Stosunki Polsko-Białoruskie
: 05 sie 2005, 11:00
Od kilku tygodni stosunki dyplomatyczne z Białorusią sa napięte, po wydaleniu polskiego Urzednika (oskarżonego przez wladze Łukaszenki o szpiegowstwo) Polska odpowiedziała identycznym ruchem i tak kręcono się w kółko. Oprócz tego Białoruskie władze skazują na karę od 10 do 15 dni więzienia działaczy Związku Polaków.
Andrzej Pisalnik skazany na 10 dni. Milicja i prokuratura dręczą prezes Związku Polaków na Białorusi, Andżelikę Borys przesłuchaniami i groźbami zamknięcia
Pisalnik był oskarżony o to, że 3 lipca, kiedy Białoruś obchodzi Dzień Niepodległości, zorganizował i prowadził koncert zespołów ludowych przed Domem Polskim w Szczuczynie. Przed, a nie w środku, bo szef miejscowego oddziału ZPB, który występuje przeciw Andżelice Borys, nie chciał otworzyć budynku, w którym miał się odbyć zaplanowany wcześniej koncert.
Za to samo już w poprzednią środę dostali w Lidzie kary od 10 do 15 dni więzienia trzej działacze ZPB: Józef Porzycki, Andrzej Poczobutt i Mieczysław Jaśkiewicz.
W czwartek obrońca Pisalnika Aleksandr Biriłow oraz sędzia Walentyn Szewczyk próbowali dowiedzieć się od milicjantów, którzy występowali na rozprawie jako jedyni świadkowie, na czym konkretnie polegała wina oskarżonego. Milicjanci zgodnie odpowiadali, że Pisalnik "konkretnie był obecny na koncercie", który ich zdaniem był "imprezą niezgodną z prawem". Uważali, że Pisalnik "organizował i prowadził imprezę", bo "podchodził do jej uczestników i rozmawiał z nimi po polsku".
- O czym? - interesował się sędzia.
- Nie wiem, bo polskiego nie znam - odpowiadali po kolei milicjanci.
- A jakie jest pańskie otczestwo? - zapytał sędzia jednego z nich.
Kiedy usłyszał, że Stanisławowicz, zapytał zdziwiony: - Stanisławowicz nie rozumie po polsku?
Wydawało się, że po takich zeznaniach świadków oskarżenia, Pisalnik zostanie uznany za niewinnego. Ale sam oskarżony, który nie pierwszy raz stawał przed białoruskim sądem, był pewny, że i tak go skażą. I rzeczywiście dostał 10 dni "za organizowanie i przeprowadzenie sprzecznej z prawem imprezy".
Prezes Borys, której wszyscy współpracownicy już siedzą, czwartek spędziła na dwóch przesłuchaniach. Na pierwszym - w prokuraturze rejonowej - dwaj prokuratorzy ostrzegali ją, że jeśli nadal jej zwolennicy będą przychodzić pod zajętą przez milicję siedzibę ZPB w Grodnie i jeśli nadal będzie "rozpalać konflikt międzypaństwowy", też zostanie aresztowana.
Na drugim, oficer śledczy milicyjnego wydziału do walki z przestępczością gospodarczą wypytywał ją o Pisalnika. Kiedy Borys wyszła z drugiego przesłuchania, była tak znękana, że, jak się nam przyznała, nie bardzo już rozumiała, o co pytają ją dziennikarze. - Marzę tylko o tym, by wreszcie znaleźć się w domu - powiedziała.
W tym samym czasie pod konsulatem RP w Grodnie zebrało się kilkunastu młodych ludzi demonstrujących - jak mówili - przeciw temu, co się dzieje między Polską a Białorusią. Przyznali, że przyszli na telefoniczne polecenie z Białoruskiego Republikańskiego Związku Młodzieży, organizacji wzorującej się na sowieckim Komsomole.
Demonstranci dostali plakaty z napisami "Białoruś, spokojny dom dla wszystkich ludzi" i "Polska! My chcemy prawdy, telewizja kłamie". Trzymająca ten ostatni plakat studentka, Natalia Łobzowska przyznała, że nie bardzo wie, o które kłamstwa której telewizji jej chodzi.
Jeszcze przed rozprawą Pisalnika, w czwartek rano, ktoś przebił opony samochodu Telewizji Polskiej zaparkowanego na strzeżonym parkingu w Grodnie. Kamerzysta nie zdążył więc na czas dojechać do Lidy.
zródło: gazeta.pl
Andrzej Pisalnik skazany na 10 dni. Milicja i prokuratura dręczą prezes Związku Polaków na Białorusi, Andżelikę Borys przesłuchaniami i groźbami zamknięcia
Pisalnik był oskarżony o to, że 3 lipca, kiedy Białoruś obchodzi Dzień Niepodległości, zorganizował i prowadził koncert zespołów ludowych przed Domem Polskim w Szczuczynie. Przed, a nie w środku, bo szef miejscowego oddziału ZPB, który występuje przeciw Andżelice Borys, nie chciał otworzyć budynku, w którym miał się odbyć zaplanowany wcześniej koncert.
Za to samo już w poprzednią środę dostali w Lidzie kary od 10 do 15 dni więzienia trzej działacze ZPB: Józef Porzycki, Andrzej Poczobutt i Mieczysław Jaśkiewicz.
W czwartek obrońca Pisalnika Aleksandr Biriłow oraz sędzia Walentyn Szewczyk próbowali dowiedzieć się od milicjantów, którzy występowali na rozprawie jako jedyni świadkowie, na czym konkretnie polegała wina oskarżonego. Milicjanci zgodnie odpowiadali, że Pisalnik "konkretnie był obecny na koncercie", który ich zdaniem był "imprezą niezgodną z prawem". Uważali, że Pisalnik "organizował i prowadził imprezę", bo "podchodził do jej uczestników i rozmawiał z nimi po polsku".
- O czym? - interesował się sędzia.
- Nie wiem, bo polskiego nie znam - odpowiadali po kolei milicjanci.
- A jakie jest pańskie otczestwo? - zapytał sędzia jednego z nich.
Kiedy usłyszał, że Stanisławowicz, zapytał zdziwiony: - Stanisławowicz nie rozumie po polsku?
Wydawało się, że po takich zeznaniach świadków oskarżenia, Pisalnik zostanie uznany za niewinnego. Ale sam oskarżony, który nie pierwszy raz stawał przed białoruskim sądem, był pewny, że i tak go skażą. I rzeczywiście dostał 10 dni "za organizowanie i przeprowadzenie sprzecznej z prawem imprezy".
Prezes Borys, której wszyscy współpracownicy już siedzą, czwartek spędziła na dwóch przesłuchaniach. Na pierwszym - w prokuraturze rejonowej - dwaj prokuratorzy ostrzegali ją, że jeśli nadal jej zwolennicy będą przychodzić pod zajętą przez milicję siedzibę ZPB w Grodnie i jeśli nadal będzie "rozpalać konflikt międzypaństwowy", też zostanie aresztowana.
Na drugim, oficer śledczy milicyjnego wydziału do walki z przestępczością gospodarczą wypytywał ją o Pisalnika. Kiedy Borys wyszła z drugiego przesłuchania, była tak znękana, że, jak się nam przyznała, nie bardzo już rozumiała, o co pytają ją dziennikarze. - Marzę tylko o tym, by wreszcie znaleźć się w domu - powiedziała.
W tym samym czasie pod konsulatem RP w Grodnie zebrało się kilkunastu młodych ludzi demonstrujących - jak mówili - przeciw temu, co się dzieje między Polską a Białorusią. Przyznali, że przyszli na telefoniczne polecenie z Białoruskiego Republikańskiego Związku Młodzieży, organizacji wzorującej się na sowieckim Komsomole.
Demonstranci dostali plakaty z napisami "Białoruś, spokojny dom dla wszystkich ludzi" i "Polska! My chcemy prawdy, telewizja kłamie". Trzymająca ten ostatni plakat studentka, Natalia Łobzowska przyznała, że nie bardzo wie, o które kłamstwa której telewizji jej chodzi.
Jeszcze przed rozprawą Pisalnika, w czwartek rano, ktoś przebił opony samochodu Telewizji Polskiej zaparkowanego na strzeżonym parkingu w Grodnie. Kamerzysta nie zdążył więc na czas dojechać do Lidy.
zródło: gazeta.pl