Komentarz:
mariusz-bykowski
Proszę nie nazywać tych ludzi "doradcami finansowymi". Są to sprzedawcy usług finansowych. Mają narzucone miesięczne limity, które muszą wykonać. I "doradzają" tak aby te limity wykonać. A więc doradzają tak aby im (i pośrednio bankom) było dobrze. Klient nie jest dla nich podmiotem, lecz przedmiotem.
====================
Doradca: Sprzedawaliśmy wam kredyty we frankach. Mówiło się: "Idę na ubojnię". Chodziło tylko o pieniądze
"Jeśli jakiś produkt daje sprzedawcy dwukrotnie wyższą marżę niż inne, to i tak go kupisz, choćbyś bardzo nie chciał" - napisał Grzegorz Sroczyński w głośnym tekście w "Gazecie Wyborczej". Właśnie o tym rozmawiamy z Markiem, który przez ponad trzy lata pracował jako doradca finansowy w banku przyznającym kredyty we frankach. - Banki to maszynki sprzedażowe, a doradcy finansowi to nikt inny jak po prostu sprzedawcy. Co miesiąc dostają tabelę prowizyjną i patrzą, co im się opłaca sprzedawać. To wszystko chciwość - mówi o swojej byłej pracy.
Damian Szymański, Pieniadze.gazeta.pl: Dlaczego banki tak chętnie dawały kredyty w obcej walucie?
Marek*: Bo takie kredyty są dużo bardziej opłacalne dla banków. Bank oczywiście zarabia na marży i na prowizji od kredytu. Ale w tym wypadku jest jeszcze spread, czyli różnica pomiędzy tym, za ile można kupić, a tym, za ile sprzedać w banku walutę, na przykład franki. Gdy ta różnica rośnie, pożyczkobiorca spłaca więcej, gdy zaś maleje, koszt kredytu jest niższy. A wysokość spreadu nie była nigdzie regulowana i banki mogły sobie nią dowolnie manipulować.
Więc za sprzedanie kredytu walutowego doradcy dostawali wyższe premie?
- Oczywiście. Mam nawet jeszcze gdzieś załączniki prowizyjne. Było w nich wprost napisane, ile sprzedawca może zarobić na kredycie w złotych, a ile w obcej walucie. I te drugie kredyty były dużo bardziej premiowane. Co więcej, każdy menedżer sprzedaży mógł tak zarządzać produktem, tak go ustawić, żeby doradcy chętniej go sprzedawali. Trzeba pamiętać, że doradcy finansowi to nikt inny jak po prostu sprzedawcy. Oni co miesiąc dostają tabelę prowizyjną i patrzą, co im się opłaca sprzedawać.
Jeśli klient miał zdolność kredytową na 400 tys. zł, to we frankach ta zdolność rosła np. do 550 tys. zł. A że prowizja była przyznawana od wysokości kredytu, to wiadomo, co było lepsze dla portfela sprzedawcy... W dodatku taki sprzedawca w większości przypadków nie odpowiadał za to, czy kredyt się utrzyma czy nie. Sprzedał i miał czyste sumienie.
Jakim cudem osoba, która nie miała zdolności kredytowej na 450 tys. zł, miała taką zdolność na równowartość 550 tys. zł, tyle że we frankach?
- To jest bardzo proste. Kiedyś wyliczało się zdolność kredytową tylko po dochodach, analityk wyliczał panu, że na obsługę rat kredytu może iść maksymalnie połowa pańskiej pensji. I stąd ta różnica. Rata w złotych była wyższa niż rata we frankach, bo wtedy frank stał nisko, a kredyt był wyliczany po kursie z dnia zaciągnięcia [ze względu na niskie oprocentowanie i niską cenę franka rata za kredyt była niższa niż w złotych. Stąd wyższa zdolność kredytowa w szwajcarskiej walucie].
To jak wysokie były prowizje sprzedawców?
- Wyobraźmy sobie, że jeśli sprzedam panu kredyt w złotych, dostanę od tej sumy 1 proc. prowizji, a we frankach nawet 1,3 proc. Tylko że w rodzimej walucie ma pan zdolność na 400 tys., więc mam z pana 4 tys. zł. We franku pana zdolność rośnie do 550 tys. i ja wtedy zarabiam 7150 zł. Logiczne, że wymyślę takie argumenty, żeby pan ten kredyt wziął. To działa jak w każdej firmie. Kiedy rzucą sprzedawcom nowy produkt, zespół siada i rozmyśla, jakich argumentów użyć, gdzie uderzyć, jak podejść klienta, żeby sprzedać. Tak też było z kredytami.
Zespół do wciskania kitu?
- Raczej do zarabiania dobrych pieniędzy. Nieraz było tak, że mieliśmy produkty obostrzone regulacjami, o których trzeba było klienta poinformować. Dana osoba musiała podpisać, że się z nimi zapoznała. Podpisywała, choć często nie rozumiała, co podpisuje.
I nie tłumaczyliście tych zawiłości?
- Ależ tłumaczyliśmy. Wyjaśnialiśmy, że B bierze się z A, a C bierze się z B. Klient przytakiwał, że rozumie, choć był już tak zakręcony, że nic nie rozumiał. Podpisywał, a my mieliśmy święty spokój.
A co z ryzykiem? Nie tłumaczyliście, że złoty może się załamać i rata pójdzie w górę?
- Nie. A po co? Przecież jak pan chce kupić szybki samochód, a ja będę panu mówił, że szybkość zabija, to i tak pan ten samochód kupi. Podobnie jest z produktami finansowymi: "A tam ryzyko. Przecież żyjemy w czasach stałych wzrostów". Tak wtedy mówiono i nikomu nie przyszło do głowy, że może się to zmienić. Większość banków myśli od kwartału do kwartału czy od roku do roku, bo zarząd i tzw. high management są wynagradzane premiami rocznymi. I bardzo często nie patrzy się na to, co będzie później. Ważne, żeby się nachapać na ten rok, a potem kto inny będzie się martwił.
Bardzo często było tak, że jeśli miał pan za małą zdolność kredytową, doradca mówił: "Niech pan pójdzie do znajomego, żeby pana zatrudnił na trzy miesiące na jakąś fikcyjną umowę". Później przedstawiało się tę umowę analitykowi. Mało tego, nieraz sam analityk był przekupiony. Jeśli zależało mi na upchnięciu kredytu, z którego miałem dużą prowizję, szedłem do analityka, żeby przychylniej spojrzał na sprawę. Mówiłem, że jak się ten kredyt "wypłaci", to odpalę mu trochę z prowizji.
"Przychylniej spojrzy na sprawę"?
- Analityk ma ocenić ryzyko finansowe, techniczne oraz to, czy prawnie jest wszystko w porządku z daną nieruchomością. Analityk to ktoś, kto stoi na straży i sprawdza. A sprzedawcy zależy na tym, żeby jak najwięcej sprzedać.
Czasami jest tak, że osoba zaciągająca kredyt ma dochody z niepewnych źródeł. Załóżmy, że 90-letnia matka co miesiąc zasila pana konto. Analityk powinien stwierdzić, że pana matka żyje już dłużej niż przeciętna kobieta w Polsce i niedługo może przestać wpłacać te pieniądze. Może wtedy zareagować, ale może też na to przymknąć oko.
Sprzedawca dostawał coś jeszcze oprócz prowizji?
- Chodziło głównie o pieniądze, ale były też tzw. plany sprzedażowe. Bank potrafił ułożyć je tak, że musiałem na przykład sprzedać kredyty za 3 mln zł, a z tego 2,5 mln musiało być we frankach. Odgórnie narzucało się plan działania. Wyrobisz plan? Super. Nie wyrobisz? Utną ci premię albo nie dostaniesz awansu. I kropka. To wszystko chciwość.
Z tego, co pamiętam, Pekao SA nie udzielało kredytów we frankach, bo doszło do wniosku, że jest to zbyt ryzykowny produkt. Reszcie chodziło tylko i wyłącznie o pieniądze. Nieraz było tak, że doradca mówił: "Idę na ubojnię, obrabiać kolejnego frajera". Sam byłem świadkiem, jak dwóch "doradców" rozmawiało między sobą: "A ja jeszcze wpier*****m mu inwestycje do kredytu". Kiedyś wszedłem do pewnego banku. Siadam w otwartej sali dla klientów i słyszę, jak jeden doradca mówi do drugiego, że musi jeszcze "opieprzyć 400 tys. w gotówkach" [kredytach gotówkowych] i zrobić ileś tysięcy w depozytach. Bank to jest po prostu maszynka sprzedażowa. Nic więcej.
*Imię zmienione, dane do wiadomości redakcji
Byłeś świadkiem podobnym zachowań? Jesteś lub byłeś pracownikiem banku? A może czujesz się oszukany przez doradcę finansowego? Napisz do mnie na
damszy@agora.pl i podziel się swoją opinią.
źródło:
http://pieniadze.gazeta.pl/pieniadz/1,1 ... #BoxBizImg