzi mają swoje pismo, ale chrześcijanie mają swoje, znaczy się lepsze.

Innym zapożyczeniem z obcych kultur było ustanowienie świąt chrześcijańskich, dokładnie w tych samych dniach, w których inne religie, zwłaszcza mitraizm, miały swoje święta, np. święto tzw. bożego narodzenia.

Chrześcijanie przejęli również pogańskie rytuały oddawania boskiej czci cesarzom rzymskim. Rytuał ten polegał na corocznym oddawaniu hołdu w czasie publicznego ceremoniału. Cesarz siedział na tronie, kapłani okadzali go, a ludzie przechodząc, musieli przed cesarzem przyklęknąć. Tego hołdu odmawiali tzw. pierwsi chrześcijanie, za co byli okrutnie prześladowani. Ale po ustaniu tych prześladowań Kościół przyjął ten rytuał za swój. Stąd dzisiaj w kościele księża posługują się kadzidłem oraz przyklękają przed czerwonym światełkiem, tzn. przed swoim bogiem.

Przyjęcie religii chrześcijańskiej było dla państwa Mieszka śmiertelnym ultimatum. Wieleci i Prusowie odrzucili to ultimatum i… zniknęli na zawsze z dalszej historii. Proliferację chrześcijaństwa prowadził Cesarz Rzymski Narodu Niemieckiego, jako polityczna siła papieża. Przyjęcie chrześcijaństwa (chrztu Mieszka i jego dworzan) wiązało się z podporządkowaniem lennym państwa Mieszka cesarzowi. Cesarz w ten sposób objął państwo Mieszka swoją zwierzchnością, za co Mieszko musiał płacić cesarzowi haracz lenny. Nie tam jakimś złotem czy innymi kosztownościami, bo tego Mieszko nie miał. W tamtych czasach najwyższym dobrem był niewolnik. Niewolnikami płaciliśmy za przyjęcie chrześcijaństwa, dzisiaj z dumą określane jako „chrzest Polski”. Tak, jakby kraje czy państwa, a nie ludzie, podlegały chrześcijańskiemu chrztowi!

Struktury nowego Kościoła ogniem i mieczem kruszyły i pustoszyły podstawy rodzimej kultury słowiańskiej. Kościoły budowane były w miejscach starego kultu słowiańskiego, opór społeczności był krwawo przezwyciężany. Z tego Kościół katolicki w Polsce jest dziś szczególnie dumny. Bo i ma ogromne poparcie społeczeństwa. Potrafił ludzi odurnić i nadal chce duraczyć. Stąd ten opór przed Halloween. Bowiem panowanie nad tłuszczą wymyka się Kościołowi z rąk. Strach zagląda w oczy tym oszustom.

=================
Niech żyje Halloween!

Nowa religia, którą ledwie tysiąc lat temu zaimportowano z Izraela via Rzym, każdego roku w pierwszych dniach listopada toczy ostatnią batalię ze starymi obyczajami.


Wprawdzie nazwa święta Halloween ma związek z chrześcijaństwem (pobrzmiewa tu „holy”), to jednak wymowa wyszczerzonej i wyszczerbionej dyni jest zupełnie inna i jawnie w stosunku do chrześcijaństwa opozycyjna. Anglosaski, odwołujący się do dawnych, wytępionych przez chrześcijaństwo tradycji, sposób upamiętniania zmarłych, od jakiegoś czasu coraz popularniejszy także w Polsce, ma głęboki sens etyczny.

Być może nie każdy, kto przebiera się za ducha czy wampira albo wykrawa dynię, zdaje sobie jasno sprawę z tego, że bierze udział w antychrześcijańskiej demonstracji, ale z pewnością wie, że robi coś, co się jego Kościołowi nie podoba. Bo też i Kościoły, z katolickim na czele, nie ukrywają swojej bezsilnej złości. Nie wahają się nazywać halloweenowych obrzędów pogańskimi, a więc używać w stosunku do nich pełnego pogardy i nienawiści określenia, którym przez półtora tysiąca lat posługiwali się w odniesieniu do męczenników za wiarę (taki termin funkcjonuje w Kościele w znaczeniu kogoś, kto nie wyrzekł się wiary mimo przymusu), torturowanych i mordowanych bez litości wszędzie, gdzie docierała „dobra nowina”. Docierała zawsze łącznie z oprawcami i gwałcicielami, pewnymi, że zabijając tych, którzy urągają Panu, nie chcąc przyjąć Jego ciała i krwi, wyrządzają im tylko przysługę. Wszak lepiej nie żyć, niż bluźnić Bogu, przy życiu pozostając. W średniowieczu Kościół nazywał to „świętą wojną”.

Ludy Europy nie mogły stawić oporu tej okrutnej przemocy, a książęta, tacy jak Mieszko, aby uniknąć zniszczenia i zaboru swych ziem przez chrześcijańskich sąsiadów (w naszym przypadku – niemieckich), zmuszeni byli wyrzec się swoich Bogów i przyjąć obcą wiarę. Zmuszeni też byli przyjąć na swoje terytorium „misje” rzymskie albo bizantyjskie, oddając im ziemię, a także dopomagać w sianiu terroru tam, gdzie przyjęcie chrztu mogłoby napotkać jakiś opór.

Trauma chrystianizacji – morderstw, niszczenia świątyń, poniżania i przepędzania kapłanów, rabunków mienia świątynnego – trwała kilka stuleci, pozostawiając w duszach Europejczyków bolesną bliznę, której ostatnim już śladem jest to, co czujemy w czas Święta Zmarłych. A czujemy, że to nie jest ICH święto, tylko nasze. I że mamy prawo obchodzić je po swojemu, choćby z dynią. To jest taka jedyna chwila w roku, kiedy księża, choć dzwonią i podtykają swe tace, choć złorzeczą dyniom i „poganom”, nie mają wiele do gadania. Naród ich nie słucha.

I tym niesłuchaniem daje wyraz swojej godności, zachowanym resztkom autonomii kulturowej, a także swej ledwie już pełgającej, choć jednak wciąż istniejącej świadomości, że naszymi Dziadami i Halloween sięgamy daleko w głąb naszej tradycji i kultury, która bynajmniej nie zaczęła się tysiąc lat temu. I nic nam nie przeszkadza, że Halloween nie jest akurat słowiańskie. Łączy nas z ludami zachodniej Europy tajemna nić porozumienia, którego wyrazem jest to, że potrafimy ponad epoką chrześcijańską sięgnąć pamięcią kulturową ku naszej własnej, rdzennej przeszłości i kulturze.

Dajemy w ten sposób wyraz naszej słabej może, lecz jednak wciąż istniejącej świadomości, że cywilizacja i kultura nie zaczynają się wraz z chrześcijaństwem ani się na nim nie kończą. Pycha chrześcijańskich duchownych, którzy do dziś wmawiają nam, że wszystko, co było przed ich nastaniem, to dzicz, nędza i zabobon, obnaża bezwstyd i głupotę tych środowisk, a nam wszystkim urąga i krzywdzi nas w tym, co najważniejsze – w naszej tożsamości.

Kościół amputuje naszą przeszłość, wyszydzając i puszczając w niepamięć wszystko, co mieliśmy, zanim przyszli Oni, czyli krzewiciele dobrej (nie dla każdego, niestety) nowiny. I choć zdradziliśmy naszych przodków i mamy dziś tę śmiesznie krótką, tysiącletnią zaledwie historię, w dodatku zacienioną i zaburzoną przez obce tym ziemiom, wschodnie mity, to jednak zachowaliśmy resztkę wstydu i godności, które każą nam instynktownie odwracać się od Kościoła w te dwa szczególne dni, kiedy to obcujemy z duchami naszych zmarłych. W te dni mało kto jest katolikiem. Nie są katolickie te światła, nie są katolickie dynie i nikogo nie interesują „wszyscy święci”. Interesują nas nasi zmarli, za których wierzący modlą się, jak chcą i bez pomocy katolickich księży.

Bo tacy tu są w katolicy, co „nie wiedzą, co będzie po śmierci”. Tacy, co w piekło ani raj nie wierzą, lecz widzą w śmierci paradoks i tajemnicę. Nie dają sobie wmówić, że śmierci nie ma (bo jest „nowe życie”) – nie cieszą się na raj, lecz smucą i w zadumie wspominają tych, co jednak już nie powrócą. I to jest ludzkie. Tak jak nie jest ludzkie wmawiane ludziom od oseska aż po grób, że gdy będą posłuszni i wierni, wstaną z grobów w pięknych ciałach i na wieczność zagoszczą w raju. Nie wolno wpierać ludziom takich rzeczy i jeszcze brać za to pieniędzy – to jest po prostu nieetyczne. Żaden ksiądz nie wie o śmierci i o tym, co po śmierci, niczego, a wierzyć może sobie, w co chce. Byleby nie mącił w głowach innym. Proste zasady? Uczciwe?

Naiwne i płytkie nawiązanie odnawianymi dziś obrzędami do przedchrześcijańskich czasów i ówczesnych wierzeń jest gestem słabych i bezsilnych. Że niby nic – to tylko zabawa. Że to nie na poważnie. Niestety, nie na poważnie. Dlatego trzeba mówić i powtarzać, że katolicy w swojej nienawistnej i przepełnionej bezbrzeżną pogardą propagandzie odnoszącej się do religii, które wytępili ogniem i mieczem, wmawiają nam łgarstwa, jakoby wiara przodów dzisiejszych ludów Europy była w porównaniu z chrześcijaństwem głupim zabobonem. Jakoby cześć oddawana przez dawnych Słowian albo Germanów przyrodzie i wiara w amulety stała niżej niż, dajmy na to, katolickie obrzędy wielkanocne albo ich cudowne medaliki.

Ileż trzeba pychy i zajadłości, aby uważać Peruna i innych Bogów zamordowanych przez chrześcijan za gorszych i głupszych, a przesłanie etyczne religii greckiej, celtyckiej czy słowiańskiej za niższe i głupsze od przesłania moralnego starożytnych izraelitów?

Postraszmy tych pyszałków dynią. Może przyjdzie dzień i doznają łaski nawrócenia – na skromność, tolerancję i krytycyzm wobec samych siebie i własnych wierzeń. Niech żyje Halloween!

źródło: http://hartman.blog.polityka.pl/2016/10 ... halloween/