Mit "pierwszego właściciela" i inne bzdury o używanych samochodach
Wróciłeś nad ranem z hucznej zabawy sylwestrowej i po drodze rzuciłeś okiem na swój zaparkowany przed domem samochód... I co, wszystko w porządku? Naprawdę niczego nie zauważyłeś? Nie, nie mamy na myśli, uchowaj Boże, śladów po petardzie odpalonej przez jakiegoś imprezowicza czy po nocnych tańcach okolicznej młodzieży na dachu auta. Chodzi o to, że twój wóz stał się właśnie o rok starszy i stracił kolejne kilka lub kilkanaście procent na wartości..
Polska należy do krajów, w których dla nabywców używanego pojazdu jego wiek jest wciąż ważniejszy od aktualnego stanu technicznego, historii i pochodzenia. Ci, którzy w ogłoszeniach o sprzedaży zamiast roku produkcji, podają datę pierwszej rejestracji auta, co wydaje się przecież sensowniejsze, zważywszy choćby jesienne wyprzedaże u dealerów, uważani są za cwaniaków i krętaczy. Tymczasem powiedzmy szczerze: jakie realne znaczenie może mieć to, że samochód opuścił fabrykę w listopadzie roku poprzedniego a nie w styczniu obecnego?
Obok mitu kalendarza żywy jest również mit "pierwszego właściciela". Pod tym pojęciem zawodowi handlarze rozumieją często pierwszego właściciela w Polsce. Tak, jakby używany pojazd po przekroczeniu granicy naszego kraju otrzymywał nowe życie. Jakby nieważne stawały się jego wcześniejsze losy i liczba rąk, przez które przechodził. Cicho, sza. No, chyba że sprzedający usiłuje wmówić kupującemu, iż oferowane auto należało do zamożnej wdowy po emerytowanym niemieckim lekarzu, mieszkance małej miejscowości w Bawarii, która pozostawioną przez śp. małżonka beemką dojeżdżała raz w tygodniu do kościoła i siostry w sąsiedniej wsi.
Jeżeli jednak nawet nie mamy do czynienia z podobną, wielokrotnie już demaskowaną i wyszydzaną kombinacją, to wcale nie powinniśmy czuć się uspokojeni. Zastanówmy się bowiem, dlaczego rzeczywisty pierwszy właściciel samochodu, kupionego w polskim salonie przed, powiedzmy, ośmiu laty, postanowił się go pozbyć? Bo mu się znudził? To motyw możliwy, lecz mimo wszystko w naszych realiach mało prawdopodobny. Zresztą ci, którzy czują nieodpartą potrzebę wymiany auta, ponieważ na rynku pojawiła się następna generacja modelu, czynią to częściej, niż co wspomniane 8 lat.
Innym uzasadnieniem decyzji o sprzedaży może być zmiana w życiu właściciela pojazdu. Poprawiła się jego sytuacja materialna i co za tym idzie wzrosły motoryzacyjne aspiracje, pojawiły się dzieci i związana z powiększeniem rodziny konieczność kupna pojemniejszego środka transportu lub odwrotnie - potomstwo dorosło, poszło na swoje i rodzice postanowili przesiąść się do auta mniejszego i tańszego w utrzymaniu.
Tak, to też możliwe. Idziemy jednak o zakład, że bardzo wielu, jeżeli nie większość pierwszych właścicieli postanawia pozbyć się dotychczas używanego samochodu, bo zaczął on sprawiać poważne kłopoty - coraz częściej nawala, rdzewieje, zbliża się termin dokonania kosztownego remontu itp. Czy naprawdę sądzicie, że z chwilą, gdy pierwszy właściciel podjął decyzję o sprzedaży takiego wozu, będzie cokolwiek weń inwestować? Przeciwnie, zazwyczaj postara się eksploatować swój pojazd do granic wytrzymałości. Przegląd okresowy? Wymiana rozrządu? Klocków i tarcz hamulcowych? Naprawa zawieszenia? Wydechu? Nowe opony? Świeży olej? Zapomnijcie. Pierwszy właściciel z pewnością postara się uniknąć jakichkolwiek dodatkowych wydatków wiedząc, że nie odzyska ich w wyższej cenie, jaką mógłby uzyskać za swój doprowadzony do idealnego lub przynajmniej lepszego stanu pojazd. Dlatego zrobi tylko to, co niezbędne, by nie odstraszyć nabywcy.
Rok produkcji, pierwszy właściciel... Trzeba też wspomnieć o micie "bezwypadkowości" czy wręcz "absolutnej bezwypadkowości". Oficjalna definicja głosi, iż wypadek drogowy, to "zdarzenie (...) spowodowane przez nieumyślne naruszenie zasad bezpieczeństwa obowiązujących w ruchu lądowym, którego skutkiem jest śmierć jednego z uczestników lub obrażenia ciała, powodujące naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia, trwające dłużej niż 7 dni". Jeżeli będziemy ściśle się jej trzymali, wówczas okaże się, że wielu autorów ogłoszeń bynajmniej nie kłamie. Owszem, auto zostało odbudowane po ciężkim dzwonie, ale przecież nikt w nim nie zginął, ani nie został ciężko ranny. Więc o co chodzi? Zauważmy, że w anonsach praktycznie nigdy nie pojawia się pojęcie "bezkolizyjności", odwołujące się do zdarzeń bez ofiar w ludziach, aczkolwiek z poważnymi niejednokrotnie stratami materialnymi w postaci uszkodzenia pojazdu.
O micie niskiego przebiegu używanych samochodów napisano i powiedziano tak wiele, że nie warto już do tego zagadnienia wracać. Pozostaje tylko wyrazić zdziwienie, że pomimo licznych ostrzeżeń tak wielu Polaków wciąż wierzy i chce wierzyć, iż są wybrańcami losu, którym trafiła się niebywała okazja kupna auta nie tylko "absolutnie bezwypadkowego", lecz jednocześnie prawie "nieśmiganego". "Lalka", "igła", "perełka", "cukiereczek"... Kto by tam, olśniony szczęściem, które na niego spłynęło, wdawał się w rozważania na temat różnic między "przebiegiem", "przebiegiem autentycznym" a "stanem licznika". I w zastanawianie się, co znaczy z pozoru niewinne określenie: "korekta licznika".
W Nowym Roku życzymy wszystkim dużo zdrowia, szczęścia i ostatecznego porzucenia wiary w motoryzacyjne mity...
źródło:
http://www.poboczem.pl/naszym-zdaniem/n ... Id,2331315