Przeważnie tyram
Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński: Jak wygląda życie zamożnego człowieka? Na liście stu najbogatszych "Wprost" jest pan siódmy, "Forbes" daje panu dziesiąte miejsce. Majątek od 1,5 do 2 mld zł
Dariusz Miłek: Panowie wiedzą, jaką wartość merytoryczną mają te listy? Powiedzmy więc delikatnie, że niewielką. A odpowiadając na pytanie: przeważnie tyram. Mój komfort polega na tym, że robię to, kiedy chcę. Bo kiedy nie chcę, nie tyram. Częściej jednak pracuję, bo chce mi się pracować, chociaż mógłbym już odpocząć.
Miał pan w tym roku wakacje?
- Takie, jak lubię - trzy, cztery dni.
A takie, że pana nie ma przez miesiąc? No, dwa tygodnie?
- Raz byłem na Wyspach Kanaryjskich przez dwa tygodnie. Żona mnie wyciągnęła. Prawie całe wakacje spędziłem w budce telefonicznej, bo to było z dziesięć lat temu, kiedy komórki nie były powszechne. Brałem w garść monety i chodziłem do budki załatwiać interesy: a czy ten i ten odebrał towar, a co trzeba zamówić? Itd.
Co dziś pan robił po przebudzeniu?
- To, co zwykle. W Białej Podlaskiej widziałem dwa sklepy i potencjalną lokalizację pod trzeci, w Międzyrzeczu, Radzyniu, gdzie przejmuję franczyzę, Łukowie, Sielcu oraz Mińsku Mazowieckim. W sumie widziałem dziś 18 swoich sklepów.
Wszystkie lokalizacje sprawdza pan osobiście?
- Większość. Inwestuję w sklep 500 tys. zł i podpisuję dziesięcioletnią umowę. Mogę na nim zarobić pół miliona albo stracić 200 tys. To jak mam go nie obejrzeć?
Tylko swoje sklepy pan ogląda?
- Cudze też. Lubię tę robotę. Wszedłem dziś na przykład do sieciowego sklepu odzieżowego. Załoga snuła się jakoś leniwie, sprzedawca pił kawę, nie zwracając uwagi na klientów. Właściciel jeszcze nie wie, że ta lokalizacja będzie porażką. Ja tak.
Pomówmy o bogactwie. Ma pan samolot...
- To nie bogactwo, tylko narzędzie pracy. Dzisiaj jestem w Warszawie, za chwilę na Węgrzech, potem w Bukareszcie. Zabieram pięciu menedżerów i lecimy na rozmowy. Wracamy wieczorem. Następnego dnia w samolocie jest pięciu następnych menedżerów i kolejny lot. Ewentualnie daję samolot swoim ludziom. Jakbym wysłał człowieka lotem rejsowym, dajmy na to, na Litwę czy Łotwę, to by mi dzień leciał, dzień wracał i dzień prowadził rozmowy. I jeszcze wrócił zmęczony i narzekał. Godzina lotu kosztuje mnie tysiąc euro.
Więcej: http://wyborcza.pl/magazyn/1,126715,131 ... ram.html[i][/i]





