Kontemplacje Jana Sowy
: 18 kwie 2015, 14:05
Komentarze:
white_lake
mamy w Polsce mądrych ludzi, ale słucha ich tylko garstka, a rozumie jeszcze mniej, i są to ludzie bez żadnego wpływu na rzeczywistość
masa ogłupionych konsumcją jednostek jest bezmyślna i głosuje na cynicznych oszustów, którzy rządzą po swojemu
-----------------------
alt-stettin
Kiedyś szansy na zmianę upatrywałem w mijającym czasie. W przemianie pokoleniowej. W tym, że młodzi ludzie w końcu zastąpią zdegenerowane mentalnie i światopoglądowo pokolenie Polaków wychowanych, dorastających i spędzających znaczną część dojrzałego życia w czasie istnienia PRL.
---------------------------
veryok
Polacy nie sa zmeczeni, sa syci i glodni jednoczesnie. Na tyle nazarci by dupy nie ruszyc z kanapy i na tyle glodni by harowac na nastepne gadzety.
Opinie o bezczelnych elitach popieram, probelm w tym, ze oni nieczego nie czytaja poza slupkami sondazowymi. Nie czytaja pana panie Sowa, ale wierza ze sa szlachta
-----------------------
Piotr Weg
Wreszcie mądry człowiek, który dostrzega syndrom drugiej Grecji:)
Oby nie skończyło się na "Odprawie posłów greckich"
==============================
Jan Sowa, socjolog i kulturoznawca, jest bez wątpienia jednym z najbardziej błyskotliwych badaczy młodego pokolenia. Nie unika konfrontacji i krytyki elit władzy. Jego najnowsza książka - "Inna Rzeczpospolita jest możliwa" - to studium naszych zaniedbań po '89 roku. Sowa mówi wprost o fatalnej kondycji naszego społeczeństwa i godności, z której zostaliśmy odarci. Jego książka nie jest elementem, jak chce wielu, kampanii wyborczej. Ale w gorącym przedwyborczym okresie Sowa zadaje nam proste i niewygodne zarazem pytanie: co dalej, Polsko?
Pierwszy rozdział twojej najnowszej książki, „Inna Rzeczpospolita jest możliwa”, nazwany „Dzisiaj w Polsce”, to ponad 30 stron dość dołującej diagnozy dotyczącej kondycji naszego społeczeństwa. Jest słabo: „masowa emigracja, zapaść demograficzna, niewydolność instytucji publicznych, moralne bankructwo Kościoła katolickiego, afery, chaos i brzydota polskich miast”. Ciarki przechodzą, kiedy uzmysławiasz sobie siłę tego negatywnego spiętrzenia. Jest aż tak źle?
- Powiem ci, skąd to się wzięło: zewsząd dochodzą nas głosy o jakoby fantastycznej kondycji naszej gospodarki, o tym, że na tle Europy jesteśmy zieloną wyspą...
No właśnie! Jest przecież idealnie!
- Niby tak, zgodnie z pewnymi wskaźnikami, którymi władza lubi epatować. Ale są też inne dane, naprawdę alarmujące, na przykład spadek zaufania społecznego. Bardzo ciekawa była dla mnie lektura komentarzy pod artykułami dotyczącymi emigracji, które się ostatnio przetoczyły przez polską prasę. Ludzie wylewali tam cały swój żal pod adresem naszego państwa. Ja sam zresztą zupełnie prywatnie mam wrażenie, wynikające z faktu mieszkania w tym kraju, że ludzie w Polsce zwyczajnie się nie lubią: na dzień dobry doświadczasz agresji, nie mówiąc o tradycyjnym „spierd***j”.
Z niektórych badań, na przykład diagnozy społecznej zespołu prof. Czapińskiego, wyłania się obraz Polski jako kraju coraz bardziej szczęśliwego, przy czym metodologia tych badań jest dla mnie, jako psychologa z pierwszego wykształcenia, wątpliwa. Gdy pytamy ludzi, czy są szczęśliwi lub zadowoleni, to właściwie nie wiemy, co badamy - ich szczęście czy tendencję do tego, żeby pokazać się z dobrej strony. Kto się przyzna, że jest nieszczęśliwy? W dodatku w ankiecie? Chyba tylko ktoś w bardzo złej kondycji psychicznej. Więc równie dobrze można powiedzieć, że Polacy wcale nie są szczęśliwsi, a tylko nauczyli się reguł autoprezentacji. Lepiej jest przyglądać się wskaźnikom, które dają pośrednio wgląd w sytuację, na przykład poziom zaufania lub agresji w społeczeństwie.
Powyżej Jan Sowa - archiwum prywatne
Ale poziom agresji jest wynikiem poziomu frustracji. Agresja jest tylko skutkiem.
- Oczywiście. Dlatego ja się przyglądam naszym niechlubnym statystykom Polski: jeden z najwyższych w Unii Europejskiej odsetek ludzi pracujących za płacę minimalną, jedna z najniższych stawek na godzinę. Dodajmy do tego wahającą się między 20 a 30 proc. stopę bezrobocia wśród młodych ludzi i coraz większą grupę, znów głównie młodych, należących do prekariatu, czyli pracujących na podstawie różnych niestabilnych form zatrudnienia (tzw. śmieciówki). Nie wygląda to wszystko różowo. Nawet nie zielono. Co najwyżej czarno.
Ekonomiści cały czas epatują wzrostem PKB - zgoda, w dłuższej perspektywie czasowej ten wzrost jest ważny, chociaż doraźnie ma znaczenie przede wszystkim dla inwestorów i posiadaczy kapitału, pokazuje krótkoterminową koniunkturę. Z punktu widzenia życia konkretnego człowieka o wiele ważniejszy jest poziom bogactwa, a nie wzrost PKB. Co z tego, że Polska ma 3 proc., a Niemcy 1 proc., skoro Niemcy są od nas dziesięciokrotnie bogatsi, jeśli weźmiemy pod uwagę właśnie już zakumulowane bogactwo. Propaganda sukcesu, którą uprawia władza, jest nie tylko nieprawdziwa, ale niebezpieczna. Ona nie rozwiązuje żadnych problemów, a tylko przemieszcza niezadowolenie gdzieś indziej - napędza różne nasze paranoje i teorie spiskowe, ekstremizmy nacjonalistyczne i faszystowskie, skłania ludzi do emigracji. W ciągu ostatnich 10 lat wyjechało z Polski 2,5 mln ludzi. Chociaż pracują często poniżej swoich kwalifikacji, są zadowoleni nie tylko z zarobków - oni są zadowoleni z pewnego komfortu społecznego, który dzięki temu osiągnęli: poczucia, że im się dobrze żyje.
Niedawno przeczytałam podobny list, w którym świeżo upieczony emigrant mówił o tym, że to, czego brakowało mu w Polsce, to wcale nie aspekt materialny, tylko szacunek dla drugiego człowieka, którego w naszym kraju nie doświadczał. Z kolei motto twojej książki, zaczerpnięte z inskrypcji na pomniku gdańskich robotników, brzmi: Oddali życie, abyś ty mógł żyć godnie. Kwestia godności to powracający podczas spotkań autorskich z twoich udziałem temat. Nieprzypadkowy...
- Weźmy na przykład godność pracy. Jeszcze nie tak dawno nasz były premier Donald Tusk sam mówił, że praca na tzw. umowach śmieciowych to praca odarta z godności. To dotyczy 40 proc. młodych ludzi! Wyobraźmy sobie skalę tego problemu!
Ale „niepostrzeżenie” śmieciówki stały się standardem, a nie chwilowym odstępstwem.
- Spotkałem się z argumentami, że to, co ja proponuję w mojej książce, to jest jakiś rodzaj utopii, program nie do zrealizowania. Tymczasem utopijne jest właśnie przekonanie, że status quo będzie trwało wiecznie. Bo wyobraźmy sobie to pokolenie na śmieciówkach za jakieś 30 lat, kiedy będzie przechodziło na emerytury. Ja ze swoją pensją uniwersytecką może będę miał 800 zł emerytury. Nie wiem, jak za to przeżyję, ale wiele osób będzie miało jeszcze gorzej. Tak samo źle wyglądają perspektywy dotyczące samych relacji pracy: nowe miejsca pracy są często nisko opłacane i niestabilne. Jak będzie wyglądał ten kraj za 30 lat? 80 proc. pracujących na śmieciówkach za ekwiwalent płacy minimalnej? To będzie kompletna katastrofa.
To nie jest tak, że nie widzę w naszej obecnej sytuacji pozytywów. Siła krytycznego myślenia, które jest częścią tradycji kultury europejskiej, polega na tym, że potrafiliśmy zinternalizować pewne mechanizmy krytyki samych siebie: wszystko można postawić pod znakiem zapytania i są ludzie, którzy nie tylko afirmują (jak adoratorzy władzy, którzy zawsze będą nam wmawiać, że jest cudownie), ale poddają pewne mechanizmy władzy krytyce. I dla mnie to krytyczne myślenie jest właśnie pierwszym punktem oporu wobec tego, co się obecnie dzieje. Zdobycze socjalne zachodnich państw dobrobytu są efektem właśnie oporu społecznego - ludzie to sobie wywalczyli: nie będziemy pracować poza godzinami pracy za darmo, chcemy płatnych urlopów, chcemy mieć tyle i tyle wolnego, chcemy ubezpieczeń zdrowotnych i emerytalnych itp. Tymczasem w Polsce opór jest mizerny. Statystyki mówią, że jedynie 5 proc. pracodawców czuje presję związaną z podwyżkami. W takiej sytuacji będziemy krajem wiecznie kręcącym się po półperyferiach nowoczesności, zwanych średnim poziomem rozwoju.
Więcej: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,1382 ... tml#TRwknd
white_lake
mamy w Polsce mądrych ludzi, ale słucha ich tylko garstka, a rozumie jeszcze mniej, i są to ludzie bez żadnego wpływu na rzeczywistość
masa ogłupionych konsumcją jednostek jest bezmyślna i głosuje na cynicznych oszustów, którzy rządzą po swojemu
-----------------------
alt-stettin
Kiedyś szansy na zmianę upatrywałem w mijającym czasie. W przemianie pokoleniowej. W tym, że młodzi ludzie w końcu zastąpią zdegenerowane mentalnie i światopoglądowo pokolenie Polaków wychowanych, dorastających i spędzających znaczną część dojrzałego życia w czasie istnienia PRL.
---------------------------
veryok
Polacy nie sa zmeczeni, sa syci i glodni jednoczesnie. Na tyle nazarci by dupy nie ruszyc z kanapy i na tyle glodni by harowac na nastepne gadzety.
Opinie o bezczelnych elitach popieram, probelm w tym, ze oni nieczego nie czytaja poza slupkami sondazowymi. Nie czytaja pana panie Sowa, ale wierza ze sa szlachta
-----------------------
Piotr Weg
Wreszcie mądry człowiek, który dostrzega syndrom drugiej Grecji:)
Oby nie skończyło się na "Odprawie posłów greckich"
==============================

Pierwszy rozdział twojej najnowszej książki, „Inna Rzeczpospolita jest możliwa”, nazwany „Dzisiaj w Polsce”, to ponad 30 stron dość dołującej diagnozy dotyczącej kondycji naszego społeczeństwa. Jest słabo: „masowa emigracja, zapaść demograficzna, niewydolność instytucji publicznych, moralne bankructwo Kościoła katolickiego, afery, chaos i brzydota polskich miast”. Ciarki przechodzą, kiedy uzmysławiasz sobie siłę tego negatywnego spiętrzenia. Jest aż tak źle?
- Powiem ci, skąd to się wzięło: zewsząd dochodzą nas głosy o jakoby fantastycznej kondycji naszej gospodarki, o tym, że na tle Europy jesteśmy zieloną wyspą...
No właśnie! Jest przecież idealnie!
- Niby tak, zgodnie z pewnymi wskaźnikami, którymi władza lubi epatować. Ale są też inne dane, naprawdę alarmujące, na przykład spadek zaufania społecznego. Bardzo ciekawa była dla mnie lektura komentarzy pod artykułami dotyczącymi emigracji, które się ostatnio przetoczyły przez polską prasę. Ludzie wylewali tam cały swój żal pod adresem naszego państwa. Ja sam zresztą zupełnie prywatnie mam wrażenie, wynikające z faktu mieszkania w tym kraju, że ludzie w Polsce zwyczajnie się nie lubią: na dzień dobry doświadczasz agresji, nie mówiąc o tradycyjnym „spierd***j”.
Z niektórych badań, na przykład diagnozy społecznej zespołu prof. Czapińskiego, wyłania się obraz Polski jako kraju coraz bardziej szczęśliwego, przy czym metodologia tych badań jest dla mnie, jako psychologa z pierwszego wykształcenia, wątpliwa. Gdy pytamy ludzi, czy są szczęśliwi lub zadowoleni, to właściwie nie wiemy, co badamy - ich szczęście czy tendencję do tego, żeby pokazać się z dobrej strony. Kto się przyzna, że jest nieszczęśliwy? W dodatku w ankiecie? Chyba tylko ktoś w bardzo złej kondycji psychicznej. Więc równie dobrze można powiedzieć, że Polacy wcale nie są szczęśliwsi, a tylko nauczyli się reguł autoprezentacji. Lepiej jest przyglądać się wskaźnikom, które dają pośrednio wgląd w sytuację, na przykład poziom zaufania lub agresji w społeczeństwie.

Ale poziom agresji jest wynikiem poziomu frustracji. Agresja jest tylko skutkiem.
- Oczywiście. Dlatego ja się przyglądam naszym niechlubnym statystykom Polski: jeden z najwyższych w Unii Europejskiej odsetek ludzi pracujących za płacę minimalną, jedna z najniższych stawek na godzinę. Dodajmy do tego wahającą się między 20 a 30 proc. stopę bezrobocia wśród młodych ludzi i coraz większą grupę, znów głównie młodych, należących do prekariatu, czyli pracujących na podstawie różnych niestabilnych form zatrudnienia (tzw. śmieciówki). Nie wygląda to wszystko różowo. Nawet nie zielono. Co najwyżej czarno.
Ekonomiści cały czas epatują wzrostem PKB - zgoda, w dłuższej perspektywie czasowej ten wzrost jest ważny, chociaż doraźnie ma znaczenie przede wszystkim dla inwestorów i posiadaczy kapitału, pokazuje krótkoterminową koniunkturę. Z punktu widzenia życia konkretnego człowieka o wiele ważniejszy jest poziom bogactwa, a nie wzrost PKB. Co z tego, że Polska ma 3 proc., a Niemcy 1 proc., skoro Niemcy są od nas dziesięciokrotnie bogatsi, jeśli weźmiemy pod uwagę właśnie już zakumulowane bogactwo. Propaganda sukcesu, którą uprawia władza, jest nie tylko nieprawdziwa, ale niebezpieczna. Ona nie rozwiązuje żadnych problemów, a tylko przemieszcza niezadowolenie gdzieś indziej - napędza różne nasze paranoje i teorie spiskowe, ekstremizmy nacjonalistyczne i faszystowskie, skłania ludzi do emigracji. W ciągu ostatnich 10 lat wyjechało z Polski 2,5 mln ludzi. Chociaż pracują często poniżej swoich kwalifikacji, są zadowoleni nie tylko z zarobków - oni są zadowoleni z pewnego komfortu społecznego, który dzięki temu osiągnęli: poczucia, że im się dobrze żyje.
Niedawno przeczytałam podobny list, w którym świeżo upieczony emigrant mówił o tym, że to, czego brakowało mu w Polsce, to wcale nie aspekt materialny, tylko szacunek dla drugiego człowieka, którego w naszym kraju nie doświadczał. Z kolei motto twojej książki, zaczerpnięte z inskrypcji na pomniku gdańskich robotników, brzmi: Oddali życie, abyś ty mógł żyć godnie. Kwestia godności to powracający podczas spotkań autorskich z twoich udziałem temat. Nieprzypadkowy...
- Weźmy na przykład godność pracy. Jeszcze nie tak dawno nasz były premier Donald Tusk sam mówił, że praca na tzw. umowach śmieciowych to praca odarta z godności. To dotyczy 40 proc. młodych ludzi! Wyobraźmy sobie skalę tego problemu!
Ale „niepostrzeżenie” śmieciówki stały się standardem, a nie chwilowym odstępstwem.
- Spotkałem się z argumentami, że to, co ja proponuję w mojej książce, to jest jakiś rodzaj utopii, program nie do zrealizowania. Tymczasem utopijne jest właśnie przekonanie, że status quo będzie trwało wiecznie. Bo wyobraźmy sobie to pokolenie na śmieciówkach za jakieś 30 lat, kiedy będzie przechodziło na emerytury. Ja ze swoją pensją uniwersytecką może będę miał 800 zł emerytury. Nie wiem, jak za to przeżyję, ale wiele osób będzie miało jeszcze gorzej. Tak samo źle wyglądają perspektywy dotyczące samych relacji pracy: nowe miejsca pracy są często nisko opłacane i niestabilne. Jak będzie wyglądał ten kraj za 30 lat? 80 proc. pracujących na śmieciówkach za ekwiwalent płacy minimalnej? To będzie kompletna katastrofa.
To nie jest tak, że nie widzę w naszej obecnej sytuacji pozytywów. Siła krytycznego myślenia, które jest częścią tradycji kultury europejskiej, polega na tym, że potrafiliśmy zinternalizować pewne mechanizmy krytyki samych siebie: wszystko można postawić pod znakiem zapytania i są ludzie, którzy nie tylko afirmują (jak adoratorzy władzy, którzy zawsze będą nam wmawiać, że jest cudownie), ale poddają pewne mechanizmy władzy krytyce. I dla mnie to krytyczne myślenie jest właśnie pierwszym punktem oporu wobec tego, co się obecnie dzieje. Zdobycze socjalne zachodnich państw dobrobytu są efektem właśnie oporu społecznego - ludzie to sobie wywalczyli: nie będziemy pracować poza godzinami pracy za darmo, chcemy płatnych urlopów, chcemy mieć tyle i tyle wolnego, chcemy ubezpieczeń zdrowotnych i emerytalnych itp. Tymczasem w Polsce opór jest mizerny. Statystyki mówią, że jedynie 5 proc. pracodawców czuje presję związaną z podwyżkami. W takiej sytuacji będziemy krajem wiecznie kręcącym się po półperyferiach nowoczesności, zwanych średnim poziomem rozwoju.
Więcej: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,1382 ... tml#TRwknd
