44444 forum LUBIN.pl • Wspomnienia kierownika wesołej budowy...
Strona 1 z 2

Wspomnienia kierownika wesołej budowy...

: 22 sie 2007, 09:33
autor: NEVIL
Jeśli nie jesteś budowlańcem i kochasz swoją pracę, to nie czytaj tych autentyków. Istnieje bowiem bardzo duże prawdopodobieństwo, że po przeczytaniu zechcesz zostać kierownikiem budowy.

Autorem wszystkich tekstów jest ,,lansky".


==============================================================

Budowa mostku w jednej pipidówie. Stary most wysadzony dynamitem, przez rzeczkę przerzucona prowizorka dla pieszych. Na kładce stoi kierownik budowy (to ja) wk***ony do łez z jakiegoś powodu, którego nie pamiętam. Koniec szychty, do pracy przychodzi stróżka - nudna baba cierpiąca na nieuleczalne rozwolnienie werbalne. Podchodzi do mnie i jak zwykle nawija a ja jak zwykle kombinuję jak ją zbyć. Dialog (w oryginale po śląsku):
- He kierowniku a ja jeszcze pamiętam jak ta rzeczka była czysta i żyły w niej bobry i ryby i raki ale wie kierownik to było bardzo dawno jak jeszcze byłam mała...
Ja jej wchodzę w słowo i odpalam:
- Tiaa a jeszcze dawniej to po tych łąkach biegały dinozaury!!
Ona zamilkła, patrzy na mnie i mówi:
- A tego to prawie nie pamiętam, bo wie pan, ja wcześniej to mieszkałam w sąsiedniej wsi...

* * * * *

Ej z tymi stróżami na budowie to ja miałem. Jeden z nich (robotnicy nazywali go Skunks, zgadnijcie czemu) miał zwyczaj w nocy podkradać im cukier i kawę ze słoików. Pewnego razu - godzina siedemnasta a jego nie ma. Zadzwoniłem po zmiennika - przyszedł, a brygada do domu. Drugiego dnia to samo - Skunksa nie ma w pracy, zmiennik przyszedł a brygada do domu. Trzeciego dnia pod szychtę już się lekko zapieniłem i zajechałem do niego do domu. Otwiera mi żona (Skunksowa... słowo... Od razu poznałem...). Pytam co z nim a ona mówi:

- Panie on już trzi dni mo taki drapszajs że mu za pierona nie pozwola z kibla wstować bo zaroz mom brunotne szlajfy na zolu...*

No cóż, człowiek chory - trudno. Jadę z powrotem na budowę a moje chłopki rotflują na podłodze w pakamerze.

- Co jest k***a pytam grzecznie.

Dopiero po tygodniu mi powiedzieli, że do cukru który Skunks kradł w nocy spawacze dosypali boraksu w stosunku 1:1...


*Panie on już od trzech dni ma takie rozwolnienie, że nie pozwalam mu za nic wstawać z toalety bo od razu mam na podłodze brązowe smugi.

* * * * *

A na jedną budowę przypałętał się do nas pies - mały pokraczny pokurcz. Moje Czerwone Brygady nazwały go Łachudra. Cieśla zrobił Łachowi budę ze sklejki pod pakamerą, dostał miskę i obrożę ze sznurka i wszystko byłoby słodko, gdyby nie to, że Łachu był straszliwą fleją i nie mógł się nauczyć srać w jednym miejscu.
Stróżem na budowie był mały długowłosy gnom bez zębów, którego nazywali Renegat, bo zawsze na szychtę przyjeżdżał na Komarku.

Renegat miał obowiązek w ciągu nocy robić obchód placu i z reguły to czynił, a dowodem były kaktusy Łachudry, które rano ostentacyjnie i z niemym protestem na twarzy zdzierał z butów.
Pewnego ranka przyjeżdżam na budowę, a tu w misce Łacha leży wielka, tłusta i na oko świeża wędzona makrela. Co jest kurde, myślę - dostawać dostawał ale z reguły jakieś resztki ze śniadania. Kto mu to dał? Chyba nie Renegat, bo go nie cierpiał.
Renegat podchodzi, zadowolony z siebie, i mówi:

- Jo mu to doł! Czytołech, że w rybach je fosfor i żech se pomyśloł, że jak sie pieron ryba zje to mono te gówna bydom w nocy trocha świecić...

* * * * *

Roboty rozbiórkowe na moście siarczystą zimą. Czerwone Brygady czasowo w niebieskich kufajach i uszankach, kują beton młotami pneumatycznymi. W zimie wilgoć zawarta w sprężonym powietrzu zamarza i młoty, jak to się mówi, "nie pierą".
Rada na to jest prosta - nie żadne smarownice czy inne tam magiczne wynalazki, tylko po prostu odkręca się wąż powietrzny i wlewa do młota trochę denaturatu - i po 5 minutach można normalnie pracować dalej. Metoda dobra, a że trochę śmierdziało, to już trudno. Podobno od smrodu jeszcze nikt nie umarł hiehie. Ale waliło od nas na całą wieś..
Obok budowy był sklep. Codziennie rano chodziłem tam - czasem jeszcze przed otwarciem, od tyłu - i kupowałem pięć - sześć flaszek denaturatu. Pewnego razu właściciel sklepu - zamiast, jak zwykle podać mi butelki, skasować forsę i schować się do ciepłego - wciągnął mnie do środka i powiada:

- Chopie jak wos na tyj budowie nie styko na gorzołka, to jo wom dom na krecha, ino nie pijcie mi tego...

* * * * *

Pewnego razu niewielka lokalna powódź zalała nam plac budowy. Zaalarmowali mnie, przyjechałem w niedzielę po południu razem z częścią Czerwonych Brygad, żeby jeszcze coś próbować uratować. Kierowcy kazałem wrzucić na Stara lekką łódkę z laminatu, która doraźnie służyła jako piaskownica wnukom brygadzisty, do tego wiosła, kamizelki i takie tam.
Plac znajdował się za wałem, w takim jakby zakolu bez odpływu, przy samej rzece, tak że fale nie szły już i woda była spokojna. Plac był zalany do poziomu gdzieś półtora metra - metr sześćdziesiąt. Pływamy łódką, łowimy co się da - jakieś kantówki, bale, puste i pełne beczki - wszystko, czego jeszcze woda nie zabrała, i holujemy to na suche. Jedni łowią, drudzy ładują na samochód, i tak na zmiany. Kierownik też dla kondycji postanowił se powiosłować.
Zeszło nam parę ładnych godzin i zaczynało zmierzchać. W łódce płynąłem z niejakim Gutkiem - ja wiosłowałem, a on trzymał towar na linie. Naraz Gutek strzelił karpia, otwarł oczy tak, że mu mało nie wypadły, podniósł drżącą rękę i pokazywał na coś za moimi plecami, mówiąc:

- Dydydydydydydydy.............

a blady był jak śmierć na urlopie.
Odwróciłem się i też się przestraszyłem - na powierzchni wody poruszała się ludzka głowa...

Po dłuższych oględzinach pokazało się, że głowa porusza się mniej więcej pionowo. Postanowiłem podpłynąć i obadać zjawisko, nie zważając na protesty Gutka, który klekotał zębami jęcząc "Zzzzzzzzzooommmmmmmbiiiiiiii..."

Okazało się, że to stróż szedł do pracy... Nawalony w drebiezgi... Nawet nie zauważył, że wlazł po szyję w wodę...

A na dodatek za kierownicę prowadził rower.

Cdn :usmiech:

: 23 sie 2007, 08:44
autor: NEVIL
Jeśli po poprzedniej porcji autentyków z budowy nie ogarnęła cię chęć zmiany pracy. To po przeczytaniu poniższych będziesz mieć pewność, że zawód to masz źle wybrany... ;)

Wśród różnej maści ewenementów przyrodniczych, tworzących moje Czerwone Brygady, wyróżniał się - tak osobowością jak i urodą - niejaki Lechu, zwany "Nafta". Urodziwy to on był nad wyraz - twarz jak murzyński sandał, jedno oko na Maroko, drugie na Zanzibar, ale ukoronowaniem wszystkiego był NOS. Nos miał Nafta jak diabeł ch*ja, wielki, przepastny i czerwony, z dziurkami o średnicy pingponga. Ile razy kichał, bałem się, że mu mózg wypadnie... To tyle tytułem wstępu.

Budowa mostu przez Odrę - szczere pole dookoła, zimno jak szlag, śnieg leży. Przerwa śniadaniowa. Czerwone Brygady miały fajną ciepłą pakamerę, a u mnie właśnie nawalił grzejnik, więc pomyślałem, że pójdę do nich zjeść. Wychodzę od siebie, patrzę - Nafta siedzi na ławce przed budą i zajada kanapkę, o ile można tak powiedzieć o kimś, kto miał po jednym zębie w każdej szczęce.

- Czemu Lechu siedzisz na mrozie?
- A bo mie wyp***lili z budy te ch*je dzięcioły jedne.
- A czemu?
- A bo im wadziło żech sie dropoł.

Wchodzę i pytam o co biega. No co k**wa jest, kierownik pyta to odpowiadać. Brygadzista mówi:

- A weź sie pan łodwróć i wejrzyj se pan na dźwierze...


Hehe... Najpierw trochę mnie zemdliło, ale opanowałem odruch zwrotny i wypytałem ich co i jak.

Okazało się, że Nafta siedział w swoim normalnym filozoficznym zamyśleniu na swoim miejscu na końcu budy... pakował dwa paluchy do swojego meganochala... kręcił z tego kulkę... i przez całą budę strzelał w drzwi... Podczas gdy wszyscy inni jedli... Bosheeeeee... Drapał się, owszem, ale gdzie?!

A kulki, wciąż przyklejone do drzwi, były wielkości groszków...

* * * * *

Pomysłowość, jaką Czerwone Brygady wykazywały w sytuacjach ekstremalnych, zaiste była godna podziwu.
Nowa budowa, sam początek – stoi tylko buda, latryna i skrzynka z prądem. Dzień znamienny -13 czerwca, czyli imieniny Antoniego. W Czerwonych Brygadach jest trzech Antonich, więc po szychcie zostaję zaproszony na sznapsa. Zasiadamy w budzie (jakieś 12 osób), zapalamy po szlugu, pierwszy Antoni odbija flaszkę – i konsternacja, bo okazało się, że nie ma do czego nalać. Jedyne, co mamy, to litrowy garnczek z obitą emalią , a z takiego naczynia pić wódki się przecież nie godzi, a już (cytat) "Na pewno k**wa nie przy kerowniku". Dyżurne kieliszki były zawsze z pietyzmem przechowywane w apteczce, a apteczka została na bazie…
Krótka burza mózgów, wspomagana soczystymi werbalnymi dynamizatorami – i brygadzista wpadł najwyraźniej na jakiś pomysł, bo uśmiechnął się chytrze i wyszedł. Po chwili wrócił, a kiedy zademonstrował swoją zdobycz, otrzymał „standing ovation”… Sześć flaszek wódki ’Dracula’ migiem się rozeszło…

A ja pierwszy raz w życiu piłem wódkę z migacza, odkręconego z traktora…

* * * * *

Wypadki na budowie niestety się zdarzają. Moje Czerwone Brygady (choć z reguły robiły wszystko, żeby nie ulec wypadkowi, czyli po prostu migały się od roboty) czasami również się gdzieś tam obiły, podrapały czy wlazły na jakiś gwóźdź.

W takich przypadkach zgłaszało się wypadek, po czym na budowę przyjeżdżał funkcjonariusz BHP, który spisywał protokół powypadkowy. IQ tego gościa było chyba niewiele wyższe niż temperatura ciała, toteż Czerwone Brygady nazywały go krótko a dosadnie: "Behapizda" (pardon my French).

Kiedyś przy robotach zbrojarskich chłopki przeciągały pręty zbrojeniowe z wiązki pod nożyce, jakieś 20 metrów po równej drodze. Jeden się potknął i rozbił sobie ryja . Nic wielkiego, obmył się, zdezynfekowałem mu przygryzioną wargę wodą utlenioną i nazad do roboty, ale wypadek trzeba było zgłosić.
Wzmiankowany funkcjonariusz behape pojawił się po dwóch dniach, jak zwykle oszołomiony poczuciem misji. Wezwał poszkodowanego i świadków, przesłuchał, a jakże, i popełnił protokół. Oryginał zabrał, a kopię dostałem do akt budowy.

Przeczytałem go i walnąłem takiego rotfla, że o mało nie musiałem znów zgłaszać wypadku...

W protokole stało jak wół: PRACOWNIK DOZNAŁ URAZU WARGI WSKUTEK CIĄGNIĘCIA DRUTA.

* * * * *

Zima siarczysta, Czerwone Brygady teoretycznie pracują przy budowie wiaduktu nad torami kolejowymi, a praktycznie głównie spożywają konserwę tyrolską i herbatę z prądem i grają w pakamerze w skata o tytuł mistrza galaktyki.
Nie słyszeliśmy wcześniej, żeby gdzieś ktoś taki turniej ogłosił, więc poczuliśmy się w obowiązku to zrobić – otwarty, a co, bez wpisowego nawet, każdy mógł się zgłosić… Nawet Darth Vader, Ósmy Pasażer Nostromo czy Motomyszy z Marsa, gdyby miały ochotę. A że nie przyszli, to ich strata. Ale mniejsza z tym.
Czas na budowie miło płynął od 7 do 15. Ech, milutko się pracowało – piecyk w rogu, herbatka na stole, i te emocje: Schell! Herz! Einfach! Gran! Nulover!...

O piętnastej przychodził stróż. On w skata co prawda nie grał, za to umilał sobie czas w inny sposób – przy pomocy wody nie bardzo ognistej, której przynosił zawsze z sobą minimum 4 butelki.
Pakamery mieliśmy jeszcze wówczas nie schludne kontenerowe, tylko wielkie i ciężkie jak cygańskie wozy, ciągnięte na kołach. Wchodziło się do tego po drewnianych schodach.

Któregoś ranka po przyjeździe na budowę – było jeszcze ciemno - zabieram się do wchodzenia po oblodzonych schodach do mojego „biura”. Stróż stoi w drzwiach w obłoku piwnych oparów, z milutkim, szczerym uśmiechem na twarzy.

- Ostrożnie, bo ślisko – ostrzega mnie przyjaźnie.

Faktycznie, ślisko jak szlag, wchodzę, trzymając się poręczy. Stróż idzie do domu, krok na schodach i sruuuuuuu - poleciał… Wstaje, otrzepuje się i powiada z tym samym radosnym, szwejkowskim uśmiechem:

- Tyle dobrze, że już zamarzło…

Clue tego dowcipu zrozumiałem dopiero, kiedy nieco się rozjaśniło i zobaczyłem, że lód na schodach był ŻÓŁTY… Ten przemiły higienista, żeby się nie przeziębić, ilekroć go piwo do tego zmusiło - wystawiał tylko małego przez szparę w drzwiach i lał po schodach…

Heh… I tak miał szczęście, że się kiedyś przeciąg nie zrobił… Aua….

* * * * *

O Nafcie, jego urodzie i jego imponującym kicholu już pisałem. W każdym razie gość miał twarz jak tatarskie siodło, a nos jak komin pancernika.
Jak ktoś zna drogę z Katowic na Wisłę, to może sobie przypomina skrzyżowanie do Palowic między Woszczycami a Żorami, na którym zawsze stoją importowane panienki. Kiedyś wracaliśmy z budowy i Nafta się uparł, że się potarguje.
Czerwone Brygady zamarły w przeczuciu świetnej zabawy. Kierowca zatrzymał się przy najbliższej panience, a Nafta przez uchyloną szybkę rozpoczął negocjacje.

- Skolko w paszczu?

Panienka patrzy na niego, myśli chwilę i mówi:

- Jesli u tiebia ch*j takoj kak nos, sprasi u karowy...

Nafciarz walnął karpia, a rotfl z tyłu lublina skończył się dopiero po dwudziestu kilometrach.

Cdn :usmiech:

: 24 sie 2007, 07:39
autor: NEVIL
W dzisiejszej odsłonie dowiemy się, jak istotny jest właściwy poziom edukacji, poznamy sztukę doboru ozdoby do osobowości oraz przypomnimy sobie, ile w naszym życiu znaczą zasady...

Obrazek



Pewnego pięknego lata firma miała betonowanie sporego obiektu gdzieś w Małopolsce. Tysiąc paręset metrów sześciennych betonu - jakby nie liczyć, wychodziło ponad 40 godzin roboty. Praca na zmiany - jedni schodzą, drudzy wchodzą, gruszka za gruszką, kubik za kubikiem, hałas, upał, pot cieknący nogawkami - i tak po 10 godzin, do obłędu. Byłem tam razem z moją brygadą zaproszony na "gościnne występy", w ramach uzupełniania braków kadrowych małopolskiej grupy robót.
Zrobiła się noc. Czerwone Brygady, posilone legalnym sterydowym kurczakiem z hipermarketu i mniej legalnymi płynami z zapasów własnych, betonują w pocie czoła. Koło północy na budowę przyjechał Jaśnie Pan Projektant.

Gościu wymaga osobnej opowieści… Teraz powiem tylko, że był butny, chamski, do wszystkich z wyjątkiem kierownika budowy zwracał się per "ty", a sam wymagał tytułowania go "panem doktorem". Największy ubaw budziła jego pieczątka, którą dumnie stemplował wszystkie papiery, czy było trzeba, czy nie. Pieczątka, z zawartymi wszystkimi tytułami oraz numerami i zakresami rzeczowymi uprawnień, podkwaszona na samym spodzie (większą czcionką) laurką pt. "RZECZOZNAWCA", również z odnośnymi numerkami - ech, pewno nikt mi nie uwierzy, ale sam mierzyłem: format paczki fajek "setek" z filtrem…
Ot, sztywny gamoń, okulary jak zakonnice w epoce Gierka, dżinsy na kant zaprasowane, a grasejował jak owa sławetna snobistyczna hrabina u Magdaleny Samozwaniec.

W projekcie - co wykrył koleś, który był tam kierownikiem - było jedno dość idiotyczne rozwiązanie. Korzystając z wizyty Jaśnie Pana Doktora na budowie, kolega wraz z inspektorem nadzoru próbował mu wytłumaczyć, ze tę rzecz trzeba zmienić, bo… No, na użytek Bojownictwa niech zostanie po prostu: bo tak.
Siedzą i konferują w pakamerze. Doktorek, kiedy się dowiedział, że jakiś gostek w gumofilcach chce mu zmieniać Jaśnie Oświecony Projekt, nabzdyczył się jak japońska ryba fugu i w ogóle nie chciał rozmawiać. Kolega gadał jak do obrazu, a on nic. I na to wszedłem ja.
Świeżo odszedłszy od betonowania, wyglądałem, hm… jak człowiek, który świeżo odszedł od betonowania. Buty uwalane betonem po cholewy, spodnie całe w betonowej ospie, ręce brudne (bom się był potknął i wsparł), żółty kask (białe były na mnie za małe), nawet okulary miałem pokropkowane chlapiącą z pompy mieszanką. Za mną wsunął się skromnie mój brygadzista i przywarował pod ścianą, jak najbliżej drzwi.
Kolega wytęża pamięć, aby wyrazić się jak najkwieciściej (innej mowy JWP Doktor nie raczył w ogóle konotować) i przedstawia mnie:

- Panie doktoszsz, pan pozwoly - to jest mój pomocnik, pan S. Ł…ski. - Kolega był bowiem z centralnej Polski i wymowę posiadał coś jak Wojciech Młynarski w swoich kuplecikach.

Doktorek spojrzał na mnie i prychnął coś w węzeł krawata. Kolega dalej swoje: a może by tak Pan Doktor raczył… a może by ewentualllnie Pan Doktor zechciał rozważyć możlywość…
Znałem sprawę i <font color=red>[...]</font> mnie brała na ten bezdenny ambicjonalny debilizm, więc popełniłem straszliwe faux pas i włączyłem się do rozmowy, dając kilka krótkich i w moim pojęciu rzeczowych argumentów. Doktor pogardliwie zlustrował moją niezbyt czystą i zabetonowaną personę, zrobił minę jak kichający mops i warknął spod górnej wargi (cytat wierny):

- Do ciebie to pewnie nie dotrze, ale żeby rozmawiać o takich sprawach, to trzeba być co najmniej inżynierem, a nie jakimś tam majstrem od gruszek…

Brygadzista wyszedł i rotflnął na wycieraczce… Nigdy mnie drań nie lubił, a że jęzor miał jak łopata, to Czerwone Brygady przez parę tygodni powtarzały to sobie jako żart sezonu…

* * * * *

Jako zbrojarz pracował w mojej brygadzie niejaki Dawid, zwany Kej-Ef-Si. Ksywa wzięła się stąd, że kiedy Dawid przyszedł pierwszy raz na budowę, któryś z Czerwonych Brygad stwierdził, że ma on na sobie dokładnie tyle samo mięsa, co smażone kurczaki z Kentucky…
Wielkoludem Dawidek - jak jego biblijny imiennik - faktycznie nie był: miał jakieś 22 lata, na oko 160 cm wzrostu, chuderlawy, wagi - góra 50 kilo. Do tego stópka numer 36, pamiętam dokładnie, bo jak mu chciałem kupić obuwie robocze, to w hurtowni patrzeli na mnie jak na debila i komentowali, że pieczątki to robią piętro wyżej.

W którymś momencie Czerwone Brygady poddały się ogólnokrajowemu trendowi i zaczęły tłumnie odwiedzać salony tatuażu. Potem każdy dumnie prezentował swoje, hm, ozdoby: jeden logo Harleya - Davidsona, inny jakąś superlaskę, jeszcze inny smoka czy - to już był totalny total w wydaniu jednego młodziaka - serducho z imieniem narzeczonej...
Biedny Dawidek chodził jak struty, bo też by sobie coś tam dał wydziarać, ale po pierwsze chyba się bał, a po drugie, jak sam się przyznał, nie umiał w oferowanych wzorach znaleźć niczego, co odpowiadałoby jego osobowości. Aż któregoś dnia…

Było upalne lato i Czerwone Brygady wykonywały zbrojarskie roboty przygotowawcze na zapleczu - czyli po prostu szykowano elementy zbrojenia do wbudowania w obiekt. Wychodzę z biura, żeby sprawdzić postępy i rozprostować trochę kości. Chłopaki w tym upale porozbierani do pasa, pot się z nich leje, ale nie ma zmiłuj, praca wre. Na jednym ze stanowisk pracuje - tyłem do mnie i całej reszty - zbrojarz Dawidek Kej-Ef-Si. Podchodzę zobaczyć, jak mu idzie:

- I jak se radzisz, Dawidek?
- Yyyy…
- Co za k**wa yyyy?! I frontem do mnie, jak gadasz.
- Yyyy, se kierownik lepiej stąd idzie.
- Nie wk**wiaj szejka, Dawidku jeden. Frontem do mnie plizzzzz. Piłeś czy ki ch*j?
- Yyy nie piłem.
- No to k**wa nie bąkaj spod pachy, tylko się odwróć, jak do mnie gadasz.
- Yyyyy…

Odwrócił się i zrozumiałem, dlaczego miał takie opory.

Na astenicznej, zapadłej klacie Dawidka, między ramionkami chudymi jak zapałki, na tle cieniutkich żeberek, wystających jak z żeliwnego kaloryfera, pyszniła się świeżo wydziarana olbrzymich rozmiarów, cynicznie uśmiechnięta trupia czacha w ciemnych okularach i wojskowym hełmie w kolorach kamo… Ale nie to najbardziej powalało, bowiem pod nią, rżniętym gotykiem, był czerwono - czarny napis BORN TO KILL.

* * * * *

Jak pamiętam, co nieco już pisałem o niejakim Nafcie, który spośród Czerwonych Brygad wyróżniał się wyjątkowo medialną urodą, celnością w strzelaniu kulkami do celu i NOSEM, który okazjonalnie pożyczaliśmy od niego jako wydech do Steyra... Teraz też będzie o nim.

Któregoś dnia skoro świt jadę razem z Czerwonymi na budowę. Mój ulubiony brygadzista prowadzi, a ja usiłuję dać się ponownie ogarnąć falom alfa, z których boleśnie wyrwał mnie budzik. Jest piąta rano, więc człowiek mało co trybi, toteż kiedy na kolejnym przystanku zobaczyłem OGOLONE i ODŚWIEŻONE oblicze czekającego na nas Nafty, sądziłem, ze nadal błądzę w "rajskiej dziedzinie ułudy"...
Dojechaliśmy na budowę. Wysiadam z samochodu i na azymut kulam się w kierunku mojego biura na kółkach i czekającego w nim czajnika i słoika z kawą. Podchodzi do mnie na miękkich nogach Nafta i tekści co następuje:

- Paniekerownikukochanyjodziśśśśśśśśśśniemogerobić.

Ja na to tradycynie i dobrotliwie, bez cienia złości:

- Do budy kufffa, arbaj na grzbiet i do gefechtu, i nie denerwuj mnie bo ci kuffffa jaja wkopię między migdałki.

Nafta (po namyśle i ukręceniu kulki):

- Alepaniekerownikukochanyjodziśnapppppppprawdeniemogerobić.

Przypomnialem sobie, że wczoraj mówił, że ma jakieś imieniny w rodzinie i że może przyjść skuty. Wzruszam ramionami i mówię:

- Dobra * * * * * * ale zapomnij ty ** * ** * że ci zapiszę jakieś godziny!
(każda gwiazdka oznacza jeden dynamizator werbalny, a podwójna ten dotyczący jego genealogii w linii żeńskiej).

Nafta wsadził dwa paluchy do nosa (oznaka najwyższego skupienia myśli) i mówi:

- Kurwaapankerowniktojessssssstniesssssprawiedliwy... Wczorajmówiłemże będęssssssssssłaby...

Hm, myślę, no niby mówił, a głośno mówię:

- Ty, kufffa, żadnych kufffa zasad kuffa nie masz...

Nafta wyjął paluchy z nosa, suknią ochędożył (tfuj....) i rzecze:

- Mom zasady.

- Masz? Jakie?

Na to mój drogi niezapomniany współpracownik wyprostował się z godnością, strzelił kulką w kierunku wschodzącego słońca, obtarł paluchy o spodnie i prawi:

- Jak godom, że pija... to pija... A jak godom, że robia... to godom...(*)

Kawa musiała poczekać, aż wyrotflowałem z krzaków. No i jak tu się na takiego gniewać?

_____
(*)Jak mówię, że piję, to piję... A jak mówię, że pracuję, to mówię...

Cdn :usmiech:

: 24 sie 2007, 16:12
autor: vendro
Przeczytałem wszystko, niezłe - czekam na więcej :D

: 24 sie 2007, 16:33
autor: hemik
Również, przeczytałem przerwałem na chwilę czytać LEM'a i tak dla odmiany przeczytałem sobie powyższe :) zabawane ;)

: 25 sie 2007, 09:21
autor: NEVIL

Jak zasłużyć na podziw podwładnych, co można sobie uszkodzić spadając ze słupa i kogo tak naprawdę dotyczą miesięczne przypadłości... Czyli śmiechoterapii budowlanej ciąg dalszy :)


W Czerwonych Brygadach panowała atmosfera dość familiarna, bo prawie wszyscy pochodzili z trzech sąsiadujących z sobą wiosek i znali się od urodzenia. Byli tam jacyś synowie czyichś tam ciotecznych szwagrów, zięciowie babki czyjejś kuzynki, bracia cioteczni i kuzyni we wszystkich możliwych liniach. Nic się przed nikim nie mogło ukryć.

Tylko Kerownik był skądinąd…

Pewnego razu, obserwując robotę, zauważyłem brak jednego z ludzi. Wiedziony nieomylnym instynktem, udałem się przez pole do najbliższego sklepu - ale nie do środka, tylko na tyły, gdzie stał betonowy "hasiok", czyli śmietnik z klapą. Instynkt mnie nie zawiódł: inkryminowany Alojzy siedział sobie pod nim z flaszeczką mózgojeba potrójnie siarkowanego, uśmiechał się wesoło i grzał gębę w słoneczku.
- Co ty, k**wa twoja * * * ** * ** ** ** *, robisz?! - pytam łagodnie, nawet specjalnie, jak widać, nie dynamizując.
- Niech się kerownik na mie nie wścieko. Wnuk mi się urodzioł, to opijom… Wiycie... Pierwszy wnuk...

Serce mi zmiękło nieco, tym bardziej, że mnie osobiście kilka tygodni wcześniej urodził się syn i pamiętałem, co wtedy wyrabiałem. A raczej nie pamiętałem, hiehiehie... Odrzuciwszy propozycję siorbnięcia siarkofruta, kazałem Alojzowi natychmiast wracać na budowę, co uczynił nawet dość prosto. Resztę dnia spędził przy noszeniu worków i nawet nie odpisałem mu godzin.
Identyczny numer Alojz wyciął nazajutrz, z tym, że przez kilka godzin nie było mnie na budowie, a majster nie miał takiego instynktu jak ja i poszedł co prawda do sklepu, ale za śmietnik nie zawędrował - toteż parującego potrójnym siarkowym czachodymem Alojza przyprowadzili na budowę dopiero pod szychtę. Ale cóż - wnuk, pierwszy męski potomek starożytnego rodu Alojzów… Zostało mu wybaczone.

Ale kiedy trzeciego dnia znów się stracił, wziąłem brygadzistę na świadka i pognałem z nim za rzeczony śmietnik, aby odnaleźć Alojza i po sprawiedliwym procesie ukręcić mu łeb przy samej kości ogonowej. Po drodze mówię:
- Ja k**wa rozumiem - cieszy się chłop, ale ileż k**wa mać można opijać wnuka?!

Brygadzista (sąsiad Alojza zza miedzy) wywalił na mnie oczy jakby pierwszy raz w życiu zobaczył białego człowieka, i mówi, nie dowierzając:
- Alojzowi sie wnuk urodzioł?
- Hmm, no świetnie się tam ponoć znacie w tej wsi, to myślałem, że pan wie… Co? A może on nie ma wnuka?!...
- No mo… ale tyn jego wnuk je już ministrantym!!!

Stanąłem na środku pola i nieomal czułem, jak mi wyrastają ośle uszy. No tak. Wnuk się urodził. Ale ja nie spytałem KIEDY… O k**wa * ** ** * * * * ** ** ** … O ja cię p***lę *** * ** ** * ** ** * * *** … Dynamizatory fruwały jak grad… Oj, przeszedłem samego siebie…

Wróciliśmy oczywiście na budowę, a po Alojza posłałem samochód. Brygadzista mówi:
- Kerowniku, jo wos podziwiom.
- Za co? - pytam mile połechtany, oczekując laurki dla swego profesjonalizmu i zdolności w dziedzinie HR.
- Bo wyście som jedynym chłopym, kierego znom, co umi godzina kląć i się nie powtarzo…

…Był to jeden z nielicznych momentów w moim życiu, kiedy brakło mi riposty.

* * * * *

Obrazek


* * * *

Jak ktoś ma pecha, to podobno nawet podczas uprawiania seksu może na gwóźdź trafić… Spawaczowi o ksywie Iksmen do łóżka co prawda nie zaglądałem, ale fakt jest faktem, że pecha chłop miał nie z tej ziemi. To wlazł na gwóźdź, to się oparzył (hitem były spalone na tyłku spodnie, kiedy przysiadł na papierosa na krawędzi świeżo przez siebie samego upalonej blachy), innym razem poraził go prąd podczas wkręcania żarówki, albo złamał palec otwierając konserwę…
Na jednej z budów Czerwone Brygady pod wodzą elektryka wkopywały słupy i wieszały na nich przewód zasilający prowizorkę. Iksmen, ponieważ był w grupie zwiększonego ryzyka, a samo jego nazwisko doprowadzało Behapizdę do stanu białej gorączki, dostał spokojne zadanie spawania kątowników na kojec dla psa naszego prezesa, więc nic mu nie groziło. Tak przynajmniej myślałem.
Pracuję sobie w pocie czoła w pakamerze nad kubeczkiem kawy, gdy nagle do środka wpadł elektryk.
- Panie kerowniku! Pódź pan wartko bo Iksmen slecioł ze słupa!
- Taki k**wa ch*j jak ogon Pokemona… Iksmen spawa kojec dla Pikusia…
- No ja… ale mi brakło chłopa to żech go zabroł…
I opowiada dalej w swoim języku, ale ja to oddam w przyzwoitej mowie zależnej:
Elektrykowi był potrzebny jeszcze jeden człowiek do naciągania przewodów, czy do czegoś tam, nie wnikałem, wiec zabrał Iksmena na moment od spawania. Iksmen naparł się, że wylezie na słup, ale spadł już z połowy drabiny, i to paskudnie - na plecy. Kiedy podszedłem, leżał na trawce i jęczał z bólu.
Natychmiast zadzwoniłem po pogotowie, kazałem go okryć kocem i czekaliśmy na karetkę. Karetka pojawiła się po dziesięciu minutach. Iksmen leżał z zamkniętymi oczami, palił papierosa i jęczał dalej, jak się zresztą okazało - nie bez powodu.
Z karetki wysiadł lekarz i pielęgniarka. Tworzyli ciekawą parę - ona wysmukła blond Nordyczka, a on - wręcz przeciwnie: niski, tęgi i… czarnoskóry. Podeszli do leżącego i pielęgniarka powiedziała kontrolnie, żeby otwarł oczy. Iksmen otwarł, spojrzał w twarz pochylonemu nad sobą lekarzowi i jęknął:

- Ojezujezujezuuuuuuu…

Lekarz pougniatał go tu i ówdzie, podniósł mu stopę, kazał poruszać palcami… W zamyśleniu potarł czoło i stwierdził:
- Ci pa…
Trochę mnie zdumiało to słowo, ale w końcu też poniekąd medyczne. W końcu, myślę, chyba wie chłop, co robi. Lekarz stoi, myśli, marszczy czoło. W końcu podniósł Iksmenowi drugą stopę z ziemi i zakonkludował:
- Ci pa…

Takiego postponowania ci.y nie wytrzymał brygadzista. Odchrząknął i stwierdził:
- Wiycie co, dochtorze, jo tam ni ma uczony, ale na moje oko to je noga, a nie c.pa…
Doktor spojrzał na niego przeciągle, po czym pochylił się ponownie nad leżącym Iksmenem i spytał

- Ci pa nabo li noga?

Ło Matko Wszystkich Kaców… Biedak nie mógł zrozumieć, dlaczego pięciu dorosłych ludzi, włączając w to umierającego przed chwilą Iksmena, kula się po glebie i pluje dookoła…

A Iksmen miał jedno pęknięte żebro. Jak go potem spytałem, czemu tak jęczał na widok Murzyna, to spojrzal na mnie przeciągle i nic nie powiedział. Ale ja byłem przekonany, że kiedy się odwróciłem, narysował kółko na czole...

* * * * *

Kiedyś byłem w jakiejś sprawie w biurze nadzoru budowy. Pracował tam niejaki pan Wiesiu, który był QS-em, czyli po ludzku - inżynierem rozliczeniowym. Człek miał niewiarygodny talent do markowania roboty i stwarzania wokół siebie aury profesjonalizmu. Musiał, bo w tym, co robił, cienki był jak żebro bakterii, a całą robotę odwalała za niego asystentka.
W związku z tym udawał wieczne zalatanie, sprawy z nim załatwiało się (dosłownie) w biegu, a na spotkanie (tzn. sześć słów zamienionych na korytarzu między biurem a kserokopiarką) trzeba było się umówić dwa dni wcześniej.
I była jeszcze pani Stasia, sekretarka, która z kolei była biurową siłą spokoju i miała dość cięty język.
Złapałem pana Wiesia między kiblem a biurem, stanąłem na jego trajektorii i nawijam coś o płaceniu. Pan Wiesiu na to nie zwalniając nawet kroku:

- Panie daj pan spokój ja nie mam czasu ja mam do zrobienia miesięczne zestawienie miesięczny raport dla inwestora miesięczne rozliczenie miesięczne wykresy miesięczny harmonogram miesięczny plan płatności miesięczną fakturę...

I na to nadziała się Staśka. Słucha chwilę i mówi:

- Wiesiu, jak ty tak dalej będziesz zap***dalał, to ino patrzeć, jak krwawienia miesięcznego od tego dostaniesz...

: 26 sie 2007, 07:55
autor: NEVIL
Czego najbardziej żałuje mężczyzna rozstając się z najpiękniejszym ze znanych nam światów, jak Brygady pojmują "męską solidarność" i czy mamy rację bojąc się diabła... To wszystko i jeszcze więcej wyjaśni Państwu sam Kerownik... ;)


Miałem kiedyś ciekawego typa jako inspektora nadzoru. Facet mówił w kilku językach, w tym po łacinie, nosił pelerynę zamiast płaszcza i był zafascynowany historią, kultura i mitologią starożytnego Rzymu. Psa (spaniela) nazwał "Kato" , syn jego miał na imię Oktawian, a sam, żeby już było do kompletu, nosił miano… Nie, nie powiem, bo już za dużo szczegółów było, a gościu chyba dalej pracuje w fachu, jeszcze ktoś go zidentyfikuje i będzie zgrzyt. Ale naprawdę - na imię miał bardzo po rzymsku i do tego Oktawiana jak ulał pasowało. Brelok do kluczy nosił w kształcie hełmu legionisty, a pod lusterkiem w jego samochodzie uroczo dyndała sławetna kapitolińska wilczyca z uwieszonymi u cycków dwoma takimi, co Rzym zbudowali…
Samochód miał oczywiście włoski - świetnej marki Cinquecento, w kolorze cesarskiej purpury (może nieco bliżej cynobru).

Pewnego razu, zwizytowawszy budowę i inskrypcyje adekwatne w dzienniku tejże piękną majuskułą poczyniwszy, owinął się peleryną jak senator togą i udał się w kierunku wzmiankowanego pojazdu. Ja siedziałem w pakamerze i jadłem bułkę z salcesonem. Wtem dźwierza mego skromnego triclinium rozwarły się z wielkim łoskotem i stanął w nich ON z rozwianym włosem, groźny jak ów centurion, co Petroniuszowi przyniósł był ongi nakaz bliższego zapoznania się z własnym mieczem. Stanął i rzecze:

- Na Jowisza… Po trzykroć k*rwa… Rydwan mi się spi*rdolił!!!

Umarłem. Ostatnią myślą było: Jakiż salceson tracę na tym świecie...

* * * * *

Kiedyś jednego sezonowego przyuważyły Czerwone Brygady, jak się w porze śniadaniowej onanizował w krzaczorach. Śmiechawa była, a jakże, i natychmiast nadali mu odpowiednią ksywę (Dżokej... hiehie...).
Na drugi dzień rano Dżokej przychodzi na budowę i chce się przywitać. Jego dialog z Lechem - Naftą:

-Graba Lechu.
-Spi*rdalaj z tą grabą, Dżokej - ja cudzych bab nie ściskam.

* * * * *

* * * * *

Nieraz zdarzało się, że po porannej odprawie musiałem na parę godzin wyjechać z budowy, żeby pozałatwiać jakieś sprawy. Zawsze w takim przypadku starałem się nałożyć Czerwonym Brygadom sporo więcej roboty, niż byli w stanie zrobić. Wiedziałem, że nadgorliwość nie była nigdy mocną stroną moich ludzi, i jak dostaną za mało do zrobienia, to zaraz po zakończeniu legną pokotem w słońcu albo zasiądą do skata, delegowawszy wcześniej jednostki mniej przedsiębiorcze po odpowiednie środki rozweselające. System sprawdzał się doskonale.
Pewnego razu wróciłem na budowę po kilkugodzinnej nieobecności. Wszyscy pracują w pocie czoła, tyle roboty, co mogli wykonać - wykonali, więc po raz kolejny pogratulowałem sobie pomysłu. Wyjąłem z auta przydziałowe dwie zgrzewki gazowanej mineralnej (było gorące lato, słońce prażyło jak na patelni) i wszedłem z nimi do budy Czerwonych Brygad, w której była lodówka. Wszedłem, spojrzałem i zdębiałem.
Na przywleczonej przez stróża leżance siedział bowiem Nafta. Właściwie to półsiedział, półleżał z głową odrzuconą na oparcie - i spał w pozycji "na popielniczkę". Jego szeroko rozdziawiony otwór gębowy celował prosto w sufit, uroczo eksponując dwa pozostałe jeszcze na posterunku zęby… Chrapał tak, że przy wydechu niemal widać było, jak przez tę hipopotamią paszczękę wypadają mu migdałki. Krążące wokół muchy najwyraźniej miały zamiar bliższego zapoznania się z wnętrzem jego jamy ustnej, toteż - mimo całego uroku tego widoku - zdecydowałem się człowieka obudzić.
Podszedłem, trącam go lekko - nic. Trącam mocniej - nic. Wsadzam mu całkiem niezłą sójkę pod żebro - nic… Tylko emanowany przy wydechu owocowy aromat pozwalał się domyślać, że to, co pił do śniadania, nie było bynajmniej maślanką. To mnie lekko podgrzało, więc potrząsnąłem nim solidnie i zadynamizowałem znacząco. Na to Nafta poruszył się, otwarł oko, podniósł głowę i już myślałem, że odniosłem sukces, ale nic bardziej mylnego. Oto bowiem głowa poleciała do przodu i śpiący zmienił pozycję z "na popielniczkę" na "na dzięcioła". Biorąc wdech spazmatycznie i skokowo podnosił opadłą na piersi głowę do pozycji mniej więcej pionowej, a przy wydechu opadała mu ona znowu, czemu towarzyszyła symfonia dźwięków wydawanych przez bezzębną paszczękę i kichawę wielkości organowej piszczały. Na dodatek przy tym opadaniu głowy olbrzymi nos dotykał dolnej wargi w sposób całkowicie urągający prawom natury. Przy próbie dokonania wdechu warga, wielkości ucha małego słonia, zatykała mu nos, więc podrywał się gwałtownie - i tak da capo…
Zrezygnowałem z prób obudzenia Nafty, za to stałem i dłuższą chwilę kontemplowałem opisany powyżej niesamowity wizualno - wokalny performance. Na to wszedł brygadzista.

- Weź no go obudź - mówię - bo ja już kuffa nie mam siły.

Brygadzista zabrał się do budzenia, a ja taktownie wycofałem się na zewnątrz. Słyszę naraz jebuduuuuuuu…..! i nieartykułowany wrzask Nafty, z którego dało się wyłowić tylko jedno cywilizowane słowo: ………waaaaaaaamaaaaaaaać! Przez uchylone drzwi słyszę dialog brygadzisty z Naftą:

- Czego k*wa ryczysz, debilu je*any?
- A bo mi się k*wa śniło że mnie dioboł dusi.
- Ty, taki stary chłop, a diobła się boisz?!
- E tam, diobła to ni… Ino on był wielki, kudłaty, broda mioł i czorne okulary… Jo myśloł, że to kierownik…

: 26 sie 2007, 20:07
autor: NEVIL
Z powodu wyjazdu, zamieszczam jeden odcinek awansem... :usmiech:

====================================================

Dziś o tym, jak łatwo i skutecznie urozmaicić wykwintne przyjęcie oraz o tym, że proste rozwiązania wcale nie zawsze są najlepsze...

Na zakończenie większych budów organizowaliśmy zwykle tzw. "elegancki raut dla dystyngowanej elyty", co w języku ogólnobudowlanym oznaczało: totalne ścięcie białka przez Czerwone Brygady w towarzystwie lokalnego sołtysa, proboszcza i dyrektora naszej grupy robót. Na ten cel szła z reguły cała wygospodarowana na budowie "lewizna", pewna dotacja od prezesa oraz niebagatelna nieraz kwota, uzyskana przez Czerwone Brygady drogą zwrotu opakowań szklanych.
Tym razem było tak samo. Zakupiłem świnię oraz symboliczną ilość wódki (resztę potrzeb zabezpieczała produkcja własna), a mistrzem ceremonii uczyniłem stróża - tubylca. Za niewielką opłatą wynajął nam on sporą wiatę, pod którą zwykle trzymał ciągnik, i załatwił ubój świniaka. Pani stróżowa z kolei zaoferowała się skrzyknąć parę sąsiadek i całą tę padlinę odpowiednio przyrządzić. No i zapowiadało się ciekawie.

Pozapraszałem oficjeli: sołtys, sekretarz gminy, sklepowa i szefowa baru w jednej osobie, proboszcz. Zawiadomiłem kilku kolesi z firmy, w sumie spodziewałem się około 40 chłopa. Zaprosiłem również dyrektora mojej grupy robót. Równe było z niego chłopisko, świeć Panie nad jego duszą. Byłem mu coś winien za niebagatelną przysługę, którą mi był oddał parę miesięcy wcześniej, toteż postanowiłem go specjalnie uhonorować. Zakupiłem mianowicie - osobno, i specjalnie z myślą o nim - prosiaka, tudzież sporą i mocno nietanią flachę. Stróżowa - doświadczona weselna kuchara - miała upiec prosiaka w całości i na mój sygnał podać na stół. Idea była taka, żeby rzeczoną flaszkę prosiak trzymał w ryjku zamiast jabłuszka. A co - taką miałem fantazję.

Impreza się rozkręca. Ciepła letnia noc, ciemno, księżyc na nowiu, Czerwone Brygady wcinają werflajsz, obficie popijając wodą ognistą, wierchuszka u szczytu stołu nie pozostaje w tyle i też za kołnierz nie wylewa. Siedzimy i gadamy se o starych karabinach… Po paru flaszkach doszedłem do wniosku, że pora już na niespodziankę, toteż podniosłem się i poszedłem za dom, gdzie na rożnie w ogniu smażył się prosiak. Stróż, stróżowa i sąsiadki - wszyscy byli na stanowiskach, a błyski w ich oczach mówiły wyraźnie, że z danej im litrowej flachy Eliksiru Tupaja pozostało już tylko wspomnienie.

- Helmutku - mówię do stróża - ino nie zapomnij, jak przyniesiesz prosiaka, flaszkę w ryj włożyć.

Helmut potwierdził, więc wróciłem do gości. Kiedy pękła następna flaszka, zza rogu pojawił się pochód: przodem stróżowa z półmiskiem pieczeni, a za nią - Helmut ze szwagrem, dźwigający na długiej desce upieczonego prosiaka. Położyli go na stole, przywitani brawami. Wstaję więc, pełen pięćdziesięcioprocentowej, śliwowicowej weny, i chcę wygłaszać mowę, ale… jeden rzut oka na świniaka spowodował, że zamiast tego wymknął mi się jeno wyjątkowo szpetny dynamizator, totalnie dezawuujący żeńską linię rodziny stróża Helmuta.

- Helmut, ty barani członie! Gdzie k**wa jest flaszka? Miała być flaszka w ryju!!!

A Helmut na to dość niewyraźnie:

-Huhaj jeh hlahka, huhwa ho ho????

Spojrzałem i zdębiałem. Helmutek bowiem dość mętnie patrzył na świat przez wódczane opary i trzymał flaszkę w ryju - tyle że we własnym…

* * * * *

Pewnego razu - nie wiem, i wolę nie wiedzieć, jak - firmie udało się załapać kontrakt finansowany, jak to wówczas mówiono, "z Brukseli". W związku z tym prezes poczynił drastyczne kroki, mające ugruntować image firmy w oczach zagranicznych audytorów.

Czerwone Brygady dostały nowiutkie czerwone mundurki i - szał gwizdka - czerwone czapeczki bejsbolówki z logo firmy.
Kerownik dostał nowe gumofilce (stare, ze względu na liczbę łat, nadawały się tylko do izby tradycji firmy "Goodyear" :C) oraz prawie nowy i bardzo czerwony (głównie od łat farby antykorozyjnej) służbowy samochód.
Cały sprzęt mechaniczny poddano pracochłonnemu liftingowi za pomocą stalowych szczotek i hektolitrów odrdzewiacza, po czym pomalowano czerwoną minią (na lakiery nie starczyło…;) ).
Starym, wyglądającym jak wozy pana Drzymały, pakamerom amputowano kółka, bowiem Prezes był niedawno w Słowacji i zauważył, że przewożenie pakamer na samochodach jest bardziej trendy, i poddano je remontowi. Ponieważ wszystkie szczotki (w liczbie 10) oraz całą minię (w ilości jednej piętnastolitrowej bańki) zużyto wcześniej na maszyny, więc malowano chlorokauczukiem prosto na rdzę. Remont wnętrza zakończono na przewietrzeniu… A trzeba dodać, że tymi wozami to jeszcze protoplaści Romów do kraju Mieszka I przyjechali z Węgier przez Bramę Morawską…
Na moje biuro, po długich negocjacjach, Prezesunio wynajął zrujnowaną wiejską świetlicę. Zapłacił chyba z dwie półlitrówki (sołtys szczęśliwy był, że przez rok nie będzie musiał się o tę zagrzybioną ruinę martwić), i już kombinował, jak to sobie odbić z ceny kontraktowej…
No i zamiast tradycyjnych tubylców, postanowiono zatrudnić firmę ochroniarską.

Dostałem w ręce bardzo piękny i kolorowy folder, na którego pierwszej stronie stał sobie gostek, wyglądający jak ten sławetny antyterrorysta, co ze strachu się posrał, spojrzawszy w lustro. Dalej - jakiś łysy kolo leży wciśnięty twarzą w czarnoziem, a dwóch potężnych goryli (z logo firmy na plecach) łagodnie mu perswaduje: Ty, ty, brzydki bandyto… I hasła: "Profesjonalizm". "Zaufanie". "Bezpieczeństwo". "Uzbrojone formacje obronne"… Byłem pod wrażeniem. Rychło jednak okazało się, że dozorcy, których nam przysłała rzeczona firma, mieli tyle wspólnego z "uzbrojonymi formacjami ochronnymi", co moje Czerwone Brygady z porwaniem Aldo Moro.

Pierwszy miał koło 65 lat i ręce tak pokręcone artretyzmem, że miał trudności z wybraniem numeru na klawiaturze telefonu. Drugi - lat na oko nieco więcej, okulary grubości bulajów w łodzi podwodnej i tak potężną astmę, że męczył się wchodząc po czterech schodach… Żal mi było tych ludzi. Ale żal żalem, a ktoś budowy musiał pilnować, i to ktoś, na kogo widok złodziej nie umrze ze śmiechu.
Po kilku interwencjach firma przysłała mi na dozorcę chłopa około 40-tki, wielkiego jak szafa. Miał on manię naprawiania i poprawiania wszystkiego, co wpadło mu w ręce. Przy tym nie grzeszył szczególną inteligencją, a jego groźną twarz rzadko kiedy kalał cień myśli.
Pewnego razu w moim biurze zatkała się kanalizacja. Wezwane służby nie przyjeżdżały przez dwa dni, w końcu stróż (ksywa Rain Man) powiedział, że on to sam naprawi. Ja, mając w pamięci rozkręcony w drobny mak radiokaseciak "Grundig" oraz elektryczny czajnik, który po jego "naprawie" wywalił bezpieczniki na całej budowie, zakazałem mu tego z użyciem paru specjalnie dla niego stworzonych dynamizatorów. Niektóre były baaaaardzo wymyślne…

Następnego dnia przyjeżdżam na budowę, a Rain Man zadowolony z siebie z dumą prowadzi mnie do kibla. Patrzę - puste, spuszczam wodę - spływa… Byłem naprawdę pod wrażeniem…

…aż do momentu, kiedy po dwóch dniach z piwnicy zaczął wydobywać się smród. Otwarłem drzwi, zapaliłem światło, zszedłem ze schodów i zobaczyłem całą piwnicę zalaną fekaliami.
Zacny Rain Man naprawił kanalizację w ten sposób, że młotkiem wybił potężną dziurę w żeliwnej rurze.

Ech, wy orły, sokoły… uzbrojone formacje obronne…

: 28 sie 2007, 09:21
autor: NEVIL
Dziś w programie: prawdziwy SMAK zemsty skrzywdzonych Brygadierów oraz lekcja przedsiębiorczości na temat "Terytorium a konkurencja w biznesie


Dalsza Galicja, remonty kilku niewielkich mostków na parunastu kilometrach drogi. Czerwone Brygady zakwaterowane po chałupach we wsi, Kerownik z majstrem takoż. Jeden reprezentacyjny apartament wynajęty na wszelki wypadek, bo miejsce ładne, od cywilizacji daleko, i często nas nawiedzał prezes, który z dala od jazgotliwej małżonki spędzał w tej wsi upojne chwile sam na sam z gazetą i flaszką.

Pewnego razu na te "wywczasy" prezes przywiózł z sobą gościa - naczelnika wydziału w gminie, czyli gościa, który za całą naszą robotę becelował. Przejechali się po budowach, pan naczelnik przejechał się po mnie, po majstrach, po robotnikach, że za wolno, ze za mało, ze brzydko, że coś tam. Stałem cicho w pozycji "ruki pa szwam", bowiem od razu zauważyłem - i robotnicy też - że gość jest w stanie lekko odmiennym, a takim w drogę nie wchodzę, w każdym razie nie na trzeźwo. Połaził, pokrzyczał, poobrażał kogo mógł i obaj z prezesem pojechali na dalszą odnowę biologiczną.

Reszta dnia minęła spokojnie. Wieczorkiem jak zwykle - trochę piwa, kolejna edycja nieustającego turnieju skata o tytuł Mistrza Galaktyki, trochę piwa, kolacja, trochę piwa… Parę minut po piątej rano, razem z kolegą poszliśmy nieco się orzeźwić do płynącej kilkaset metrów dalej zimnej, bystrej rzeczki. Zresztą nie tylko my - Czerwonym Brygadom też to dobrze robiło na nadwerężoną ślęczeniem nad kartami poranną kondycję, toteż zakręt rzeczki był tradycyjnym miejscem codziennego porannego leczenia kaca.

Nagle zza zakrętu wyłonił się wspomniany naczelnik. Śpiewając pod nosem, szedł zamaszystym krokiem marynarza, po mocno nieregularnej sinusoidzie, dzierżąc w rękach coś poetycznie wspaniałego po męczącej nocy - trzy butelki piwa, ewidentnie świeżo wyciągnięte z zimnej wody.
Minął nas obojętnie… Wymyliśmy się, wymienili uwagi na temat ciężkiego losu budowlańców w delegacji, i pojechaliśmy do roboty.

Ledwie minęła szósta, na budowę przyleciał prezes. Wziął mnie na bok i powiada:
- Sławek, trzeźwy jesteś?
- No kurde, panie prezesie, trzeźwy jezdem jak rzodkiewka w ogrodzie u księdza plebana.
- Pojedziesz z naczelnikiem do lekarza, bo chyba się zatruł alkoholem.
- Co mu jest? Widziałem go rano, na oko żył, ino chyba mu jeszcze grzmiało.
- K**wa jego mać, pier*olony kastrowany cap w d*pę jeb*ny przez stado napalonych kocurów… Rano nad rzeczkę poszedł, wrócił, wypił duszkiem flaszkę piwa co w rzeczce chłodził, a teraz, dzięcioł pie*dzielony, rzyga jak chory kot, jęczy i nic nie gada, a bladozielony jest jak dupa pani Dulskiej.

- Yyyy… A roboty kto popilnuje? - Nie było mi w smak jechać kilkanaście kilometrów z jakimiś cuchnącymi i emanującymi trujące miazmaty zwłokami na tylnym siedzeniu.
- Brygadzistę ustaw, wsiadaj w Witka i jedziemy.

Wziąłem od kierowcy kluczyki od Vito i poszedłem "ustawiać" brygadzistę. On mnie wysłuchał i powiada:
- Ja… Naczelnik, godocie… Tyn co nos sam wczoraj zjeboł choby święty Michoł diobła?
- Ja. Tyn som. Prezes padoł, że zachorował i rzygo.
Brygadzista odchrząknął i powiada (podaję w oryginale, ewentualne tłumaczenie na maila za opłatą):
- Bo wiycie, kerowniku. Rano my poszli nad rzeka coby się okąpać. Siedzimy se w piyńciu i kurzymy na gnotku, a naroz Tupaj pado: "Wejrzyjcie, idzie tyn ch*j, co nos wczorej zwyzywoł". Mieli my po piwie, bo kożdego suszyło, to my się woleli nie pokazować, coby nos nie widzioł i nie polecioł do prezesa kablować. Tuż siedzimy se w krzokach i czekomy. On prziszoł, seblek się, wrazioł trzi flaszki piwa pod kamień i poszoł się kąpać za winkiel, na głęboko woda. Siedzimy, kurzymy, naroz Hajna godo: "Jo ci ch*ju teroz pokoża gniew". Wyloz z krzaków, wzion te jego piwa z wody i my ich wypili... Chcieli my iść nazod, ale Hajna pado: "Ni ch*jutki, czekejcie, jo jeszcze nie skończoł". Wzion jedno flaszka, wyjon luloka, naloł do niej i kapsla zacis, że nic nie szło poznoć. My się zaczli kuloć choby gupki. Do drugij flaszki naloł Tupaj, a do trzecij Marian… Pozaciskali my kapsle kluczem i wrazili flaszki nazod tam, kaj były. To prezes pado, że tyn naczelnik rzygo? Jo się nie dziwia. Hehe, kerowniku, po flaszce szczochów jo bych tyż rzygoł…

Ło matko i córko… Nikt nie wie, ile powagi kosztowało mnie zachowanie powagi wobec jęczącego naczelnika, którego zamiast do lekarza, odwiozłem do domu…

* * * * *

Pewnego razu remontowaliśmy mały wiadukt na dwupasmówce. Oczywiście komplet atrakcji - mnóstwo znaków, zwężenie, pulsujące żółte światła, nocą - istna dyskoteka i szał w trampkach z wymianą akumulatorów, które to wszystko zasilały. No i oczywiście, jak to bywa, w godzinach szczytu koszmarne korki.
Zaraz za budową, przy szosie, był sobie niewielki zaśmiecony placyk, a na nim obleśna buda z "Osinobusa", tuningowana młotem i kątową szlifierką. Z dachu wystawał komin z kawałka rury, w środku zaś był grill zrobiony z zielonej beczki z napisem "BP" i prętów zbrojeniowych. Na grillu piekło się coś przypominającego na oko (i na nos) moczone w karbolu mielone odpady masarnicze. W budzie królował równie jak ona obleśny, otyły, spocony pierwolud z gołą babką wytatuowaną na przedramieniu, którego jedyną zaletą było to, że śmierdział nieco mniej niż zwłoki na grillu. Nazwa całości (pisownia oryginalna) - "Bar U Dzitka". Nieoficjalnie zaś wśród miejscowej ludności - "Kurwidołek".
Jako żywo, na placyku codziennie kręciły się panienki. Kilkudniowa obserwacja pozwoliła Czerwonym Brygadom odkryć, że placyk mają w leasingu dwie konkurujące ze sobą stajnie: "Biała" (dwie blondyny plus ruda, pimpuś w białej Audicy) oraz "Zielona" (trzy farbowane rude, tatusiek widocznie początkujący albo o zbyt miękkim serduszku, bo w starym zielonym Golfie). Któregoś dnia siedzę na progu pakamery i udaję, że pilnuję roboty, a w sumie popalam, opalam gębę w słoneczku i pociągam chłodne piwko. Naraz słyszę:

- Dzień dobry, przepraszam, czy mogę skorzystać z t o a l e t y?

Patrzę - mała ruda z zielonej stajni, w stroju służbowym… Nie chciałem mieć za wiele do czynienia z krewnymi i znajomymi "Dzitka" barowego, ale ujęło mnie to, ze naszą Toi-Toikę nazwała toaletą.

- Proszę - mówię i wracam do "pracy".

Panienka skorzystała i poszła, ale jak łatwo się domyślić, nasza budowa stała się od tego czasu ulubionym kącikiem "zielonych" panienek… Przychodziły - do kibelka, albo wody się napić, albo pogadać o ciężkich czasach, posępić szluga czy po prostu po to, żeby po paru godzinach sterczenia na posterunku posadzić tyłek gdzieś w cieniu. Czerwone Brygady dostały, poparty niezłą porcją ciężkiego kalibru dynamizatorów, oficjalny prikaz patrzenia w przeciwnym kierunku - nikt nikomu krzywdy nie robił i każda ze stron była zadowolona.

Któregoś razu jednak na budowę, nie wiadomo dlaczego, z piskiem hamulców zajechało wspomniane białe Audi. Wyskoczył z niego "tatusiek" drugiej stajni, obwieszony złotem i w upale kapiący dookoła brylantyną, i wrzasnął do mnie:

- Ty tam! Gdzie k*rwa są moje dziewczyny?!

Ja na to nabrałem powietrza i padło sławetne i długo później cytowane:

- Niech się pan nie unosi, panie przedsiębiorco rozrywkowy, nie denerwuje mnie podczas pracy i nie używa w stosunku do mnie ordynarnych słów. Albowiem rękę na serduszku kładę, żem wielce szacownych pracownic pańskiej firmy nie widział w dniu dzisiejszym i doprawdy nie wiem, gdzie mogą obecnie przebywać… - odpowiedziałem mu, przy czym tekst pisany kursywą dla przyzwoitości podaję w nieco zmienionej formie.

Na to z cienia za pakamerą wyszła ruda Milena od zielonego golfa i na cały regulator zatekściła:

- Bardzo uprzejmie pana proszę, miły panie z gustowną biżuterią, o wyglądzie latynoskiego chłopca kochającego inaczej, w imię ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, aby zechciał się pan łaskawie zostawić tego pana i innych tu obecnych w spokoju. Jesteśmy ludźmi interesu i rozumiemy, że przebywanie w cudzej strefie ekonomicznej może się skończyć karnymi sankcjami na niewyobrażalną dla pana obecnie skalę… - przy czym przypis jak wyżej… zresztą część - przyznaję - dopowiedziałem z głowy, bowiem po pierwszych trzech słowach ucho mi zwiędło i odmówiło posłuszeństwa. Moje hartowne ucho Kerownika...

On, zdumiony, wsiadł w Audicę i spalił gumy. Milena zaś, widząc moje zdumienie i wielkie jak spodki oczy Czerwonych Brygad, wzruszyła ramionami i powiedziała:

- A co, k*rwa. Co się będzie jakiś pi*rdolony OBCY alfons po NASZEJ, k*rwa, budowie szwendał…

Od tego czasu Zielona Stajnia i Czerwone Brygady żyły w najlepszej komitywie.
Czy popartej czynami - tego nie wiem, albowiem mogę mówić wyłącznie za siebie

: 12 wrz 2007, 15:32
autor: NEVIL
Dziś będzie o tym, jak swoimi upodobaniami możemy nieświadomie wyrządzić krzywdę otoczeniu oraz prawdziwy rarytas - o wpływie budów na wychowanie młodego pokolenia.

Jeden z cieśli, których zatrudniłem pewnego lata, cierpiał na ciężką musofobię. Mówiąc po ludzku, chłopisko panicznie się bał i brzydził wszelkich małych włochatych stworzonek, ze szczególnym uwzględnieniem myszy.

Chłop miał posturę syberyjskiego drwala, siłę traktora, biceps jak moje udo i bronami rzucał na długość stodoły, ale na widok myszy dostawał drgawek, wpadał w panikę, właził na stół, krzesło, drabinę czy cokolwiek było w okolicy i oddalało go od podłogi, i trząsł się ze strachu, piszcząc przy tym głosem tak cienkim, jakby w dzieciństwie zbyt często zjeżdżał po poręczy. Nazywano go - dość przewrotnie - "Jerry".
Jesień miała się ku końcowi i wszelkie ogoniaste minisierściuchy z całej łąki pchały się na potęgę do naszych pakamer. Pozostawione bez zabezpieczenia śniadanie można było ze stuprocentową pewnością spisać na straty, a papier toaletowy zamykano w stalowej beczce po Epidianie, żeby nie został pocięty na wióry i nie posłużył do budowy gniazda dla kolejnych pokoleń myszy.

Biedny Jerry straszliwie się męczył. Wystarczyło, że ktokolwiek powiedział przy nim słowo "mysz" - i cała zawartość żołądka przechodziła do kategorii wspomnień. Ponieważ jednak Czerwone Brygady miały swoiste poczucie solidarności, a Jerry był dość lubiany, nikt nie starał się robić tego celowo.

Na zakończenie budowy, następnej wiosny, była jak zwykle impreza. Sekretarka zamówiła knajpę, był obiad, piwo i po parę setek na łeb.
Siedzimy wszyscy przy stołach i gadka idzie, jak to na imprezie, typowo marynistyczna. Wszyscy najedzeni, napici, rosół i rolada bezpieczne w żołądkach budowlanej braci, piwo i wóda płyną strumieniami, a nastroje są ogólnie wesołe.

Rozmowa zeszła na temat płacenia za nadgodziny. Żeby wyjaśnić temat, zacząłem szukać w teczce "szychtownicy". Postawiłem teczkę na stole i wykładam na stół: wczorajszą gazetę, parę zamówień, plik papierów, książkę, którą wziąłem do poczytania… Wreszcie dobywam szychtownicę i chcę się zabierać do wyjaśnień.

Jerry siedział po przeciwnej stronie stołu i patrzał na zawartość mojej teczki z niemym wyrzutem, mieniąc się na twarzy wszystkimi kolorami zjedzonego przed chwilą obiadu, z przewagą wyśmienitej śląskiej czerwonej kapusty. Nagle zrobił "bmmmmm", zerwał się i poleciał w sobie tylko znanym kierunku. Wrócił po kilku minutach, wściekły i mrukliwy, i jedyne co powiedział, brzmiało: "…w piiii**u…"

Nie gadał ze mną przez całą następną budowę.

Sporo czasu minęło, zanim się zorientowałem, o co mu właściwie chodziło.

Książka, którą położyłem na stole, nosiła tytuł "Myszy i ludzie"…

* * * * *

* * * * *

W pewną ładną, słoneczną sobotę miałem zaplanowane betonowanie.
Moja ślubna małżonka tegoż dnia postanowiła poddać się jakimś radykalnym zabiegom upiększającym w dość odległej miejscowości (siakieś tam taplania w śmierdzącym błocku i inne kosztowne fanaberie) i nie było gdzie upchnąć dzieci. Zgodziliśmy się, że pozostawienie ich samych w domu zmusiłoby nas do budowy nowego względnie do kosztownego i kłopotliwego przestawiania obecnego budynku na właściwe miejsce, ale consensusu nie było.
Krótka wymiana zdań zakończyła się moją kapitulacją. Cóż - postanowiłem dzieciom zafundować taplanie w błocku za darmo na budowie, doszedłszy do wniosku, że przebywanie w towarzystwie Czerwonych Brygad będzie dla moich młodych mniejszą traumą, niż widok matki, upapranej w czarnej mazi i przypominającej główną bohaterkę Blair Witch Project. Zapakowałem więc oboje młodych do samochodu i pojechałem na budowę.
Córka - na znak protestu przeciwko mojemu protestowi w temacie towarzyszenia matce - nie wyszła nawet z samochodu i oddała się lekturze któregoś tam tomu przygód Chorego Portiera. Młody natomiast był w swoim żywiole - wylazł, kazał się ubrać w pomarańczową kamizelkę (jak mówił - "kuloodporną"), mój biały kask - i wiooo- poleciał rządzić…
Operator pompy rozstawiał właśnie swoją maszynerię. Pompę mieliśmy nie byle jaką, 38 metrów wysięgu, Putzmeister na Volvie, nówka sztuka. Operator, lizus jeden, zdjął z pasa cały panel sterujący z dżojstikami, założył toto mojemu synowi i dał mu się pobawić. Młody aż dech stracił - kręcił dżojstikami na wszystkie strony, a pompa - w prawo, w lewo, w górę, w dół, aż gumowa rura na końcu wysięgnika zamiatała po nasypie… Młody miał wtedy sześć lat, stan jego przedniego uzębienia przypominał królika po czołowym zderzeniu, rozdziawił tę szczerbatą paszczę, aż mu ślina ciekła po brodzie, i bawił się tą ogromną zabawką z niesamowitym przejęciem.
Przyjechała pani inspektor. Wściekle ruda (syntetyk) wyjąca pięćdziesiątka, o głosie i słownictwie godnym czteropaskowego dresa i urodzie oraz posturze a’la big black sistah spod latarni na Brooklynie. Chcąc nie chcąc, musiałem zostawić syna w pakamerze pod opieką przodowego betoniarzy i pójść z tym koszmarnym babochłopem na obiekt, żeby dokonać odbioru.

Przodowym betoniarzy był Nafta. Młodemu przykazałem "słuchać pana Leszka", nie pakować łapek do gniazdek generatora ani do sprężarki, nie włączać piły tarczowej itd. Dostał ciesielski ołówek i parę kartek i miał bojowe zadanie - narysować budowę.
Nafta został zaś pouczony, w hermetycznym języku ogólnobudowlanym, że jeżeli nie dopilnuje mi dzieciaka, to jego genitalia, po bolesnym procesie powolnego smażenia oraz usunięciu przy pomocy piły łańcuchowej, zawisną w charakterze trofeum na szczycie dźwigu, po czym posłużą jako guma do żucia dla najbliższego gospodarskiego brytana.

Wróciłem po półgodzinie, zmęczony basowym rechotem i ordynarnością babochłopa, a nade wszystko oparami zapachu Poison, w których pływała jak trup smoka w formalinie. Patrzę - Młody spokojnie rysuje, a Nafta popala "męskiego" i rozmawia z kolesiami, nie żałując dynamizatorów. Rozpoczęła się robota.


Po trzech godzinach wziąłem dzieci i pojechaliśmy z moim zastępcą na obiad. Po drodze jeszcze jedna budowa, wysiadam na chwilę pogadać z operatorem dźwigu. Młody oczywiście za mną, ale bez entuzjazmu: dźwig malutki, 18 metrów wszystkiego. Córka czyta o jakimś ptaku z końską głową i świata nie widzi. Młody podchodzi do dźwigu i patrzy z wyraźną dezaprobatą.

-Co, Młody, fajna maszyna?
-Eee… Niefajna. Tamta masyna miała więksego ch*ja…
-Większe CO??
-No, tata, ch*ja… pan Lesek temu panu od pompy mówił: Romek, wystaw tego ch*ja dalej za ścianę…

Bez komentarzy, ale brygada rotflowała po glebie i mój kolega Bolek takoż. Jedziemy dalej
Młody dziarsko wysiada przed knajpą, zakłada ciemne okularki, patrzy spode łba i naraz pluuuuu - imponująco strzyka śliną przez szparę między zębami i spogląda na mnie z dumą.

-Co ty robisz, szczylu? - pytam.
-Pan Lesek mie naucył - odpowiada szczyl.

Cóż, stanem uzębienia mój syn znacznie przewyższał Naftę, a że pojętne bydlątko z niego jest, więc szybko podłapał co i jak. Hm. Bolek się trzyma za brzuch, coby przepukliny nie dostać…
Weszliśmy do restauracji. Siadamy, cos tam powybieraliśmy z karty, dorośli zapalili, dzieci nie… I czekamy, czekamy, czekamy… Po kwadransie interweniowałem u bufetowej i wreszcie przyszła obsługa, w postaci naburmuszonej i wybitnie nieefektownej kelnerki. Przyjęła zamówienia, burknęła coś, pociągnęła nosem i poszła.

-Co za denny babsztyl - mówię do Bolka, wypuszczając dym.
-Denny i brzydki - potwierdza Bolek.
-I leniwy - dorzucam…

Mój męski potomek pochyla się do mnie i teatralnym szeptem - na pół knajpy - zapodaje:

-Tata… Wies… Ja myślę, ze ona… ten… - (intensywny proces myślowy) - …ze ona juz więcej ch*jów w d*pie miała niz włosów na głowie…

Bolo wpadł pod stół, córka zakrztusiła się Tymbarkiem, aż zapluła okulary, a ja - uosobienie ojcowskiej powagi, pytam surowo:

-Co ty gadasz, szczylu jeden?!
-No co… Pan Lesek tak powiedział o tej bzydkiej duzej pani z cerwonymi włosami… Na budowie…

Nie utrzymałem powagi na twarzy… Pokulałem się w stronę Bolka, który właśnie zaczynał drugą rundę…



Hmm... Swoją drogą trudno się nie zastanowić, co wyrośnie z tak dobrze zapowiadającego się Juniora ;)

: 14 wrz 2007, 20:49
autor: NEVIL
W dzisiejszym odcinku wystąpi - jak zawsze niezawodna i niezastąpiona - Behap...wiadomoco ;) A ponadto Bojownictwo (czy też raczej Glonojadztwo :C) odbędzie szkolenie z zakresu technik sprzedaży.
...Się Państwo częstuje :)




Pewnego razu, latem, robiliśmy dwa przepusty w poprzek drogi. Nie jakieś tam rury, tylko solidne, żelbetowe kanały dwa na dwa i pół metra w wysokim nasypie, więc i wykopy musiały być nie byle jakie. Do wykonania tychże zaangażowałem cud enerdowskiej techniki - koparkę UDS 214 na - ważne - samochodowym podwoziu.
Przepusty były dwa w odległości około dwustu metrów jeden od drugiego. Odcinek jezdni był zamknięty, słoneczko świeciło, ptaszęta kwiliły, Czerwone Brygady radośnie i wesoło robiły prace przygotowawcze, ja niwelowałem i koordynowałem całość, samochody odwoziły urobek, a koparka kopała. Ot, cud miód - jak na propagandowym plakacie.
Jak każda budowa, również ta nie obyła się bez wizyty prezesa, naszego słoneczka najjaśniejszego, cymbała, besserwiessera i figuranta, który na wszystko miał doskonałe pomysły, a na nic nie miał pieniędzy. Przyjechał on otóż pewnego dnia i przywiózł z sobą mojego i Brygad szczerego ulubieńca, naturalnego syna, spłodzonego przez Forresta Gumpa z samiczką misia koala, odpustowe dziwadełko i firmowego clowna - Behapizdę.
Podjechali pod pierwszy przepust, wysiedli…

Behapizda w pełnym rynsztunku - kamizelka, kask, rękawice, aparat fotograficzny plus kapownik, na twarzy mars, a w głowie jak zwykle czarna dziura. Podszedłem, witam się, pokornie przyjmuję zjebkę za brak atestu dla drabiny (nawet kretyn nie zauważył, ze była spawana na budowie i jedyną instancją, która mogłaby wydać atest, był spawacz Gerard zwany Iksmenem). Koparka, na szczęście, była przy drugim wykopie, robiąc jakieś poprawki, więc póki co nic nie groziło za:
- Prawdopodobny brak uprawnień przy sobie;
- Stanie łapami w odległości od krawędzi wykopu mniejszej niż przepisowa;
- Zdemolowane ogrodzenia wykopu i totalny brak tabliczek ostrzegawczych;
- Wycieki oleju z hydrauliki;
- Przenoszenie urobku nad głowami ludzi w wykopie;
- Ładowanie na samochód podczas przebywania w nim kierowcy;
- Palenie papierosa w trakcie obsługi maszyny
- … itd. - nie widziałem z tej odległości więcej, ale to wystarczyło, żebym się stał o pięć stówek lżejszy w razie czego, a byłem pewien, że Czerwone Brygady te akurat przepisy BHP - jak zresztą wszystkie inne - przechowują w pewnym dość ciemnym miejscu, gdzie to i wytrzymać trudno, i wychodzić - niepolitycznie.

Behapizda, jak zwykle przejęty swoją dziejową misją, pofotografował, popisał w kołonotatniku siermiężnym kopiowym ołówkiem, opi*rdolił Naftę za brak klina w siekierce i podniósł swój wzrok zmęczonego sokoła w stronę drugiego wykopu. Ja też. Prezes też. Oto, cośmy ujrzeli:
Koparkiewicz najwyraźniej skończył robotę, bo wyjechał spod wykopu i właśnie lawirował, by ustawić maszynę przodem w naszą stronę. Kiedy się to udało, samochód zaczął wolno jechać w naszą stronę… Behapizda, uspokojony, wyciągnął Fajranta, ja mu usłużnie (pięć stów!) przypaliłem, stoimy i gadamy.
Koparka jedzie. Ludzie pracują. Słońce świeci jasno, ptaszęta kwilą w łozinach - normalnie jak na propagandowym plakacie. Nadzór stoi i oświeca masy pracujące. Nagle…

Behapizda rzuca się do wykopu… Wrzeszczy coś jak opętany, zjeżdża na tyłku po glinie, staje na nogi, pluje piaskiem, wdrapuje się na przeciwległą skarpę, trzy razy zjeżdża, wrzeszczy cos niezrozumiałego… Czerwone Brygady stoją i patrzą, ja wzruszam ramionami, co mu kurde jest? Upał mu wiatr słoneczny w czaszce zagotował? Bekhapizda wisi na gliniastej skarpie wykopu, jakieś sześć - siedem metrów ode mnie, wrzeszczy coś w rodzaju "EEezzzzieeee!!!!!!".

- Co tego debila poj*bało? - pyta prezes. - Gumiora drze jak jakiś pier*olony poseł… Sławek, co ta pi*zda właściwie wrzeszczy?
- Coś jakby "Jedzie", panie prezesie - odpowiadam. No jedzie, kurde, i co - myślę patrząc na będącą jakieś 30-40 metrów od nas, jadącą prosto na nas koparkę… Jakoś mnie kompletnie nie zdziwił brak kierowcy w szoferce, po prostu przeszedłem nad tym do porządku…

Któryś pracownik z dołu popchnął Behapizdowe dupsko kawałkiem kantówki, facet wylazł, utytłany w glinie jak żuczek gnojarek, i pędzi w kierunku jadącej koparki, wrzeszcząc coś, czego za jasną cholerę nie dało się zrozumieć, ale głos miał taki, jakby mu ktoś w tyłek wsadził laskę dynamitu, której lont właśnie się dopalał. Podbiega do jadącego samochodu, jak prawdziwy komandos z "Soldier of Fortune" wskakuje na stopień, szarpie drzwiczki, włazi do środka… Wolno jadąca maszyna staje dęba jakieś 10 metrów od wykopu.
Behapizda, dumny jak paw i brudny jak nieszczęście, wychodzi z szoferki i czeka na pochwały. Przecież właśnie bohatersko zatrzymał jadącą samopas maszynę, która za chwilę musiała, normalnie musiała wpaść do wykopu, pozabijać ludzi i zniszczyć całą robotę! On, bohater, mający szanse na nieśmiertelność i odcinanie się na tle szarzyzny wieków…
Wtem zza kopary wyskakuje jak diabeł z pudełka wściekły operator i wrzeszczy:

- Kwamaaaaać!!! Który kutafon mnie do maszyny włazi, a? Zaraz ci sku*wielu jajka wkopię między mig…dał…ki… - spiął nieco konia, zobaczywszy upapranego jak mucha w g*wnie Behapizdę, prezesa nad wykopem i zaczynające właśnie się rozdzierać w szczerbatym uśmiechu mordy Czerwonych Brygad…

Wyjaśnienie było proste. Maszyna taka, UDS 214 na samochodowym podwoziu, posiada mianowicie kabinę operatora zamontowaną koło wysięgnika koparki, a oprócz tego - normalną szoferkę, jak to każda ciężarówka. Dowcip polega na tym, że operator, siedząc w kabinie, ma możliwość wykonywania normalnych manewrów całym samochodem, żeby przy jakimś prostym przestawianiu nie musiał wychodzić.
Tego Behapizda nie wiedział…

Gdyby operator nie miał na dodatek walkmana na uszach, pewnie usłyszałby opętane wrzaski Behapizdy. Ale miał i nie słyszał.
Ze złości za swoje upodlenie Behapizda wlepił operatorowi naganę za pracę na sprzęcie z walkmanem na uszach. Napisał ją, bo mówić już nie mógł…

Moim zdaniem słusznie zrobił… Ale nigdy mu tego nie powiedziałem i nie powiem.

* * * * *



Nigdy nie miałem i nie mam nic przeciwko tym młodym gościom, nawijającym tysiące kilometrów na opony służbowych samochodów i próbujących tu i ówdzie coś sprzedać, żeby zarobić na chleb. Wielu z nich było kompetentnych, sympatycznych i chętnych do pomocy, przyjeżdżali na każde wezwanie, dostarczali co trzeba na zupełnie przyzwoitych warunkach, pomagali, doradzali. Problem polegał na tym, że niewielki arsenał środków, jakie kupowałem, był już dokumentnie obstawiony przez trzy czy cztery firmy, i po prostu nie byłem umocowany do prowadzenia pertraktacji z innymi na skalę przekraczającą sto złotych. A jeszcze nie daj Boże, żeby taki czy jakikolwiek inny nieproszony gość nie wstrzelił się w odpowiednią chwilę… Znowu za długie i w sumie bez wczucia w klimat mało zabawne. A było to tak.

Od sześciu dni padało, a od trzech lało jak z cebra. Budowa mostu przez małą rzeczkę była właśnie w fazie realizacji fundamentów - część wykopana, część już zadeskowana i zazbrojona, czekała na beton. Nie miałem sumienia wyganiać ludzi na taki deszcz, więc stałem na brzegu i bezsilnie patrzałem, jak rzeczka, normalnie szerokości strumienia moczu cierpiącego na przerost prostaty syryjskiego chomika, teraz z bulgotem obrywa ściany wykopów, przelewa się przez grodzice i nanosi uroczą warstwę błota i mułu na moje świeżo wykonane zbrojenie.

Przegrałem tego dnia sześć złotych w skata, rozwaliłem nowiutkiego gumiaka na kawałku blachy, brakło mi fajek, a niezakryte żółtą gumową kurtką nogawki przemokły do cna i woda lała się do butów… Do tego odebrałem telefon z firmy ze wspaniałą nowiną, że wypłata za czerwiec będzie już w październiku, że zawiesili mi dodatek funkcyjny, i że następną budowę będę miał na Podkarpaciu. Plac budowy tonął w błocie. Kibel był przepełniony. Jednym słowem totalna, k*rwa, nirwana.

Na budowę zajechał nagle podejrzanie piękny, czerwoniutki samochód na podejrzanie warszawskich numerach. Wysiadł z niego podejrzanie gładki facet w podejrzanie wyjściowym garniturze, rozkładając podejrzanie wielki czarny parasol. Jednak najbardziej podejrzane było to, co trzymał w ręku, a mianowicie wielka czarna teczka w stylu Zabij-Mnie-A-I-Tak-Nie-Puszczę… Jeszcze chwilę się łudziłem, ale na czarnej klapie zobaczyłem błyszczący malutki znaczek i już wiedziałem, ze oto na budowę zawitał nie żaden rzecznik mafii, chcący mi zaproponować budowę schronu dla Ojca Chrzestnego, nie notariusz z wiadomością o milionowym spadku od nieznanej ciotki z Bogoty, ani nawet nie Urząd Ochrony Państwa pragnący mnie zwerbować - tylko mój ulubiony typ pod nazwą Doradca Techniczno - Handlowy Firmy "Mein Bruder Macht Puder". Na dodatek - początkujący. Młody. Bez wprawy. I bez charyzmy.

- DzieńdobrypaniekierownikujestemWojciechKsaweryJakiśtamzFirmyMein Bruder Macht Puderimamzaszczyt… (oddech) zaproponowaćpanunaszenajnowszeproduktywdziedziniefarblakierówklejów…

- Dzień dobry. Proszę, niech pan zostawi ofertę, chętnie się z nią zapoznam w wolnej chwili - Wykorzystałem kolejną przerwę na oddech. (…jeszcze takiego mi tu brakowało do pełni szczęścia…)

- Paniekierownikunaszafirmaprodukujewedług(oddech)najnowszychświatowychtechnologiiposiadamyaprobaty (oddech) IBeDeeMuorazITeBeorazatestyhigieniczneoraz(oddech)certyfikatynaznakbezpieczeństwa… (oddech)

- Cieszę się. Ale naprawdę nie potrzebuję tutaj farb, klejów ani lakierów. To, widzi pan, będzie tylko taki malutki betonowy mostek. Proszę mi dać ofertę, numer telefonu, na pewno… (…Też musiał przyjechać, kurde… Jakbym nie miał innych kłopotów…)

-Widzipanostatniowuznaniudlanaszychosiągnięćprzy(oddech)znanonamprestiżowytytułLideraGminyapan (oddech) prezesodebrałnagrodęzalikwodację bezrobociawpowiecie… (oddech)

- …się skontaktuję, jeżeli czegoś takiego będę… (...Skończ już tę gadkę i jedź, bo mi się mózg lasuje…)

- PosiadamycertyfikatISODziewięćTysięcynasystem(oddech)sterowaniajakościąoraznajnowsząlinięprodukcyjną...

- …potrzebował. Nie ma sensu, żeby pan mókł na tym deszczu. Proszę zostawić ofertę, szkoda… (…czy ty, huhwa, nie rozumiesz po ludzku?! …Zejdź mi z oczu, mam poważniejsze sprawy na głowie…)

- Warunkidostawsądoskonałepłatnośćodroczonadosześćdziesię (oddech) ciudnitowardoodbioruwłasnymtransportemalbonaszymzaminimalnąopłatą…

- …pańskiego cennego czasu. Naprawdę. Dziękuję. Proszę mi wierzyć, nie ubijemy żadnego interesu w temacie farb, lakierów, ani klejów. Dziękuję, że pan mnie odwiedził. (…jak w ciągu minuty nie spadniesz, to cię norrrrrmalnie poszczuję Alojzem…)

Chłopak wydawał się zrezygnowany, aż mi go było żal. Wręczył mi wizytówkę, gruby kolorowy folder z ofertą, cennik, pożegnał się i poszedł w kierunku samochodu, omijając zgrabnie lakierkami kałuże płynnego błota. W momencie, kiedy jego wielki czarny parasol zniknął znad mojej głowy, ściana deszczu uderzyła mnie z potworną siłą… Schowałem jego materiały pod gumową kurtkę i poszedłem do biura, mając już dość smętnego kontemplowania zrujnowanych efektów dziesięciu dni ciężkiej roboty.
Siadłem, włączyłem radio, wsadziłem do prądu wtyczkę czajnika, uszczelniłem zapałką… Zdjąłem mokre ubranie, przebrałem się w służbowy czerwony mundurek, postawiłem mokre gumiaki podeszwami do góry pod ścianą i czekałem, aż mi się humor poprawi. Się nie poprawiał jakoś. A za oknem lało… lało… i końca nie było widać.
Puk. Puk. Proszę wejść.
Do budy tarabani się najpierw czarny parasol, za nim teczka wielkości małego Fiata z szyfrowym zamkiem jak do centralnego sejfu na Wall Street, a na koniec - Wojciech Ksawery z firmy "Mein Bruder Macht Puder". Nieco, przyznaję, zbaraniałem. Wojciech Ksawery postawił w kącie parasol, otwarł teczkę, odchrząknął i powiada normalnym już tempem:

- Panie kierowniku. Skoro temat farb, klejów i lakierów już omówiliśmy, to pozwoli pan, że przejdę do cementów szybkosprawnych oraz niskoskurczowych zapraw naprawczych…

Umarłem. A za oknem lało… lało… lało….

: 15 wrz 2007, 10:10
autor: NEVIL
W dzisiejszym odcinku - o względności poczucia przynależności narodowej oraz o trudnym i odpowiedzialnym fachu tłumacza języków bardzo obcych. Na deser zaś zostanie nam zaprezentowany nieodzowny atrybut każdej pozamiejskiej rezydencji, bez którego nawet nie ma co marzyć o byciu dżezi - zaserwowany z nutką zadumy nad tym, że ’to Polska właśnie’...

Jak zwykle zalecamy powstrzymanie się od spożywania posiłków oraz napojów podczas lektury ;)


Zdarzyło mi się kiedyś (oprócz wielu innych życiowych błędów) że zawiesiłem spokojną pracę z Czerwonymi Brygadami i przeszedłszy na czasowy urlop bezpłatny poświęciłem się budowie autostrady z pewną firmą z południowego zachodu Europy.

Na temat tych naszych beżowych kolegów, ich kwalifikacji zawodowych, profesjonalizmu i podejścia do pracy można by napisać książkę i być może kiedyś to uczynię, a będzie to rzecz pośrednia między Jasiem Fasolą a Stephenem Kingiem z lekką nutką dekadencji w stylu Monty Pytona. Dość powiedzieć, że pod względem human relations praca w "Biedronce" przy tym była jak lunapark.
Doprawdy nie pojmowałem, po co warunkiem zatrudnienia na kierowniczym stanowisku była znajomość angielskiego. Większość beżowych nie kumała ni w ząb żadnego innego języka niż własny, a za tłumaczy pracowali Murzyni z Angoli, wykształceni i osiadli w Polsce. I to właśnie o jednym takim tłumaczu będzie.

Murzyni mieli potężny dylemat: bo z jednej strony beżowy język jako ojczysty, a z drugiej - zaszłości kolonialne, nieskrywany rasizm beżowych, do tego polskie wykształcenie, polskie rodziny i pobyt w Polsce od wielu lat. Nie bardzo wiedzieli, po której ze stron się opowiedzieć…

Pewnego razu rozmawiałem z głupim jak but beżowym majstrem za pośrednictwem takiego właśnie tłumacza imieniem Joao, a z racji tuszy zwanego Podwójnym Jaśkiem. Majster najpierw wygłosił długą i mocno dynamizującą tyradę, w której co trzecie słowo padało fodas* albo caralho*. Kiedy skończył, ja wygłosiłem swoją w podobnym tonie (ot taki beżowy ceremoniał powitalny), po czym poprosiłem Jaśka, żeby przetłumaczył takie cóś:

- Majster, na jutro rano na obiekcie numer 4 potrzebna będzie żaba.

"Żaba" oznacza skaczącą zagęszczarkę do gruntu. Podwójny Jasiek tłumaczy, przetłumaczył, majster jeszcze raz rzucił mi fodas! na pożegnanie i poszedł. Pytam Podwójnego:

- Jasiek… Ale ty wiesz, co to żaba? Żeby mi ten gamoń zamiast tego nie przywlókł siakiej żywej…

Jasiek spojrzał na mnie urażonym wzrokiem i rzecze:

- Ociwiście, zie wiem. Powiedziałem mu wsiśko jak tśeba. U nas teś na to mówią "ziaba"…
- U was? W Angoli? - Pytam zdumiony.

Podwójny Jasiek Biały Inaczej wytrzeszczył na mnie swoje czarne jak węgiel gały, zrobił mocno zdegustowaną minę i powiada:

- Cio ty p..rdoliś… W jakiej k*rwa Angoli… U nas w Poznaniu!
~~~~~~~~~~
* fodas to dynamizator werbalny o wadze dyskusyjnej podobnej, jak nasza rodzima ku*wa, natomiast caralho oznacza pewną część męskiego ciała, zwykle niepokazywaną publicznie.



* * * * *

Pewnego razu zdarzyło mi się wraz z Czerwonymi Brygadami remontować chałupę. Trudno było w zasadzie nazwać to "remontem domu" - zabawa była bowiem dość ekstremalna i jako żywo przypominała próby reanimacji świńskiej półtuszy, wiszącej w rzeźni na haku. Dom - czy raczej jego szkielet - wyglądał bowiem tak, jakby ćwiczyła na nim celność jakaś początkująca młodzieżówka Al-Quaidy, a jedynym w miarę zadbanym elementem otoczenia był stary ogród z wybrukowanym bazaltową kostką placykiem pod grill. "W miarę zadbanym" nie znaczy absolutnie, że wyglądał przyzwoicie - oczyszczono jedynie i wysypano żwirem ścieżki, a poza tym wszędzie rósł perz i mlecze, szczeliny między kostkami pozarastał obrzydliwy, niebezpiecznie śliski mech, a pod płotem rosły medalowo dorodne łopuchy.

Dom stał na odludziu i stanowił własność pewnego pana, który nabył go drogą dziedziczenia parę lat wcześniej i wykorzystywał dotychczas jako letni domek i grillowisko. Jednakże niedawno ten pan poznał był innego pana, i temu drugiemu panu tak się spodobały wspólne wypady do rzeczonej posiadłości, że obaj panowie postanowili wyremontować dom i wspólnie w nim zamieszkać, zapewne po to, żeby swoją miłość (do grilla, oczywiście) odsunąć jak najdalej od miejskiego zgiełku i wścibskich oczu sąsiadów. Bodajże w tym celu pierwszy pan przeniósł był na drugiego pana część prawa własności… Pewien nie jestem, ale na tablicy informacyjnej budowy figurowały dwa nazwiska.

Dodać należy, że pan nr 1 był w pewnej municypalnej instytucji naczelnikiem tego wydziału, który odpowiadał za wydawanie kasy na mosty i drogi. Nie od rzeczy będzie również wspomnieć, że pan nr 2 był pana nr 1 bezpośrednim zwierzchnikiem w randze wiceprezydenta. Jeżeli wziąć jeszcze pod uwagę, że miasto było duże i nad rzeką, a nasz prezes miał nadzieję na parę smakowitych przetargów - wówczas z całego tego remontu domu robi się piękny przykład łapownictwa, korumpowania urzędników i wszelkich tych atrakcji, wyczerpujących znamiona przestępstwa i łamiących - oprócz prawa karnego - jeszcze parę innych ustaw.
Czy muszę dodawać, że za robociznę i materiały do remontu kochasie nie płacili ani grosza, a cała firmowa księgowość stawała na rzęsach fabrykując lewiznę i topiąc całość kosztów w budowach? Chyba nie muszę. Cała rzecz śmierdziała gównem na milę i bardzo chciałem skończyć to wszystko i wracać do normalności.

Roboty trwały od grudnia do września i obejmowały praktycznie rozwalenie rudery na proszek i wybudowanie od nowa od fundamentów po rozkosznego ceramicznego kogutka na szczycie dachu, łącznie z instalacjami, montażem sauny i siłowni, kafelkowaniem na milusi lilaróż, malowaniem, podwieszaniem sufitów i zabudową kuchni. Wreszcie skończyliśmy, a wówczas panowie dla pełnej nirwany zażyczyli sobie jeszcze uporządkowania ogrodu, czym doprowadzili mnie do klinicznego przypadku jasnej kurwicy. Czerwone Brygady zaczęły nawet jawnie marudzić, że nie będą się bawić w ogrodników, słyszałem jakieś głosy o strajku, taczkach i - do dziś nie rozumiem, o co szło - o jakichś zanieczyszczonych odchodami częściach rowerowych…

Na nic się to burczenie oczywiście zdało. Wypuściłem dym uszami, ustawiłem Brygady w szeregu z łopatami i kopaczkami (najbardziej kumaty dostał nożyce do żywopłotu, jak na ironię Edek mu było, i został się Edward Nożycoręki), kazałem zaintonować pieśń masową i porobić co należało… Osobiście zaś udałem się do Pana Nr 1 w celu wynegocjowania chociaż kilku flaszek na zachętę. Wynegocjowawszy bez problemu skrzynkę wódy (przy czym Pan Nr 1 dostał chyba tiku nerwowego, bo wciąż dziwnie do mnie mrugał), wróciłem dość zadowolony.

Archeologia w ogrodzie trwała trzy dni. Pakowaliśmy się do samochodu, czekając na obiecaną skrzynkę wódki, która miał przywieźć Pan Nr 2, wracając z pracy. Przyjechał, przywitał się, polazł do ogrodu. Naraz wraca biegiem z wrzaskiem i płaczem i mówi do mnie takim głosikiem, jakby w dzieciństwie za dużo jeździł po poręczy:

- Panie! No panieeeeee! Co wyście narobili nooooo? (z intonacją "A masz, ty brzydki wrogu"...)
- Ale Panie Wiceprezydencie, co Pan Wiceprezydent?
- No ale mój grillownik noooo… Placyczek znaczy się, nooooo… Ten z kosteczkami, nooooo… (Kilkujadek z "Kingsajzu", mówiący "Dziabnął mnie! Dziabnął!")
- Ładnie wyczyszczone, prawda? Pan Naczelnik kazał wszystko wyczyścić zanim Pan Wiceprezydent wróci, to wszystko ładnie wyczyszczone…Nawet mech wydrapany, kosteczkę piaseczkiem kazałem przesypać… Ładnie, i czysto, i ślisko nie będzie…
- Panieeee kochaaaaany… To ja po to ten meszek z całego ogródka nosiłem nooooo... W szparki utykałem nooo… Kefirkiem smarowałem, żeby meszek mi urosnął nooo… A pan mi wyrwał noooo… Mój meszek mi pan wyrwał, mój meszek, łeeeeeeee… - zawołał i uciekł, trzymając się za głowę.

Skrzynka wódki poszła się pieprzyć… Ja o mały figiel nie wyleciałem z roboty, a tyrada, jaką usłyszałem od prezesa na temat mojego stosunku do meszku Pana Wiceprezydenta, nie nadaje się do zacytowania.

Przetargi wszystkie wygraliśmy i nieprawdą jest, jakoby odbyło się to dzięki francuskiemu panelowi prysznicowemu oraz lilaróżowym kafelkom.

: 16 wrz 2007, 12:54
autor: NEVIL
Dziś rzecz o skutecznych technikach sprzedaży i o idealnej strategii reklamowej. Pracownicy działów marketingu - proszę robić notatki. Wszyscy - proszę odstawić gorące napoje ;)

Podczas pracy na budowach wielokrotnie stykałem się z handlowcami, doradcami techniczno - handlowymi i akwizytorami rozmaitych firm. Jeżeli ktoś pamięta deszczową opowieść o Wojciechu Ksawerym, który rzutem na taśmę chciał mi sprzedać zaprawy szybkosprawne pewnego pechowego dnia, ma ogólne pojęcie na temat sposobu działania tej branży i mojego do niej stosunku.

Metody łowieckie były różne:
"Na sraczkę słowną" czyli inaczej "Na zmęczenie przeciwnika" - tu Wojciech Ksawery był bliski perfekcji, ale wielu aspirowało, i to z niezłymi rezultatami;
"Na leszcza" - Nooooo panie kierowniku, no chyba pan mi nie powie, że pan nie słyszał jeszcze o…
"Na profesjonalistę" - Panie kierowniku, my, fachowcy, rozumiemy znaczenie…
"Na astmatyka" - Khhh.... ehkm... czy pan kierownik pozwoli, żebym… khhhhh… zabrał panu kierownikowi trochę… ekhm… cennego czasu… khhhhh… pana kierownika…

Naszą ulubioną - co nie znaczy, że zawsze skuteczną - była metoda "na gadżety", której istoty nie trzeba chyba tłumaczyć. Nie wdając się w szczegóły można powiedzieć, że takie rzeczy jak długopisy czy linijki były zawsze łatwo "gubliwe" i każda dostawa była entuzjastycznie witana.

Pewnego razu do biur budowy autostrady zawitali przedstawiciele pewnej firmy z branży tworzyw sztucznych, mający już prawie w kieszeni kontrakt na dostawę elementów odwodnienia i kanalizacji kablowych. Stosowali nietypową odmianę metody "na gadżety", bowiem zamiast długopisów przynieśli nam… koszulki z reklamą ich systemu rynnowego. Reklama, dwubarwna, wielkości paczki papierosów, była nadrukowana na piersi, z lewej strony. Wybrałem jedną koszulkę w moim rozmiarze z myślą, że przyda się do roboty. Załatwiliśmy interesy, paczka koszulek rozeszła się po biurze, panowie zabrali podpisane kwity i pojechali w siną dal.

Najwdzięczniejszymi odbiorcami koszulek byli nasi laboranci, wiecznie upaprani w betonie, kurzu, glinie i asfaltach, wystający godzinami w palącym słońcu przy badaniach polowych albo przesiadujący w brudnym, zakurzonym i dusznym laboratorium.

Następnego dnia po wizycie panów z koszulkami przyjechałem rano do pracy i od razu, prosto z samochodu, poleciałem do laboratorium z jakąś nie cierpiącą zwłoki sprawą. Widok, który jako pierwszy rzucił mi się w oczy, pozostawił wrażenie do dziś niezatarte. Jedna z laborantek, Iwona, małe okrągłe stworzonko obdarzone iście barokowym biustem, miała na sobie ową firmową koszulkę, która, hm, naturalną koleją rzeczy była - oględnie mówiąc - dość opięta.

Wskutek błędu druku lub działania innego podłego chochlika, reklama, zamiast z boku, kwitła w idealnie centralnym miejscu Iwonkowej imponującej klatki piersiowej, czyli w jedynym, hm, mocno wklęsłym jej miejscu. Była rozciągnięta do granic wytrzymałości materiału…

A brzmiała: "IDEALNA RYNNA"...

: 18 wrz 2007, 15:07
autor: realista
Namolni przedstawiciele to prawdziwe utrapienie, kiedyś mieliśmy w biurze nawet tabliczkę na drzwiach "akwizytorów nie wpuszczamy..." ale to i tak nic nie dało...

a humorystyczne jest, kiedy taki jeden z drugim akwizytor bez zapowiedzi przejechał do Lublina i nerwowo szukał firmy tamże, i w końcu dzwoni i prosi aby wytłumaczyć drogę, no bo co tam za różnica, Lubin/Lublin???? jeden pies :P

teraz z resztą częstsze jest telefoniczne namolenie i trucie

Regularnie męczą mnie przedstawiciele dzwoniący przez telefon i nie przechodzący od razu do sprawy tylko najpierw długo kluczący, kombinujący, stosujące wyuczone na kursach metody perswazji..... no nic.... nauczyłem się szybko i zdecydowanie ich spławiać

a humorystyczne jest to, że w około 30-40% oni także usiłują mi sprzedać powierzchnię reklamową czy usługi w Lublinie - i wtedy czasem dla jajec, o ile jest czas, pozwolę się takim kolegom z Lubelskiego poprodukować i potem uświadamiam i po drugie stronie szok :P niech się matołki geografii uczą :P

: 21 wrz 2007, 08:12
autor: NEVIL
Oblicze budowy dziś pokaże się w nieco innym świetle - usłyszymy refleksyjną i poniekąd mroczną historię z morałem. Kto jednak jest zdania, że o sprawach poważnych nie da się opowiedzieć z humorem, ten zawiedzie się już przy pierwszych zdaniach :)

Żeby w fachu budowlanym cokolwiek zarobić, podstawą jest oczywiście solidny i wypłacalny inwestor. I nie ma tu żadnych sentymentów narodowych, wyznaniowych czy moralnych. "Jakby mi k*rwa zapłacili dwieście tysięcy za j*baną reklamę, tobym se, k*rwa, tampon do rzyci wsadził" - powiedział kiedyś prezes przed szerokim i różnorodnym audytorium, czym zyskał sobie nieśmiertelność wśród kawalarzy, podziw u pań oraz ksywę, idę o zakład, że nikt nie zgadnie jaką. W imię tej zasady wystarał się niegdyś o zlecenie na roboty budowlane od pewnej bardzo bogatej, mocno historycznej i obrosłej tradycją instytucji, posiadającej placówki w całej Polsce i za granicą. Choć programowo niedochodowa i statutowo niekomercyjna, dysponowała stałym i niewysychajacym źródłem kasiwa i dawała nadzieję na podźwignięcie firmy z ruiny, zakup nowych czerwonych mundurków, częściową spłatę żądań finansowych pewnego ogólnie szanowanego komornika, tudzież wymianę prezesowego mocno wysłużonego PT Cruisera na nieco nowszy model przedłużenia penisa.

Aby uniknąć kryptoreklamy, nie podam nazwy tej instytucji.
Powiem tylko, że na jej zlecenie mieliśmy za zadanie zbudować potężną dzwonnicę.

Kierownikiem - zgodnie z pragmatyką firmy - został mianowany człowiek, który się do tego najmniej nadawał, czyli niżej podpisany. Czerwone Brygady uległy mocnemu przetasowaniu, budowa bowiem polegała w dziewięćdziesięciu procentach na scalaniu i montażu sporej konstrukcji stalowej. Po skończeniu fundamentów odesłałem zatem cieśli, zbrojarzy i betoniarzy i zostałem sam na placu boju z brygadą czerwonych spawaczy. Słowo "czerwonych" nie oddaje we właściwy sposób istoty zjawiska, albowiem z powodu wzmiankowanej wyżej mizerii finansowej niejeden ze spawaczy zamiast zeszmaconej czerwonej kurtki nosił jakąś cywilkę albo świecił spod przedartych spodni białymi lub mniej więcej białymi kalesonami.

Z budowy ginęło wszystko - śruby, nakrętki, elektrody spawalnicze, resztki żelastwa, narzędzia, ropa, łopaty, konserwy… Nikogo nie złapałem za rękę, ale podejrzewałem, że moi pomysłowi ludzie w ten sposób starają się odkuć sobie dwumiesięczny brak wypłaty. Jak ja mało wtedy wiedziałem…

Siedziałem ja sobie kiedyś w mojej kierowniczej pakamerze, intensywnie pracując nad bułką z salcesonem, kawą "emerytką" i numerem periodyka "Miliarder", znalezionym pod wykładziną podczas wymiany podłogi i mocno już archiwalnym. Brygadzista zameldował, że kończą się gazy do cięcia. Szlag, myślę, kierowca z "Witka" pojechał z koparką na wymianę oleju. Kluczyki i dokumenty były oczywiście u mnie. Nie miałem do nikogo z ludzi wystarczającego zaufania, więc postanowiłem, że pojadę sam. Kazałem zapakować butle do samochodu, odpaliłem i pojechałem dwie wsie dalej, gdzie w dawnym GS-ie mieścił się punkt sprzedaży gazów technicznych. Jadę sobie tym białym Vito oklejonym firmowym szlaczkiem, ujechałem może z kilometr krętą dróżką wśród gospodarstw, kiedy nagle chłop, wyrzucający gnój z obory, na widok samochodu rzucił widły na kupę nawozu i wybiegł na drogę, machając ręką. Zjechałem na pobocze i opuściłem szybę. Na mój widok lekko się zdziwił, ale podszedł. Za nim ciągnął się aromat świeżego gnoju.

- Ke pasa, szeryf? - zagaiłem po śląsku.
- Ktoś ty je, młody? - zapytał, zezując na mnie spod daszka czapki z napisem Visit HAWAII.
- No dyć z budowy, obejrzyjcie se auto. Do gminy po gaz jada - mówię.
- Tyś sam je nowy?
- Ja, nowy, iyny dwa tydnie sam robia - co było prawdą, bo wcześniej byłem na innej budowie.
- A kaj je tyn szofer co zawsze? - wieśniak był podejrzliwy.
- Tyn pod fonsym, ruby, łysy? Rewir mo, heksa go chyciła - zełgałem gładko, nabierając pewnych podejrzeń. - A czamu sie pytocie? Mocie co do niego?

Chłopina potarł nieogolony policzek:

- Wisza mu kasa - wyznał w zafrasowaniu - za elektrody. Ino nie godej żodnymu na budowie, dobra? Trzimej - z kieszeni kurtki "Parmalat" wyjął pół litra i podał mi przez okno. - Znosz takiego, kierego wołajom Yksmen? Dej mu ta halba i powiedz, że bych wzion jeszcze z dycha tego rubego kabla co ostatnio. Ino nie godej żodnymu!
- Ja, szeryf, spoko, się załatwi. Bydźcie zdrowi, jada. Aha, jak wom leci, cobych wiedzioł co Iksmenowi pedzieć?
- Powiydz mu: stary Jorg. Bydzie wiedzioł.

Pożegnałem starego Jorga i pojechałem dalej z mieszanymi uczuciami. Ja ci pokażę, ty chamski cycku jeden, pomyślałem mściwie pod adresem kierowcy i jego lewych interesów. Gruby kabel, którego dziesięć metrów stary Jorg chętnie by zakupił od Iksmena, to oczywiście nowiutki przewód spawalniczy, który w niewytłumaczalny sposób zniknął z budy dwa dni wcześniej. Stary Jorg, Nowy Jork… Obmyśliłem dla obu delikwentów tak wyrafinowane męki, że sam Torquemada zbladłby z zawiści… W bojowym nastroju zajechałem na GS. Młody facet w kombinezonie wyszedł na zewnątrz, żeby pomóc mi wyładować butle i załadować pełne.

- Czejś, godej mi Łuki - śląski naród jest dość towarzyski. - Wiela tego mosz?
- Dwa acetyleny i szejś tlenówek.
- Kaj je Norbert?
- Wzion kopara i pojechoł na wymiana oleju - tym razem powiedziałem prawdę.

Łuki spojrzał na mnie dziwnie i zajął się wtaczaniem pustych butli do zasieku.

- Tyś je szofer abo robol? - spytał.
- Robol - odpowiedziałem, licząc na to, że w służbowym waciaku, przybrudzonych dżinsach, gumofilcach, rękawicach i czarnej czapce Norberta wyglądałem dość przekonująco.
- Bez mała tyn wosz kerownik żodnymu nie pozwalo tym autym jeździć, ino on a Norbert?
- Ja, ale dziś musioł - zaśmiałem się i wykonałem dwoma palcami typowo polski gest po szyi, na co Łuki zarżał z pełnym zrozumieniem.
- Jak sam od wos chłopy po gaz jeździli, to mi godali o tym waszym kerowniku… On je richtig taki ciul jak godajom?
- Ciuuuul?! Chopie, łon nie je zwykły ciul! Łon je ch*j jak dzwon, czepio się kożdego jak franca <font color=red>[...]</font>, a roboty pilnuje choby pies! - Nie mogłem pozwolić umknąć okazji i wystawiłem sobie milutką laurkę.

Łuki oparł się o butlę z acetylenem, zapalił "Męskiego" i rzecze:

- Hehe, pilnuje, godosz… Chyba je ślepy. Jorg wyhandlowoł z budowy pół wagona elektrod, kable i śruby, bo od niego zięć szklarnia stawio za gliniokiem… Hynio, tyn co mo Zetora, wzion beczka ropy za trzy stówy… Wiesz kaj wójt buduje? Pod lasem? Kupił od Norberta karton konserw i sztyry nowe łopaty do tych co mu na budowie puce kładą… I ty mi godosz, że łon pilnuje? Widza, żeś je nowy…

- O ja pierkurwadolę - powiedziałem szczerze, zbierając szczękę z okolic drugiego guzika w rozporku.

- Słuchej dalej - mówi Łuki. - Ale tak jak Norbert tego kerownika w ch*ja zrobił, to chyba żodyn inny. Pedzioł mu, że jedzie koparką na serwis do miasta? Jaaaaa? A jo ci godom, że olej wymienił u mojego szwagra w stodole, a teroz mu na fucha fundamenta kopie, pół wsi już obkopoł… Czekej, zaroz dostaniesz faktura, napisza ci drożyj, tak jak Norbertowi. Aaa, i przypomnij mu, że mi leci stówa za te lewe rachunki.

Poszedłem do biura hurtowni, gdzie właśnie Łuki pisał mi fakturę, podśpiewując pod nosem coś w stylu "…bo Dżony Dżony Dżony polował na mamuty…" w modnym wówczas rytmie diskopolo. Podał mi gotową fakturę (zawyżoną o jakąś stówkę), którą miałem podpisać. Podpisałem… Po czym ruchem rodem prosto z kultowego westernu "W samo południe" wyjąłem z kieszeni waciaka pieczątkę, przystawiłem na oryginale i kopii, oryginał schowałem do kieszeni i wyszedłem zbaranianego Łukiego, kontemplującego stojące na moim podpisie odbite z pieczątki słowa "KIEROWNIK BUDOWY, SŁAWOMIR Ł…SKI".

Ze śmiercią w oczach kopniakiem docisnąłem drewniany klin trzymający butle, wskoczyłem do samochodu i spaliłem gumy z GS-owskiego placu.

Ktoś spyta, co z tym zrobiłem. Nic nie zrobiłem.
Honorowo dokończyłem dzwonnicę, po czym pojechałem do centrali i napisałem pewien składający się z dwu linijek dokument.
Podpisałem go i opieczętowałem identycznie jak tamtą pamiętną fakturę, po czym złożyłem na biurku prezesa.
Prezes był chwilowo nieobecny, kontemplując na parkingu swoją nowiutką Toyotę RAV4.
Poszedłem na zaplecze pożegnać się z robotnikami.

Następnego dnia byłem wolny.