Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Terminal LNG zagrożony
Poniedziałek, 25 marca (09:30)

Konsorcjum odpowiedzialne za budowę gazoportu może się rozpaść. W problemach toną PBG i Saipem, dwie główne z czterech firm realizujących kluczową z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego kraju inwestycję.
Obrazek
Nie ma pewności, czy znajdujące się w upadłości PBG przetrwa na placu budowy kolejny miesiąc. W piątek zarząd spółki przyznał, że możliwość kontynuowania przez nią działalności jest zagrożona. Wyniki roczne firmy są druzgocące: 3,7 mld zł straty, spadek przychodów o 50 proc.

Czy budowa wartego 2,1 mld zł terminalu do odbioru gazu skroplonego (LNG) stanie? Polskie LNG, państwowa spółka odpowiedzialna za uruchomienie świnoujskiego terminalu, nie ukrywa obaw. - Sytuacja PBG poważnie nas martwi. Jesteśmy z nimi w stałym kontakcie - zapewnia Maciej Mazur, rzecznik Polskiego LNG.

Zejście PBG z placu budowy nie byłoby problemem, gdyby lider konsorcjum, włoski Saipem, zaproponował nowy scenariusz, który pozwoliłby mu się wywiązać z kontraktu. Tyle że Włosi sami są w tarapatach. Firmą należącą do koncernu ENI targają afery korupcyjne. Do dymisji podał się jej szef Pietro Tali, do tego dochodzą słabe wyniki finansowe. W styczniu fundusze inwestycyjne zaczęły wyprzedawać jej akcje. Notowania spółki na mediolańskiej giełdzie spadły o 39 proc. ENI już głośno mówi o sprzedaży Saipemu.

Polskie LNG przekonuje, że ma plan awaryjny, choć każda ewentualność spowoduje gigantyczne opóźnienia w realizacji projektu. A pierwszy statek z gazem do nowego terminalu ma przypłynąć w II połowie 2014 r.

- - - - -

Statek z LNG nie będzie czekać na koniec budowy gazoportu

Polskie LNG, operator budowanego w Świnoujściu gazoportu, boi się, że znajdująca się w upadłości spółka PBG zejdzie z placu. Jej kondycja jest dramatyczna. Zobowiązania PBG na koniec 2012 r. wyniosły 4,18 mld zł, ale faktyczna wartość zadłużenia może być jeszcze większa. Audytor, spółka Grant Thornton, nie wydał w minionym tygodniu opinii o sprawozdaniu finansowym, bo PBG w raporcie ujęła zobowiązania, które nie zostały potwierdzone przez wierzycieli.

Jeśli PBG wypadnie z konsorcjum budującego terminal LNG, włoski Saipem, lider konsorcjum, przejmie jego zobowiązania. Sytuację zaogniają jednak afera korupcyjna wokół Saipemu i pogłoski o planach sprzedaży spółki przez jej właściciela - ENI. To mogłoby oznaczać całkowity rozkład konsorcjum (wcześniej w wyniku upadłości likwidacyjnej z placu budowy wycofała się już Hydrobudowa, spółka z grupy PBG, na której spoczywał główny ciężar robót). - To byłby scenariusz najgorszy z możliwych. Musielibyśmy rozpisać nowe postępowanie przetargowe, zinwentaryzować to, co już jest na budowie, a nowy podmiot musiałby wypracować technologię dokończenia budowy - wylicza nam jeden z menedżerów PLNG.

Opóźnienia w inwestycji byłyby gigantyczne. Już teraz wykonawcy są spóźnieni z robotą o kilka miesięcy, a obiekt ma być gotowy do 30 czerwca 2014 r. Eksperci nie mają wątpliwości - w sytuacji gdy konsorcjum miałoby zejść z placu, terminów nie da się obronić.

Całą sytuację obserwuje Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Koncern już w połowie 2009 r. zakontraktował w Katarze dostawy 1,5 mld m sześc. skroplonego gazu rocznie. Pierwszy statek z LNG z firmy Qatargas przypłynie do Świnoujścia już w II połowie przyszłego roku. Możliwe, że gazoport nie będzie wtedy jeszcze gotowy. Z naszych informacji wynika, że PGNiG już bada możliwość awaryjnego odbioru LNG za granicą. W grę wchodzą terminale w Rotterdamie, belgijskim Zeebrugge oraz w Norwegii. Problem w tym, że z żadnego z nich nie ma możliwości dostarczenia surowca gazociągiem do Polski.

Te zagraniczne poszukiwania sugerują, że PGNiG bierze pod uwagę możliwość odsprzedania gazu, który przypłynie z Kataru. Odsprzedaż byłaby zaś możliwa tylko, jeśli w kontrakcie z Qatargasem nie byłoby popularnej w tej branży klauzuli zakazującej reeksportu lub też PGNiG przymierzałby się do renegocjacji tego zapisu w umowie. Koncern i resort skarbu zapowiedziały bowiem chęć renegocjowania katarskiego kontraktu, choć z innego powodu. Według Mikołaja Budzanowskiego, ministra skarbu, jest szansa, by powtórzyć sukces negocjacyjny z Gazpromem i przekonać Katarczyków do obniżki ceny. Zdaniem Andrzeja Szczęśniaka, niezależnego analityka rynku, za LNG Katarczykom polski koncern będzie musiał płacić nawet o 20-30 proc. więcej, niż płacił Gazpromowi przed renegocjacją formuły cenowej.

Nawet jeśli PGNiG będzie mógł odsprzedać gaz z Kataru, może mieć problem z zarobkiem na tej transakcji. Istnieje więc ryzyko, że polski koncern będzie jedną z ofiar problemów z gazoportem. Ewentualne opóźnienia w budowie świnoujskiego terminalu to zła wiadomość także dla Orlenu, firm chemicznych i energetycznych. Żadna z nich jednak dotąd nie zawarła kontraktu na dostawy LNG, jednak liczyły one, że w miarę szybko uzyskają dostęp do alternatywnego w stosunku do PGNiG źródła zaopatrzenia w gaz.

źródło: http://biznes.interia.pl/wiadomosci/new ... ny,1904362
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

"Fakt": Lubisz szynkę? Uważaj, bo może w niej być...
Połowa Polski mogła zaopatrywać się w mięso pochodzące z ubojni spod Rawy Mazowieckiej należącej do Piotra M. I być może nie jest to jedyna ubojnia, która przerabia padlinę. Zakłady mięsne, wędliniarskie i małe przetwórnie mogły z mięsa chorych czy nawet padłych zwierząt produkować popularne wędliny, takie jak szynka parzona, kiełbasy czy pasztety. Technolog żywności zdradza w Fakcie kulisy tego ohydnego procederu.
Obrazek
Jak to w ogóle możliwe, by w cywilizowanym kraju masarnie mogły przyjmować i przerabiać na wędliny mięso pochodzące z chorych, a nawet padłych zwierząt? – Tu z pomocą przychodzi technologia i chory system nadzoru weterynaryjnego – tłumaczy Henryk Kopczyński, technolog żywienia. – Z zakładów wygoniono sanepid, teraz pełnię władzy ma weterynariat i w efekcie mamy aferę za aferą. Nawet padlinę się zagospodaruje, tylko odpowiednio wcześniej naszprycuje się ją chemią, zabarwi, pomaluje, zmieli oraz obrobi w wysokiej temperaturze i wyrób gotowy. Co z tego, że będzie on śmierdział i szybko się zepsuje, bo już bakterie gnilne zrobiły swoje. Liczy się kasa, i to duża kasa – dodaje ekspert.

Mięso z wybrakowanych i chorych zwierząt, jak tłumaczą nasi informatorzy, trafia do produktów tanich lub sezonowych przygotowywanych na promocję. Szczególnie podatne na faszerowanie padliną są szynki. Polacy najczęściej kupują szynkę parzoną wędzoną. Właśnie ta może być wyprodukowana z wieprzowej „padliny”. Trafia przed wędzeniem i parzeniem do chemicznej kąpieli, gdzie zabijane są bakterie, po tym jest malowana, podwędzana i parzona w gorącej wodzie. Podobnie jest z kiełbasami, mielonkami i pasztetami. Są obrabiane na gorąco. – Po obróbce cieplnej, gdy wszystkie zarazki zostały wybite, i po okraszeniu chemią małe jest ryzyko zatrucia – kończy technolog żywności.

źródło: http://biznes.onet.pl/fakt-lubisz-szynk ... rasa-detal
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

A może by tak w Lubinie ... ?
==================================
Żory chcą wprowadzić bezpłatną komunikację miejską
Być może już w drugiej połowie roku mieszkańcy Żor (Śląskie) będą jeździć autobusami za darmo. Bezpłatną komunikację w mieście postanowiły wprowadzić lokalne władze, tłumacząc to względami społecznymi i ekologicznymi. W czwartek poinformowały o swoich planach.
Obrazek
Z analiz żorskiego magistratu wynika, że liczba pasażerów miejskich autobusów w ostatnich latach systematycznie spada, co skutkuje coraz wyższymi cenami biletów. Rośnie też dopłata z budżetu gminy do komunikacji. Obecnie stanowi ona 72 proc. kosztów przewoźnika. Wzrost cen biletów w jeszcze większym stopniu ogranicza liczbę korzystających z komunikacji i błędne koło się zamyka – tłumaczą lokalne władze.

W liczących prawie 61 tys. mieszkańców Żorach z 12 linii autobusowych korzystają przede wszystkim dzieci i młodzież oraz osoby starsze i niezamożne. W wielu rodzinach, szczególnie wielodzietnych, wydatki na transport stanowią poważną pozycję w rodzinnych budżetach.

„Bezpłatną komunikację miejską (...) postanowiliśmy wprowadzić biorąc pod uwagę względy społeczne, ale również ekologiczne. Jesteśmy przekonani, że w znacznym stopniu ułatwi to naszym mieszkańcom dostęp do edukacji, kultury, sportu i rekreacji, a także poprawi dostępność miejsc pracy” - powiedziała Anna Ujma, doradca prezydenta Żor w dziedzinie promocji i informacji.

Jak dodała, miasto ciągle się rozwija, nowe dzielnice mieszkaniowe i zakłady pracy są coraz bardziej oddalone od centrum. Bezpłatna komunikacja miejska ma skrócić ten dystans. Urzędnicy mają też nadzieję, że dzięki bezpłatnej komunikacji wielu mieszkańców przesiądzie się z prywatnych samochodów do autobusów, co będzie skutkowało zmniejszeniem emisji spalin i hałasu.

„Naszym strategicznym celem jest miasto przyjazne mieszkańcom. Do bardzo dobrego systemu komunikacji drogowej, zapewnienia miejsc w przedszkolach publicznych wszystkim chętnym, rozbudowy infrastruktury kultury i rekreacji, tworzenia nowych miejsc pracy dokładamy komfort bezpłatnego transportu miejskiego” - zaznaczyła Ujma.

Władze chcą, by nowe rozwiązanie weszło w życie najszybciej jak to będzie możliwe. Wcześniej Żory muszą wystąpić z Międzygminnego Związku Komunikacyjnego. Ostateczny termin wprowadzenia bezpłatnej komunikacji będzie zależał od zakończenia negocjacji z MZK. Jeżeli rozmowy zakończą się szybko, może to nastąpić w drugiej połowie bieżącego roku. Jeśli to się nie uda, wówczas do końca czerwca zapadnie decyzja o wystąpieniu ze Związku i bezpłatna darmowa komunikacja zacznie działać od 1 stycznia 2014 r.

Jak zaznaczyła Ujma, władze Żor mają świadomość, że wprowadzenie bezpłatnej komunikacji nie jest możliwe w większych miastach, gdzie system transportu miejskiego jest bardziej rozbudowany i kosztowny. W Żorach, na tle innych miast, jest on tani. Wprowadzenie bezpłatnych przejazdów zwiększy wydatki miasta z 2,4 do 3,3 mln zł rocznie.

źródło: http://biznes.onet.pl/zory-chca-wprowad ... news-detal
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarz internauty:

~O2 :
No i co minister rolnictwa dalej będzie uważał że nic się nie dzieje, a sam premier nawet słowa o tych skandalach nie powie?
Sól drogowa, przeterminowane i sproszkowane jaja, trutka na szczury, środek na wszy w lodach, konina zamiast wołowiny, mięso z padłych zwierząt. Czekam na strychninę, kwas pruski lub mięso ze szczurów zamiast wieprzowiny!

=============================================
Obrazek
Aż 30 ton podejrzanego mięsa znalazła prokuratura w ubojni Piotra M. w Rosławowicach pod Białą Rawską. Mięso było ukryte w tajnym pomieszczeniu, którego mężczyzna nie pokazał podczas przeszukania po zajęciu transportu z bydłem. Miejsce ukrycia mięsa dzięki pomocy informatorów ujawnili reporterzy "Faktu".
Obrazek
Dziennikarze "Faktu" zdobyli informację o ukrytym pomieszczeniu na terenie ubojni. W nim miało się znajdować nawet kilkadziesiąt ton mięsa ukrytego przed prokuraturą i inspekcją weterynaryjną. Według ich informacji, dla rutynowych kontroli w ubojni była przygotowana mroźnia, którą pokazywano lekarzom weterynarii. Jednak nie trafiało tam całe przerabiane mięso. Resztę chowano do pomieszczenia ukrytego w głębi rzeźni.

Było tak zakamuflowane, że przy pierwszym przeszukaniu nie sposób było je odkryć.

Za wrotami garażowymi stały samochody. Pomieszczenie wyglądało na zwykły garaż. Wystarczyło jednak wejść do kolejnego, by trafić do przedsionka tajnej mroźni. Nawet to jednak mogło zmylić śledczych. W ścianie ukryto wrota do ukrytego pomieszczenia z agregatami chłodniczymi. Dostępu doń broniła stalowa płyta przytwierdzona do ściany nitami. By ją odsunąć, trzeba było zdjąć nity. Tam na klienta czekało zamrożone, zapakowane w palety mięso. Każda paleta to prawie tona mrożonego mięsa!

Zapasy były ogromne. - Zabezpieczyliśmy 30 ton mięsa bez dokumentacji. Pobraliśmy próbki, by je przebadać i stwierdzić, czy mięso nie pochodzi od chorych lub padłych zwierząt - powiedział Faktowi prok. Krzysztof Kopania, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Łodzi.

W ub. tygodniu prokuratura w Rawie Mazowieckiej postawiła 43-letniemu Piotrowi M., właścicielowi ubojni, zarzuty oszustwa i usiłowania oszustwa oraz naruszenia przepisów karnych ustawy o ochronie zdrowia zwierząt i zwalczania chorób zakaźnych zwierząt.

Wszystkie mają związek z podejrzeniem, że do ubojni, którą prowadził trafiało martwe i chore bydło. Grozi mu kara do ośmiu lat więzienia. Mężczyzna został aresztowany, ale po wpłaceniu 150 tys. zł opuścił areszt.

Według ustaleń prokuratury Piotr M., prowadząc tzw. działalność nadzorowaną w postaci ubojni, nie spełniał wymogów weterynaryjnych i tym samym produkował żywność o złej jakości, która nie spełniała parametrów zdrowotnych, a być może stanowiła zagrożenie dla zdrowia konsumentów.

Zarzut usiłowania oszustwa wiąże się z prawdopodobnie celowym wywiezieniem z ubojni 18 ton mięsa, które znaleziono w samochodzie - chłodni zaparkowanej w pobliżu stacji diagnostycznej, która również należy do właściciela ubojni. Mięso było w różnej formie przetworzenia, ale nie nadawało się do wprowadzenia do obrotu, bowiem nie miało żadnych oznaczeń weterynaryjnych ani dokumentacji.

Fatalne wyniki kontroli

Kilka dni temu przy wjeździe do jednej z ubojni w okolicach Białej Rawskiej policja skontrolowała transport bydła, które miało trafić do zakładu. Z 24 sztuk aż dziewięć zwierząt było martwych. Pozostałe były w krytycznym stanie. Część z nich miało złamania; większość była poobijana, nie była w stanie samodzielnie opuścić części ładunkowej tira. Konieczne było ich humanitarne uśmiercenie. Przeprowadzone sekcje padłych zwierząt wykazały, że krowy były chore.

Z dokumentów wynikało, że bydło było zakupione od hodowców indywidualnych, a transport przyjechał z terenu województwa kujawsko-pomorskiego. Policja zatrzymała 43-letniego właściciela zakładu; służby weterynaryjne zdecydowały o zamknięciu zakładu. Z zeznań części świadków wynika, że proceder trwał w zakładzie od dłuższego czasu.

Śledczy ustalili, że mięso z tej ubojni trafiło do co najmniej 16 firm wędliniarskich z województwa łódzkiego, wielkopolskiego, mazowieckiego, śląskiego i dolnośląskiego.

W związku z tą sprawą prokuratura zamierza zastosować zakaz prowadzenia działalności gospodarczej wobec 43-letniego właściciela ubojni. Do prokuratury trafiły też dwa zawiadomienia powiatowego lekarza weterynarii z Rawy Mazowieckiej o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez lekarzy sprawujących nadzór nad ubojnią.

Według prokuratury, dotyczą one dwóch lekarzy, którzy zostali wyznaczeni do sprawowania nadzoru nad ubojem zwierząt rzeźnych, w tym badania przed i po uboju, oceny mięsa oraz nadzoru nad przestrzeganiem przepisów o ochronie zwierząt w trakcie uboju i wyładunku w zakładzie prowadzonym przez podejrzanego.

źródło: http://wiadomosci.onet.pl/regionalne/lo ... omosc.html
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarz internauty:
~emeryt

Tak długo jak ich się nie wezmie za pysk i zwali z tych stołków to nic się nie zmieni. Przykro że trzeba używać brzydkich słów ale to już zakrawa o pomstę.Ludzi przecież my nie mamy już nic do stracenia.

=====================================
Obrazek

Ile kosztowały podatników bilety samolotowe marszałka senatu Bogdana Borusewicza, który trasę dom-praca-dom pokonywał średnio co trzy dni? Sporo. Naprawdę sporo...


"Super Express" dotarł do zestawienia rejsowych przelotów Borusewicza. I co się okazało? Marszałek senatu trasę Warszawa-Gdańsk-Warszawa pokonał 713 razy w ciągu sześciu lat. Tym samym, między 2007 a 2013 rokiem, jak zauważa tabloid, Borusewicz meldował się na pokładzie rejsowego samolotu średnio co trzy dni. Często leciał do Gdańska (do domu) na kilka godzin i wracał tą samą trasą do Warszawy (do pracy).

Koszt jednego przelotu kancelaria senatu oszacowała na 510-540 złotych. Po podliczeniu rachunek wystawiony budżetowi państwa opiewa na kwotę rzędu około 360-380 tysięcy złotych. Sporo. Pracownicy kancelarii senatu zapewniają, że wszystkie loty marszałka Borusewicza były związane z obowiązkami służbowymi. Rozmówcy Super Expressu twierdzą jednak co innego...

Jakby nie było, jedno jest pewne - słuszną linię ma nasza władza!

źródło: http://politykier.pl/kat,1025797,wid,15 ... omosc.html
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarz internauty:

emperor_161th

1,5 tys ? To chyba za zapukanie do drzwi.

========================================
Dyrektor kopalni wyznał: Brałem łapówki, żałuję
Obrazek
Tego jeszcze nie było. Dyrektor kopalni przyznał się do brania łapówek od firmy dostarczającej materiały dla górnictwa. Chce kary bez procesu. I może zostanie świadkiem w sprawie innych skorumpowanych dyrektorów

Chodzi o Piotra W., dyrektora należącej do Kompanii Węglowej kopalni Bielszowice. Jest pierwszym czynnym urzędnikiem górniczym, który złamał panującą w branży zmowę milczenia.

Do tej pory kadra kierownicza kopalń stanowczo odrzucała zarzuty, że kontrakty w górnictwie zdobywa się za pomocą łapówek. W. przyznał prokuratorom zwalczającym przestępczość zorganizowaną, że kiedy kierował kopalnią Polska-Wirek, brał pieniądze od przedstawicieli spółki dostarczającej materiały chemiczne wykorzystywane przy fedrowaniu węgla. Chodziło o trzy łapówki po 1,5 tys. zł każda.

- W. wyraził skruchę i przyznał, że jest mu z tego powodu wstyd - potwierdza prokurator Leszek Goławski, rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach.

Więcej: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/ ... NajCzytSST
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Obrazek
Dlaczego pociąg TLK "Chopin" nie zatrzymuje się w Zawierciu? Bo na odcinku Sosnowiec - Zawiercie nagminnie okradano podróżnych - twierdzi wiceminister transportu. - To obraźliwe. Żądamy zamknięcia dworca w Warszawie. Słyszeliśmy, że tam też kradną - odpowiadają urzędnicy z Zagłębia. Resort już przeprasza .

O trasę i przystanki pociągu TLK "Chopin" pytał poseł Jerzy Borkowski z Ruchu Palikota. Zagłębiowski parlamentarzysta był ciekaw, dlaczego zatrzymuje się on w Sosnowcu, a w Zawierciu już nie.

- To jedyny wieczorny pociąg klasy ekonomicznej, którym można wrócić ze stolicy. Pomija on jednak mieszkańców Zawiercia i całej północnej części województwa śląskiego - zwracał uwagę poseł.


Odpowiedź oburzająca

Sprawą już zajął się Andrzej Massel, wiceminister transportu. Wyjaśnienie jest proste. - "Chopin" nie zatrzymuje się na stacji w Zawierciu ze względu na nagminne przypadki okradania podróżnych na odcinku Sosnowiec - Zawiercie - twierdzi minister. Znalazł też drugi powód. W Zawierciu wsiadało i wysiadało zaledwie parę osób. Poseł Jerzy Borkowski nie ukrywa, że takie wyjaśnienie mocno go zaskoczyło.

- Odpowiedź jest oburzająca. Po to są przecież odpowiednie służby, także na kolei, żeby pilnowały bezpieczeństwa pasażerów - mówi poseł. Dodaje, że sugerowanie, że w Sosnowcu do pociągu wsiadają złodzieje, jest dla mieszkańców Zagłębia i dla niego osobiście obraźliwe. Zapowiada, że złoży kolejną interpelację. Chce, żeby minister podał dokładne dane dotyczące liczby kradzieży. - Boję się, że kierując się tą logiką, trzeba by zlikwidować także inne postoje - mówi.

W Warszawie też kradną

Odpowiedź bulwersuje też władze Sosnowca. - To porażające stanowisko. Oczekujemy zamknięcia dworca kolejowego w Katowicach oraz w Warszawie. Słyszeliśmy, że tam również dochodzi do kradzieży - mówi Rafał Łysy, rzecznik sosnowieckiego urzędu miasta. Zapowiada, że władze Sosnowca także zwrócą się o przekazanie im policyjnych statystyk.

Tomasz Niedziela, sosnowiecki radny SLD, dodaje, że wyjaśnienia ministra wcale go nie przekonują. - Nie dopatrywałbym się w tym jakiegoś podtekstu. Złodzieje mieli okazję, by wysiąść w Zawierciu po dokonaniu przestępstwa. Ale to oznacza, że pociąg nie mógłby się też zatrzymywać w Katowicach - mówi Tomasz Niedziela.

PKP Intercity, na które powoływał się minister, sprawę wyjaśnia jeszcze inaczej. - To pociąg międzynarodowy. W takich relacjach liczba postojów jest ograniczona i obejmuje wyłącznie najważniejsze stacje. Każda zmiana spowodowałaby konieczność przebudowy siatki połączeń międzynarodowych - wyjaśnia Beata Czemerajda z biura prasowego przewoźnika.

Mikołaj Karpiński, rzecznik resortu transportu, przeprasza "za użycie niefortunnego stwierdzenia". - Naszą intencją nie było urażenie mieszkańców Zagłębia. Podstawowym powodem niezatrzymywania się pociągu TLK "Chopin" na stacji w Zawierciu jest mała liczba podróżnych korzystających z połączenia na tej stacji - podkreśla.

Dodał, że PKP Intercity rozważy przywrócenie postoju pociągu "Chopin" na stacji Zawiercie, gdy będzie przygotowywany rozkład jazdy na przyszły rok.

Komentarz: Niech minister uważa na złodziei

Nie mam pojęcia, kto podpowiedział wiceministrowi Andrzejowi Masselowi taką odpowiedź na pytanie posła Jerzego Borkowskiego, ale gdy ją przeczytałem, długo zastanawiałem się, czy to nie jest głupi żart. W końcu między wierszami zasugerował, że w Sosnowcu do pociągu wsiadają złodzieje.

Nawet jeśli to prawda, to czy powinno się karać za to mieszkańców północnej części województwa? Zresztą pytani o sprawę pracownicy PKP Intercity przyczyny małej liczby przystanków widzą gdzie indziej. To znaczy, że albo minister kłamie, albo ktoś okłamał ministra. Najlepiej byłoby, gdyby teraz wsiadł w pociąg i przyjechał do Sosnowca wyjaśnić dokładnie, jak naprawdę sprawa wygląda. Tylko niech uważa na złodziei.

źródło: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35 ... cu.html#MT
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

"Fakt.pl": tym nas trują
Polacy są sprytnie oszukiwani przez producentów żywności, którzy w swoich biurach prócz technologów żywienia, pozatrudniali inżynierów, marketingowców, psychologów i zdolnych grafików. Nie liczy się nic, nawet zdrowie konsumentów, tylko wpływy do kasy.

– Jak informują media, nawet połowa mięsa na rynku może pochodzić z lewego źródła, do tego stary towar jest odświeżany, wędliny są malowane, a nie wędzone i jeszcze inne podlejsze rzeczy się dzieją. Na samą myśl, aż człowiekiem trzęsie – denerwuje się Norbert Górski z Olsztyna.

Mimo nieustających podwyżek cen w sklepach, z roku na rok pogarsza się jakość żywności. Nawet 20 proc. wszystkich produktów na rynku nie nadaje się do jedzenia. Firmy i sprzedawcy najczęściej oszukują na produktach spożywczych tzw. pierwszej potrzeby. Często robią to, wykorzystując luki w prawie.

Więcej: http://biznes.onet.pl/faktpl-tym-nas-tr ... rasa-detal
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarz internauty:
~eryk -
Popieram pomysł. Pokazywać te plugawe pijackie mordy. Obowiązkowo podpis z imienia i nazwiska pod zdjęciem . I z jakiego miasta bądź miejscowości. Całe społeczeństwo ma prawo wiedzieć kim jest bandyta!

=====================
Pokazywać twarze pijaków za kółkiem?
Powraca pomysł walki z plagą pijaństwa na drogach przez publikowanie w Internecie zdjęć kierowców przyłapanych na jeździe na podwójnym gazie.
Obrazek
Zwolennicy tej koncepcji wierzą, że strach przed wstydem, czy, jak to uczenie określają, "stygmatyzacją i środowiskową infamią", spowoduje, że ludzie dwa razy się zastanowią zanim wsiądą po kielichu za kółko.

Przeciwnicy wyrażają obawy przed działaniem hakerów, którzy będą przemycać na oficjalną stronę internetową z wizerunkami zmotoryzowanych pijaków fotki Bogu ducha winnych osób, na przykład nielubianych przez siebie nauczycieli. Wyrażają również sceptycyzm co do zgodności wspomnianej propozycji z przepisami o ochronie danych osobowych.

Publikowanie zdjęć kierowców z naganną skłonnością do alkoholu kojarzy im się z czasami, gdy w gablotach przy wejściu do fabryk zamieszczano fotografie bumelantów i brakorobów, z ich imionami, nazwiskami i dokładnymi adresami zamieszkania. Pytają wreszcie, jak zapewnić prawo do zatarcia śladów po karze gdy upłynie termin jej przedawnienia. Przecież, argumentują, "coś, co raz pojawiło się w sieci, pozostaje w niej już na zawsze".

Otóż po kolei. Złośliwi hakerzy? Już teraz istnieje mnóstwo sposobów na zniesławianie dowolnych osób w Internecie. Nie potrzeba do tego szczególnych hakerskich zdolności. Nawet komputerowy laik w pięć minut założy stosowną stronę www, każdy też może rozsiewać oszczercze plotki na forach, wyżywać się w pisaniu "hejterskich" komentarzy. Ochrona danych osobowych? Ważna rzecz, ale czy to właśnie zachowanie anonimowości sprawców przestępstw, ludzi powodujących zagrożenie na drogach, powinna budzić naszą szczególną troskę.

Ślady po przedawnionych występkach? Przecież zdjęcie ukaranego za jazdę po pijanemu kierowcy można w określonym czasie usunąć z internetowej "tablicy hańby". A jeżeli ktoś je skopiuje i będzie dalej kolportował... No cóż, również w "realu" nie ma gwarancji, że po wymazaniu informacji o karze z oficjalnych rejestrów otoczenie ukaranego o niej zapomni...

Większe wątpliwości budzi wiara autorów wspomnianej wyżej propozycji w odstraszające działanie groźby "infamii". Niestety, w Polsce nawet pobyt w izbie wytrzeźwień nie jest powodem do szczególnego społecznego napiętnowania. Także w przypadku osób wykształconych, reprezentujących powszechnie szanowane zawody, cieszących się nienaganną opinią, budzi co najwyżej lekkie zdziwienie i jest traktowany jako ciekawa życiowa przygoda. Mnożą się pytania: jak było, ile to kosztowało, gdzie cię zgarnęli...? O żadnym wielkim wstydzie nie ma mowy. Ba, w oczach znajomych można wręcz urosnąć ("Nigdy nie sądziłem, że z ciebie taki kozak!")

Prawdziwe przerażenie wśród zwykłych ludzi, nie wchodzących na co dzień w kolizję prawem, budzi za to wizja spędzenia choćby kilku dni w więzieniu. W ten sposób karze się przyłapanych na jeździe pod wpływem alkoholu kierowców np. w Meksyku. Trafiają "z automatu" do specjalnych aresztów. Może warto sięgnąć po takie rozwiązanie również u nas?

Wprowadzenie prostego, zrozumiałego dla każdego taryfikatora, uzależniającego czas pobytu za kratkami od wyniku badania trzeźwości (ze zwielokrotnianiem tego okresu w razie recydywy) plus nieuchronność kary (likwidacja instytucji jej zawieszania) plus konieczność opłacenia kosztów utrzymania osadzonego przez niego samego... O, taki zestaw dolegliwości byłby rzeczywiście skuteczny. A pomyślmy jeszcze o dodatkowych komplikacjach związanych z np. dwutygodniowym pobytem za kratkami. W pracy, w rodzinie, wśród znajomych...

- Gdzie byłeś?

- W więzieniu.

Oj, nie brzmi to fajnie i mołojeckiej sławy raczej nie przydaje.

źródło: http://motoryzacja.interia.pl/raport/pi ... 07380,6737
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, przy tych stwierdzeniach pod foto..
========================================

PKP: Dajcie nam jeszcze trochę czasu, a pociągi będą lśniły
Obrazek
Pociąg przeszedł codzienne czyszczenie, kontroler je zatwierdził. Ale przełożony stwierdził, że pociąg jest nadal brudny. Kontroler: - Przeszedł codzienne czyszczenie, został brud dwutygodniowy i półroczny. Władze PKP: - Takie myślenie w PKP chcemy zmienić. Pasażerowie muszą być zadowoleni z naszych usług.

Więcej: http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,137 ... #BoxBizTxt
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Po półtora mln zł odszkodowania od MON żądają rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej
Niektóre rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej żądają nawet po półtora miliona złotych odszkodowania. Takich pieniędzy domagają się od Ministerstwa Obrony Narodowej - dowiedział się nieoficjalnie dziennikarz RMF FM.

W warszawskim sądzie jest już wniosek wzywający MON do ugody. Nieoficjalnie Mariusz Piekarski dowiedział się, że takich wniosków lada chwila ma być złożonych od 30 do nawet 50.

- Odszkodowanie ma być rekompensatą za nieubezpieczenie prezydenckiego tupolewa przez resort obrony - dowiaduje się reporter.

Gdyby prezydencki samolot był ubezpieczony, mogliby domagać się odszkodowania od ubezpieczyciela. Takiej szansy nie mają i wzywają MON do zapłaty półtora miliona złotych dla rodziny. Jak piszą we wniosku, to czterokrotnie mniej niż średnio wypłacają w Europie firmy przy podobnych katastrofach lotniczych. Bliscy ofiar argumentują, że w wyniku katastrofy i straty bliskich bardzo znacząco pogorszyła się ich sytuacja materialna.

źródło: http://fakty.interia.pl/raport-lech-kac ... nId,954257
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Internauci śmieją się z wizyty premiera w Nigerii
Obrazek
Obrazek
Wczoraj obchodziliśmy trzecią rocznicę katastrofy prezydenckiego samolotu TU-154, w której zginęło 96 osób, w tym para prezydencka. Premier Donald Tusk udał się w tym dniu z oficjalną wizytą do Nigerii. Spotkało się to z falą krytyki ze strony polityków opozycji, ale na premierze także internauci nie zostawili suchej nitki.
Zobacz najlepsze memy!

Więcej: http://wiadomosci.onet.pl/kraj/internau ... -maly.html
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarz internauty:

eppek

A wiecie, co jest "najfajniejsze". Że nic! Po prostu: NIC. Prokuratorowi, który tę sprawę "zapomniał" nie spadnie służbowy włos z głowy. Nikt nie poniesie ŻADNYCH konsekwencji. Prawo jest równe, prokuratura jest bezstronna, sądy są niezwisłe. Tylko do jasnej cholery co z tego? Co z tego? Skoro tę sprawę utrącono zapytuję: ile razy to zrobiono w innych przypadkach, których Gazeta nie poruszyła? Miejmy pewność, że takie coś to norma. I wiecie co jest "najfajniejsze"? Że nic! Po prostu: NIC! Minister sprawiedliwości, prokurator generalny, ani nawet jakaś tam rada etyczna sprawą się nigdy nie zajmie. To znaczy zajmie się, z całą surowością. Tylko muszą powołać biegłych. Proszę dzwonić w 2018 .

====================================
Mobbing w policji nie do wytropienia
Obrazek
Przez pięć lat prokuratura trzymała w szufladzie sprawę mobbingu w Szkole Policji w Katowicach. Aż się przedawniła.

Zawiadomienie o złośliwym i uporczywym naruszaniu praw pracowniczych w Szkole Policji w Katowicach złożył pracujący w niej funkcjonariusz Krystian N.

Był październik 2005 r. - Przełożona traktowała nas, jakbyśmy byli w obozie pracy. Wiedziałem, że idę na wojnę, ale postanowiłem to ujawnić - mówi policjant.

Nie rozmawiać z kolegami

Prokuratura Rejonowa w Katowicach wszczęła śledztwo w tej sprawie. Przesłuchano wszystkich pracowników wydziału metodyki szkolenia. Część z nich potwierdziła, że naczelniczka znęcała się nad nimi psychicznie i stosowała różne szykany.

Opowiedzieli, że szefowa wydziału miała wydać niektórym policjantom zakaz wstawania od biurka (za wyjątkiem 20-minutowej przerwy śniadaniowej) i rozmów z kolegami, zabraniała im udziału w zajęciach doskonalenia zawodowego, zmuszała podwładnych, aby w zeszytach obowiązków wpisywali godziny wyjścia do toalety, a tym, którzy za długo w niej siedzieli, potrącała ten czas z przerwy śniadaniowej, wszczynała nieuzasadnione postępowania dyscyplinarne, wydawała sprzeczne ze sobą polecenia, zmusiła jednego z podwładnych, aby przyjechał z Bielska-Białej do Katowic tylko po to, aby wpisał się do książki wyjść, szykanowała policjanta za to, że wziął wolne po śmierci żony, a policjantce, która opiekowała się śmiertelnie chorą matką, zabroniła do niej dzwonić z pracy.

Pięć lat w szufladzie

W 2006 r. prokuratura zawiesiła śledztwo w tej sprawie. Uzasadniła to koniecznością uzyskania specjalistycznej opinii. Od tej chwili sprawa przez pięć lat przeleżała w szufladzie. Nie tylko nie wykonano w niej żadnych czynności, ale nawet nie wydano postanowienia o powołaniu biegłego.

Wreszcie w 2011 r. prokurator przypomniał sobie o sprawie i tego samego dnia ją umorzył z powodu przedawnienia. W uzasadnieniu decyzji śledczy napisali jednak, że stosowane przez naczelniczkę wydziału "metody kierowania zespołem pracowników były niedopuszczalne i trudno zrozumieć, dlaczego jej przełożeni przez długi czas je tolerowali, skoro były one powszechnie znane".

- To zdanie jest chyba na otarcie naszych łez. Zawsze myślałem, że prokuratura jest od ścigania przestępstw, a nie od trzymania spraw na półce. Zamiast udawać, że ją prowadzą, mogli po prostu odmówić wszczęcia - mówi Krystian N.

Wściekły policjant złożył zawiadomienie o utrudnianiu postępowania w sprawie mobbingu przez prokuratorów z Katowic. Zajęła się tym prokuratura w Tychach, która umorzyła sprawę, uznając, że w tym przypadku można mówić co najwyżej o przewinieniu dyscyplinarnym.

- Referent przez pięć lat miał zawieszoną sprawę, nie powołał biegłego, a jego przełożeni to akceptowali? Przecież takie akta co pół roku powinny być kontrolowane - mówi Józef Kogut, prezes Stowarzyszenia Pomocy Ofiarom Przestępstw.

Naczelniczka już nie pracuje

Prokuratura Okręgowa w Katowicach wszczęła postępowanie wyjaśniające w tej sprawie. Winni zaniedbań nie zostaną jednak ukarani. - Odpowiedzialność dyscyplinarna uległa bowiem przedawnieniu - wyjaśnia prokurator Marta Zawada-Dybek, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

Naczelnik wydziału metodyki szkoleń, której podwładni zarzucili mobbing, nie pracuje już w Szkole Policji w Katowicach. - A prokuratura nie przesłała nam żadnej informacji na temat sposobu zakończenia śledztwa i poczynionych w nim ustaleń - mówi komisarz Adam Warecki ze Szkoły Policji.

Funkcjonariusze i pracownicy, którzy zeznawali w śledztwie, nie wykluczają, że w tej sytuacji złożą pozew o odszkodowanie za przewlekłość postępowania. - Na bank dostaną pieniądze, bo ta sprawa woła o pomstę do nieba - prorokuje Kogut.

PS Inicjały policjanta zostały zmienione.

źródło: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/ ... ienia.html
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Komentarz internauty:

orion57

Niestety kościół w swych bizantyjskich zamiłowaniach zapomniał do czego został powołany. Dzisiaj należy rozwiązać konkordat, zwrócić zagrabione przez KK ziemie i majątki w ostatnich 20 latach, wyrzucić religię ze szkół oraz zlikwidować wszelkie dotacje na KK i inne religie. Kościół zarabia i to sporo na wszystkim czego się tknie.

=================================================

In vitro. Kościół zatracił miarę
Obrazek
Rzadko się zdarza, by Episkopat odpowiadał na wywiady w prasie; zwłaszcza gdy chodzi o wypowiedź osoby niepublicznej. Dlatego riposta Episkopatu na wywiad Agnieszki Ziółkowskiej, pierwszego w Polsce dziecka z in vitro, dowodzi, że mamy coś w rodzaju stanu wyjątkowego.

Po ogłoszonym w zeszłym tygodniu dokumencie, w którym biskupi mocniej niż zwykle potępili in vitro, nazywając je "procedurą znaną w hodowli roślin i zwierząt", Ziółkowska ogłosiła, że wystąpi z Kościoła, by "symbolicznie się odciąć od tej instytucji".

Rzecznik Episkopatu ks. Józef Kloch zareagował błyskawicznie: "Każde dziecko zasługuje na pełnię naszej miłości i akceptacji i nikt nikogo nie stygmatyzuje. Dokument nie wskazuje dzieci, które są narodzone z in vitro. Wszystkie je tak samo kochamy" (strona Episkopatu).

Brzmi to jak zaklinanie rzeczywistości, którą Kościół sam wykreował; bo mówiąc o in vitro, zatracił wszelką miarę. Wystarczy krótki przegląd miażdżących komentarzy: od bp. Pieronka, wedle którego in vitro to realizacja idei Frankensteina, poprzez słowa abp. Michalika, że refundacja in vitro to finansowanie zabójstwa, po ks. Longchamps de Bériera szukającego "bruzd dotykowych" na twarzach tak poczętych dzieci.

Doprawdy "nikt nikogo nie stygmatyzuje"? W dyskusji o in vitro nie da się oddzielić czynu od człowieka, tak jak w wielu innych newralgicznych kwestiach etyki seksualnej. Potępiając np. antykoncepcję, Episkopat nie uderza w konkretną grupę społeczną, bo nie sądzę, by kobiety, które biorą pigułkę, czuły się dotknięte sporadycznymi apelami biskupów, by stosować kalendarzyk małżeński. W przypadku in vitro Kościół dyskredytuje rosnącą z każdym rokiem grupę rodziców i dzieci. Zrobił coś, co trudno usprawiedliwić: podważył podstawy istnienia dzieci żyjących dzięki sztucznemu zapłodnieniu.

Sądząc po energii, jaką Episkopat wkłada w kampanię przeciw in vitro, w oczach duchowieństwa kilkadziesiąt tysięcy dzieci oprócz grzechu pierworodnego dotyka inny, znacznie gorszy. "Grzech", którego rodzinom korzystającym z in vitro Kościół nie zamierza odpuścić.

Do kogo powinni mieć żal rodzice, jeśli bruzd na twarzach zaczną sobie nawzajem szukać dzieci w szkole, gdy zwiedzą się, że kolega jest z in vitro?

Wysłuchiwanie, że żyje się kosztem innych istnień ludzkich, też nie wpływa dobrze na samopoczucie dzieci i ich rodziców. A fraza, że dziecko z in vitro "żyje kosztem swoich braci i sióstr", powraca w dokumentach i kazaniach hierarchów mimo sprostowań wielu ekspertów, że mrożone zarodki są bezpieczne.

"Czekam, aż jakiś arcybiskup stanie przede mną i mi powie w twarz, że jestem dzieckiem szatana i nie mam prawa żyć" - powiedziała Ziółkowska w "Gazecie". Zbędny patos? Być może żaden ksiądz nie nazwie jej dzieckiem szatana, ale wystarczająco bolesne jest twierdzenie, że metoda jej poczęcia jest "niegodziwa".

Episkopat być może dopiero teraz zdał sobie sprawę, że brutalny język kościelno-politycznych sporów nie przystaje do kontaktów z wiernymi. Deklaracja Ziółkowskiej o apostazji uświadomiła Kościołowi, że in vitro to nie tylko abstrakcyjny przedmiot kłótni z rządem, ale przede wszystkim część świata zwykłych ludzi, także tych, którzy w niedzielę chodzą na mszę.

Jeśli więc Kościół nie złagodzi chociaż języka (bo raczej in vitro nagle nie zaakceptuje), będzie musiał się liczyć z exodusem katolików: rodziców dzieci z in vitro, ich samych, ich bliskich. Zważywszy na to, że dzieci z in vitro rodzi się w Polsce ok. 5 tys. rocznie i będzie ich coraz więcej, drastyczne potępianie tej metody nie jest ewangeliczne ani rozsądne.

Kilka dni temu także abp Henryk Hoser (który posłom popierającym in vitro groził ekskomuniką) zapewnił wielkodusznie, że dzieci z in vitro "wymagają szczególnej opieki i troski". Wyszło niezręcznie. To nie są dzieci "szczególnej troski". To dzieci normalne. Kiedy wreszcie zacznie je tak traktować Kościół?

źródło: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obc ... e.html#Cuk
Obrazek
Rodzina :D
Rodzina :D
Posty: 17102
Rejestracja: 07 kwie 2005, 19:51
Kontakt:
Awatar użytkownika
Rodzina :D
Rodzina :D

Post autor: NEVIL »

Ciąg dalszy problemów z pracą w policji.
====================================
Ekspolicjant idzie na wojnę z policją. Chodzi o duże pieniądze
Obrazek
50 tys. odszkodowania od komendy domaga się emerytowany policjant z Opola. Wyliczył, że w ciągu 14 miesięcy kierowania niewielkim komisariatem wypracował 1500 nadgodzin.

Nadkomisarz odszedł na emeryturę. Karierę w policji rozpoczął w 1991 roku. Pracował między innymi w wydziale do walki z przestępczością gospodarczą.

Stamtąd przeszedł do komisariatu w Głogówku. Kierował nim 14 miesięcy, osiągając w tym czasie niespotykaną w Polsce wykrywalność przestępstw na poziomie 100 proc. To właśnie okres, w którym, jak twierdzi, pracował ponad siły.

W policji nie można walczyć z przełożonymi

- Przepracowałem w tym czasie 4 tys. godzin, choć według normy to powinno być ok. 2,5 tys. Do takiej pracy zmuszają nas problemy kadrowe policji i zakres nałożonych obowiązków. Dlatego też postanowiłem się domagać odszkodowania. Zaproponowałem komendantowi wojewódzkiemu ugodę. Jeżeli jednak nie dojdziemy do porozumienia, pójdę z tym do sądu. Uważam, że należy mi się wynagrodzenie za moją pracę. I być może w ten sposób uda się sprawić, że czas pracy innych policjantów będzie bardziej szanowany - opowiada nadkomisarz.

Pismo z żądaniem odszkodowania wysłał już po odejściu na emeryturę. - Przyczyna jest prosta. W policji nie można walczyć z przełożonymi. Gdybym wyszedł z takim pismem w czasie służby, zaczęto by mi mnożyć problemy. O spokojnej pracy mógłbym zapomnieć, o awansach też - przyznaje.

Komendant woził pocztę

Jak w ciągu 14 miesięcy pracy można dorobić się aż 1,5 tys. nadgodzin? - To efekt braków kadrowych. Potrzebowałem pięciu dyżurnych, miałem dwóch. Sam więc musiałem pełnić dyżury. Niemal zawsze miałem w komisariacie 2-3 wakaty i średnio 2 policjantów na zwolnieniach lekarskich. W sytuacji gdy w całym komisariacie pracuje kilkanaście osób, to duży problem. Pomijając moją pracę biurową, jeździłem też na patrole obsługiwałem zdarzenia i woziłem pocztę. Bywało, że pojawiałem się rano w pracy, a kończyłem późno w nocy. To wszystko można sprawdzić dzięki godzinom moich wejść i wyjść z komisariatu albo czasie logowania się w systemie komputerowym. Nie mogłem liczyć na żadne wsparcie komendy powiatowej w Prudniku, choć zakres jej nadzoru również dotyczy udzielania wsparcia podległym jednostkom. Zawsze od przełożonego słyszałem, że mój komisariat musi być samowystarczalny - opowiada nadkomisarz.

Co łaska na sztandar

Z pracy w Głogówku też odchodził w nie najlepszej atmosferze. - Problemy zaczęły się, gdy postanowiłem głośno mówić o kłopotach komisariatu i problemach kadrowych. Szala się przelała, gdy odmówiłem chodzenia po prywatnych firmach i proszenia o dofinansowanie sztandaru komendy w Prudniku. Wtedy jasno dano mi do zrozumienia, że mam pisać raport o przeniesienie, bo inaczej zostanę ze stanowiska odwołany. Obiecano mi równorzędne stanowisko w komendzie wojewódzkiej, co się okazało zresztą kłamstwem - opowiada.

Później rozpoczął pracę w Centralnym Biurze Śledczym.

To będzie precedens

- Ponieważ właśnie na emeryturę odchodził z CBŚ, które podlega bezpośrednio komendzie głównej, to komenda główna podejmie decyzję o ewentualnej wypłacie pieniędzy za odszkodowania - mówi podinsp. Maciej Milewski, rzecznik prasowy komendy wojewódzkiej. Przyznaje, że pisma od nadkomisarza trafiły już do komendy wojewódzkiej. - Przesłaliśmy je do komendy głównej. Zostaliśmy też poproszeni o zweryfikowanie wszystkich danych związanych z pracą policjanta. Jesteśmy na tym właśnie etapie - dodaje rzecznik. Przyznaje, że wcześniej pojawiały się podobne żądania policjantów. - Choć nigdy nie aż na tak dużą skalę. I nie przypominam sobie żadnego przypadku, by takie oczekiwania zostały uznane za uzasadnione - dodaje Maciej Milewski.

- Zdaję sobie sprawę z tego, że trudno będzie odzyskać te pieniądze od policji, ale jestem zdeterminowany. Jeżeli nie zostanę poważnie potraktowany, sprawa na pewno skończy się w sądzie - zapowiada jednak nadkomisarz.

źródło: http://opole.gazeta.pl/opole/1,35114,13 ... SlotII3img
Obrazek
odpowiedz

Informacje

  Bing [Bot]  »  3 gości

Moderatorzy

NEVIL, ModTEAM