Staruszka
Mój pierworodny był niemal od urodzenia "miejskim dzieckiem". Wszędzie prowadzony za rączkę. - Nie biegnij tak szybko, bo się przewrócisz, - nie wchodź tam, bo spadniesz - słyszał ode mnie nader często. Kiedy miał sześć lat, wynajęliśmy na lato dom na wsi. W sąsiedztwie mieszkało kilka wielodzietnych rodzin. Zaczęłam zapraszać te dzieci do nas, żeby młody miał się z kim bawić. One (niektóre młodsze niż mój syn) spacerowały samopas po wsi. Ja swojego dziecka nie wypuszczałam poza ogrodzenie, a kiedy wybierałam dom pod wynajem fakt istnienia tego ogrodzenia był dla mnie jednym z priorytetów. Wkrótce bawiło się na naszym podwórzu pół wsi. Obserwowałam dzieci podczas zabawy i mojego syna między nimi. Był inny i zaczęło mnie to martwić. Mniejsze od niego wspinały się na drzewa, wisiały na trzepaku, robiły fortece ze starych opon i wspinały się na jej szczyt, a moje dziecko stało na dole i patrzyło. Widać było, że się boi. Zrobiłam rachunek sumienia - moja wina. Od tej pory zmieniłam stosunek do wychowania dzieci. Spróbowałam nie przelewać swojego lęku o dzieci na dzieci i to podziałało. Już dwa miesiące później moje dziecko biegało tak jak inne i wspinało się na drzewa. Kolana były poobijane, buzia umorusana, ale uśmiechnięta. Dziś mój syn jest już dorosły, mam za sobą cały etap dorastania i wszystkie "pierwsze razy", wybory mojego dziecka - wybory kolejnych szkół, pierwsze dziewczyny, pójście na studia, pierwsze prace, zamieszkanie z ukochaną:) Wszystko to były jego wybory, choć nie raz korciło mnie, żeby temu, czy tamtemu zapobiec. Czasem zdarzyło mi się próbować coś mu podpowiedzieć, ale nie na siłę. Kosztowało mnie to chwilami bardzo dużo strachu,obaw, nerwów, ale dzięki temu moje dziecko jest samodzielne.
==========================
Od kilku dni wśród znajomych krąży tekst z bloga Taty-Zucha o tym, że nie pozwalając dzieciom na niebezpieczne zabawy (tzn. takie, które wymagają od dziecka przejęcia jakiejś odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo) wychowujemy "przegranych". Notka nie nowa, bo ze stycznia, ale teraz jakoś "zaskoczyła" - może dlatego, że temat trzymania dzieci pod kloszem i refleksja, że to im wcale nie służy, znalazły się na fali.
Wystarczy wpisać w Google'a frazę "overprotected children/kids" a dostaniemy dziesiątki wyników z zachodniej prasy i serwisów parnetingowych. Nagle zorientowaliśmy się bowiem, że dzieciństwo naszych dzieci bardzo różni się od naszego - na niekorzyść. Że postęp technologiczny jest super, ale nic nie zastąpi łażenia po drzewach i łobuzowania z kolegami. Że w swoim staraniu o zapewnieniu dzieciom jak najlepszej edukacji i bezpieczeństwa nieco się zagalopowaliśmy - wozimy dzieci na dziesiątki zająć pozalekcyjnych, ale nie pozwalamy im pójść do sklepu po chleb. Bo na to nasze znające języki, jeżdżące konno i grające na pianinach dzieci są zwyczajnie za głupie. Nie poradzą sobie. Samochód je przejedzie. Pani w sklepie nie wyda reszty. Ktoś je porwie (pedofil czuwa!). Kupią zły chleb. Tak, zagrożeń jest wiele. Część wyolbrzymiona lub wyimaginowana.
O tym, że warto przełamywać w sobie te rodzicielskie lęki i pozwalać dzieciom robić rzeczy (w miarę) niebezpieczne mówi cytowany przez Zucha wykład Gavera Tulleya, autora książki "50 niebezpiecznych rzeczy, na które powinieneś pozwolić swoim dzieciom". Notabene w tym roku na warszawskim TEDx był bardzo interesujący wykład Marii Mach o tym, że warto "zdrowo zaniedbywać" dzieci - bo one na tym zyskują. Uczą się samodzielności i odpowiedzialności za własne czyny. A tego nie dadzą im żadne opłacone przez nas zajęcia pozalekcyjne. Paradoksalnie, lepiej być - w rozsądnym stopniu, rzecz jasna - rodzicem "leniwym". Bo kiedy przestajemy dzieci we wszystkim wyręczać, dajemy im szansę na samodzielność. Kiedy zaś przestajemy je chronić przed każdym możliwym niebezpieczeństwem - dajemy im szansę wzięcia odpowiedzialności za siebie. Przejęcia kontroli. I poniesienia konsekwencji złych wyborów, a jakże.
Oczywiście, to jest trudne. Wiem to, bo ze ściśniętym sercem patrzę jak moje córki, wrzeszcząc "wyżej, wyżej!", każą się swojemu tacie bujać na zawieszonej na drzewie huśtawce. Takiej bez oparcia, zabezpieczeń i w ogóle - zgroza. Bo kiedy ja je bujam narzekają, że za nisko, za słabo. I że tata buja lepiej. No cóż - niech buja. Nie będę bronić. Ale patrzeć - też nie. Podobnie jak na świeżo odkrytą zabawę: przełażenie górą przez wysoką bramę. W kaloszach - bo to super wygodne obuwie do wspinaczki. Wyobraźnia podsuwa mi milion koszmarnych obrazów, ale tłumię je, nie patrzę, pozwalam się bawić. Bo pamiętam, gdzie sama jako dziecko właziłam i skąd spadałam ("Mamusiu, opowiesz jak spadłaś z jabłonki i uderzyłaś głową w stolik? Mamusiu, prooooszę" - mówi starsza córka z szelmowskim uśmiechem, włażąc na drzewo).

źródło: http://foch.pl/foch/1,132036,15841071,N ... #MlynHPSST











