: 11 gru 2013, 18:41
Komentarz: kamilakarabasz
Pan socjolog pierdoły opowiada. Już teraz świat nauk humanistycznych rozwija się w niszach i jak ktoś w taką niszę wpadnie to może sobie swobodnie egzystować, niczym jakiś żuczek na tropikalnej wyspie odciętej od świata. Rzadko kto głowę wychyli i sięgnie po coś innego. Chyba że trafi się jakiś nadgorliwy doktorant i sięgnie po coś nowego (nowe, chociaż ze trzydzieści lat może już mieć), dyscyplinę ożywi. Jeśli taka książka będzie dostępna na jedno kliknięcie, to większa szansa, że trafi na nią więcej osób. A z tym chodzeniem po bibliotekach to jakaś kpina. Musiałabym siedzieć w Bibliotece Kongresu. A tak mam wszystkie książki w formie elektronicznej. Na półkach tylko literatura, którą na półkach warto trzymać =================================
- Młode pokolenia, dla których nie było świata bez Google, mogą być wystawione na wielkie ryzyko monopolu. Bo oni raczej nie będą już szukać książek na półkach bibliotek. Co wtedy? Co jeśli Google zniknie? - pyta w rozmowie z TOK FM prof. Kazimierz Krzysztofek. Socjologa internetu pytaliśmy o projekt Google Books przy okazji filmu "Google i elektroniczny mózg świata".
Film mówi o gigantycznym projekcie, który Google rozpoczął w 2002 roku - o akcji skanowania niemal wszystkich dostępnych pozycji książkowych. Wizja powszechnie dostępnej biblioteki, w której jest zgromadzona cała wiedza ludzkości, brzmi fantastycznie, ale w filmie padają argumenty, że Google przygotowuje nie bibliotekę, a księgarnię, naruszał prawa autorskie, dąży do monopolu i prowadzi niejasne negocjacje. Obejrzycie, wyróbcie sobie zdanie i komentujcie. My przy okazji filmu o Google Books rozmawialiśmy z socjologiem internetu.
Karolina Głowacka, TOK FM: Google Books to wielka idea czy wielki komercyjny plan? Prof. Kazimierz Krzysztofek
, socjolog internetu*: W ponowoczesności trudno oddzielić jedno od drugiego. Ja myślę, że Google ma jakieś poczucie misji, ale przecież jednocześnie jest prywatną korporacją. Innym wielkim pytaniem jest: co będzie, jeśli Google zniknie? Przecież nie ma wiecznych instytucji. Co się stanie z tymi zasobami? Podobnie z Amazonem, który jest traktowany jako światowe ministerstwo kultury. Ludzie nagle mogą być odcięci od tego wszystkiego. Myślę, że w tym, co robi Google, jest jakaś wizja, ale jest w tym też trochę prowizji. Jest w tym na pewno obietnica dostępu do całej spuścizny. Więcej, niewątpliwie zasługą Google Books jest, że udostępnia książki o wyczerpanym nakładzie. Ale pobiera za to opłaty.
- Tak, ale jednak jakoś je ocala przed zapomnieniem. Dawniej w społecznościach niepiśmiennych była rola grioty - tego, który miał pamiętać historię plemienia i przekazywać ją z pokolenia na pokolenie. Ja widzę w Google takiego globalnego griotę z jednej strony, a z drugiej bezpostaciowego wiedźmina, w tym sensie, że wie wszystko o kulturze, ale także o ludziach. Padają argumenty, że piękne idee są przykrywką do dążenia do monopolu na informację, a więc na władzę. Na skupienie jej w jednym ośrodku.
- Google jest fenomenem, bo to jest 1122. wyszukiwarka w historii, a to właśnie ona zrobiła globalną karierę. Ale czy to jest władza nad światem? To prawda, że mówi się, że kto ma informację, ten ma władzę. Michel Foucault mówił wręcz o "wiedzowładzy". To jest poważne pytanie, czy skoro Google ma takie zasoby, nie powinien w jakiś sposób podlegać kontroli rządów narodowych. Dlaczego? Na przykład młodzi Holendrzy uważają, że niepotrzebne jest ministerstwo kultury, bo jest Google, gdzie można wszystko wyszukać. Jest Amazon, gdzie można wszystko kupić, niepotrzebna nam szkoła taka, jaka jest, bo wiedza jest w internecie, niepotrzebne ministerstwo zdrowia, bo jest dr Google itd. Czy to nie zagrozi paąstwu? Czy ludzie będą uważać, że warto płacić podatki na służby paąstwowe? To jest dylemat na przyszłość, choć kontrola nad Google wydaje się nierealna. Poza tym to prywatna firma.
- Właśnie. W tym przypadku mamy do czynienia z władzą chmury. Wszystko jest w chmurze, nad którą nie ma żadnej suwerenności. Krytycy kreślą wizje: Google digitalizuje książki - te, do których majątkowe prawa autorskie wygasły. Na początku są powszechnie dostępne, ale potem dostęp zaczyna być ograniczany. - Tak, to możliwe. Widzę tutaj strategię dawania pierwszych "działek" za darmo, aż do uzależnienia. Kolejna wizja: Google wchodzi w politykę. Będzie odcinał dostęp do "niesłusznych" treści.
- Nie wiem, nie chcę wróżyć. Ale nie da się tego wykluczyć. Jeśli Google, ludzie, którzy napędzają tę machinę, uznają, że zagrożone są pewne wartości przez jakieś ideologie, to może utrudniać do nich dostęp. Bo ci ludzie są liberałami, oni z tego liberalizmu żyją. Przekornie zapytam: jak można krytykować instytucję za to, że zarządza swoim produktem?
- Na tej samej zasadzie, jak mówi stara mądrość: Kto daje i odbiera ten się w piekle poniewiera. Ale myślę, że to by była zguba dla Google, gdyby za bardzo manipulował zasobami Google Books. On już w tej chwili płaci pewne koszty. Po ujawnieniu, że Google jednak kooperował z NSA stracił wiele na zaufaniu, to była porażka wizerunkowa. On będzie chciał to sobie zrekompensować, wejść znowu w łaski swoich interesariuszy na całym globie. Co pan poleca dla spokoju sumienia? Nie dać się rozleniwić i dbać o własne biblioteki?
- Tak, chociaż tutaj pojawia się sprawa dwukulturowości - sieciowych imigrantów i tzw. digital nativies. "Imigranci" potrafią żyć w obu przestrzeniach i te przestrzenie są dla nich równowartościowe. Ale te młode pokolenia, dla których nie było świata bez Google, mogą być wystawione na wielkie ryzyko monopolu. Bo oni raczej nie będą już szukać książek na półkach bibliotek. Co wtedy? źródło + film : http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,102433,1511 ... oxSlotIIMT
Pan socjolog pierdoły opowiada. Już teraz świat nauk humanistycznych rozwija się w niszach i jak ktoś w taką niszę wpadnie to może sobie swobodnie egzystować, niczym jakiś żuczek na tropikalnej wyspie odciętej od świata. Rzadko kto głowę wychyli i sięgnie po coś innego. Chyba że trafi się jakiś nadgorliwy doktorant i sięgnie po coś nowego (nowe, chociaż ze trzydzieści lat może już mieć), dyscyplinę ożywi. Jeśli taka książka będzie dostępna na jedno kliknięcie, to większa szansa, że trafi na nią więcej osób. A z tym chodzeniem po bibliotekach to jakaś kpina. Musiałabym siedzieć w Bibliotece Kongresu. A tak mam wszystkie książki w formie elektronicznej. Na półkach tylko literatura, którą na półkach warto trzymać =================================
Google Books to wielka idea czy wielki komercyjny plan? "Jest w tym wizja, ale i prowizja" [ZOBACZ FILM]

Film mówi o gigantycznym projekcie, który Google rozpoczął w 2002 roku - o akcji skanowania niemal wszystkich dostępnych pozycji książkowych. Wizja powszechnie dostępnej biblioteki, w której jest zgromadzona cała wiedza ludzkości, brzmi fantastycznie, ale w filmie padają argumenty, że Google przygotowuje nie bibliotekę, a księgarnię, naruszał prawa autorskie, dąży do monopolu i prowadzi niejasne negocjacje. Obejrzycie, wyróbcie sobie zdanie i komentujcie. My przy okazji filmu o Google Books rozmawialiśmy z socjologiem internetu.
Karolina Głowacka, TOK FM: Google Books to wielka idea czy wielki komercyjny plan? Prof. Kazimierz Krzysztofek
, socjolog internetu*: W ponowoczesności trudno oddzielić jedno od drugiego. Ja myślę, że Google ma jakieś poczucie misji, ale przecież jednocześnie jest prywatną korporacją. Innym wielkim pytaniem jest: co będzie, jeśli Google zniknie? Przecież nie ma wiecznych instytucji. Co się stanie z tymi zasobami? Podobnie z Amazonem, który jest traktowany jako światowe ministerstwo kultury. Ludzie nagle mogą być odcięci od tego wszystkiego. Myślę, że w tym, co robi Google, jest jakaś wizja, ale jest w tym też trochę prowizji. Jest w tym na pewno obietnica dostępu do całej spuścizny. Więcej, niewątpliwie zasługą Google Books jest, że udostępnia książki o wyczerpanym nakładzie. Ale pobiera za to opłaty.
- Tak, ale jednak jakoś je ocala przed zapomnieniem. Dawniej w społecznościach niepiśmiennych była rola grioty - tego, który miał pamiętać historię plemienia i przekazywać ją z pokolenia na pokolenie. Ja widzę w Google takiego globalnego griotę z jednej strony, a z drugiej bezpostaciowego wiedźmina, w tym sensie, że wie wszystko o kulturze, ale także o ludziach. Padają argumenty, że piękne idee są przykrywką do dążenia do monopolu na informację, a więc na władzę. Na skupienie jej w jednym ośrodku.
- Google jest fenomenem, bo to jest 1122. wyszukiwarka w historii, a to właśnie ona zrobiła globalną karierę. Ale czy to jest władza nad światem? To prawda, że mówi się, że kto ma informację, ten ma władzę. Michel Foucault mówił wręcz o "wiedzowładzy". To jest poważne pytanie, czy skoro Google ma takie zasoby, nie powinien w jakiś sposób podlegać kontroli rządów narodowych. Dlaczego? Na przykład młodzi Holendrzy uważają, że niepotrzebne jest ministerstwo kultury, bo jest Google, gdzie można wszystko wyszukać. Jest Amazon, gdzie można wszystko kupić, niepotrzebna nam szkoła taka, jaka jest, bo wiedza jest w internecie, niepotrzebne ministerstwo zdrowia, bo jest dr Google itd. Czy to nie zagrozi paąstwu? Czy ludzie będą uważać, że warto płacić podatki na służby paąstwowe? To jest dylemat na przyszłość, choć kontrola nad Google wydaje się nierealna. Poza tym to prywatna firma.
- Właśnie. W tym przypadku mamy do czynienia z władzą chmury. Wszystko jest w chmurze, nad którą nie ma żadnej suwerenności. Krytycy kreślą wizje: Google digitalizuje książki - te, do których majątkowe prawa autorskie wygasły. Na początku są powszechnie dostępne, ale potem dostęp zaczyna być ograniczany. - Tak, to możliwe. Widzę tutaj strategię dawania pierwszych "działek" za darmo, aż do uzależnienia. Kolejna wizja: Google wchodzi w politykę. Będzie odcinał dostęp do "niesłusznych" treści.
- Nie wiem, nie chcę wróżyć. Ale nie da się tego wykluczyć. Jeśli Google, ludzie, którzy napędzają tę machinę, uznają, że zagrożone są pewne wartości przez jakieś ideologie, to może utrudniać do nich dostęp. Bo ci ludzie są liberałami, oni z tego liberalizmu żyją. Przekornie zapytam: jak można krytykować instytucję za to, że zarządza swoim produktem?
- Na tej samej zasadzie, jak mówi stara mądrość: Kto daje i odbiera ten się w piekle poniewiera. Ale myślę, że to by była zguba dla Google, gdyby za bardzo manipulował zasobami Google Books. On już w tej chwili płaci pewne koszty. Po ujawnieniu, że Google jednak kooperował z NSA stracił wiele na zaufaniu, to była porażka wizerunkowa. On będzie chciał to sobie zrekompensować, wejść znowu w łaski swoich interesariuszy na całym globie. Co pan poleca dla spokoju sumienia? Nie dać się rozleniwić i dbać o własne biblioteki?
- Tak, chociaż tutaj pojawia się sprawa dwukulturowości - sieciowych imigrantów i tzw. digital nativies. "Imigranci" potrafią żyć w obu przestrzeniach i te przestrzenie są dla nich równowartościowe. Ale te młode pokolenia, dla których nie było świata bez Google, mogą być wystawione na wielkie ryzyko monopolu. Bo oni raczej nie będą już szukać książek na półkach bibliotek. Co wtedy? źródło + film : http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,102433,1511 ... oxSlotIIMT






