Bunt polskich miast
Strzeżcie się, bo nadchodzi koniec: czas, kiedy nasze miasta kształtowała wąska elita lokalnych polityków, podległych im urzędników i skutecznych deweloperów mija bezpowrotnie.
Poznań - miasto know-how. Tak brzmi oficjalny slogan Poznania. Miasto, niczym koncern produkujący śrubki, "wie jak", miasto zna technologię. I Poznań rzeczywiście ma patenty: wie, jak zdobyć inwestora, który wybuduje nowy dworzec, a przy okazji gigantyczne centrum handlowe. Patent nie obejmuje, niestety, budowy przejścia dla pieszych, które skraca o połowę drogę z tramwaju do pociągu, więc podróżni będą biegali z walizami kilkaset metrów. Oczywiście przez centrum handlowe. Poznań ma patent na odnawianie elewacji swoich kamienic, ale nie reaguje, kiedy w prywatnych kamienicach bandziory dręczą lokatorów, a dla zadłużonych szykuje kontenery. Miał też Poznań sprawdzone know-how, jak upadającą ożywić upadającą główną ulicę św. Marcin: nie martwmy się, że ludzie zniknęli, a lokale stoją puste, poczekajmy - rynek wszystko wyreguluje.
***
Ale filozofia "miasto know-how" właśnie bankrutuje. W każdej z tych spraw mieszkańcy pokazali, że to oni, a nie miasto, "wiedzą jak", i że trzeba się z nimi liczyć. Zorganizowali się spontanicznie i bronili dręczonych lokatorów, walczą o przejście przy dworcu i po latach zmagań (czytaj obok) przekonali urzędników, by nadać św. Marcinowi ludzki wymiar.
Opór mieszkańców będzie coraz silniejszy. Bo dziś nie ma już zgody na filozofię, w której traktuje się ich i tkankę miasta (kamienice, ulice, ziemię, transport) tylko jak "bazę podatkową", którą trzeba zwiększać, więc lepiej pozwolić deweloperowi budować niezgodnie z miejskimi planami, lepiej wynająć lokal bankowi, niż dać ulgi kawiarence z książkami, i lepiej zamienić wąski chodnik w parking, bo kierowcy za stanie płacą, a piesi za chodzenie - nie.
***
Poznań to tylko przykład - wiele miast zapomina, czym są i dla kogo są. Ale dzisiaj setki miejskich i osiedlowych stowarzyszeń skutecznie im o tym przypominają. Tysiące ludzi, którym nie jest wszystko jedno, co dzieje się wokół nich, walczy o place zabaw, ścieżki rowerowe, deptaki, budżety obywatelskie.
W niektórych miastach gra toczy się o sprawy dużo ważniejsze niż obrona placu zabaw czy stworzenie placyku z estetycznymi ławeczkami. Bo obok miast, w których władza nie zwraca uwagi na mieszkańców, są i takie, o których w ogóle zapomniano! Tak ma prawo czuć się ponad 200-tysięczny Radom. Od pół wieku obiecujemy jego mieszkańcom przyzwoite połączenie kolejowe z Warszawą. To wielki wstyd, że w ostatnich latach zainwestowaliśmy miliardy w autostrady, dworce, stadiony, ale nie wystarczyło choćby na kilkukilometrową mijankę na tej jednotorowej linii. Efekt - życie tysięcy radomskich rodzin jest zdezorganizowane, bo ich członkowie zostali sprowadzeni, literalnie, do roli koni pociągowych.
***
To naprawdę dziwne, że Radom znów się nie zbuntował, jak w 1976 r. Ale zbuntuje się na pewno Opole.
Miasto i region dramatycznie się wyludniają. Opolszczyznę ogłoszono w Sejmie specjalną strefą demograficzną. Wielką szansą miała być, zapowiadana od lat (nawet w exposé premiera), gigantyczna rozbudowa opolskiej elektrowni - miała dać pracę tysiącom ludzi, a miastu szanse na stabilizację. Ale kilka tygodni temu należąca do państwa grupa PGE ogłosiła, że inwestycja się nie opłaca i jej nie będzie.
Na co ma teraz liczyć Opole? Według speców od know-how zapewne na napływ "klasy kreatywnej", która stworzy tu centra HR, R&D oraz IT. Nawet gdyby się coś takiego wydarzyło, a nie wydarzy, oznaczałoby to prawdopodobnie pracę dla pięćdziesięciu zdolnych absolwentów Politechniki. Dlatego opolanie nie odpuszczą i tak jak 15 lat temu bronili swego województwa, tak dziś upomną się o złożone im obietnice.
źródło:
http://wyborcza.pl/piatekekstra/1,13251 ... borcza#Cuk