forum LUBIN pl Strona Główna
Współpraca: eLubin.pl forum LUBIN pl Strona Główna
forum LUBIN pl Strona Główna
forum LUBIN pl Strona Główna
FAQSzukajUżytkownicyGrupyProfilRejestracjaZalogujDodaj do ulubionych!Startuj z nami!Współpraca/reklamaKontakt
forum LUBIN pl Strona Główna » Tematyczne » Humor » Wspomnienia kierownika wesołej budowy... Poprzedni temat :: Następny temat
Wspomnienia kierownika wesołej budowy...
Autor Wiadomość
NEVIL
Przyjaciel Forum
NEVIL



Dołączył: 07 Kwi 2005
Posty: 17102
Skąd: LUBIN
Osiedle: Przylesie
Wysłany: Pon Wrz 24, 2007 20:18

Czy znacie bajkę o staruszce, która wszędzie, k*rwa, miała za daleko? Albo tę o krasnoludku, który w dalekiej kopalni walił się w łeb kilofem bluzgając coś na temat niezmiernej odległości od najbliższej budki z piwem? Opowieści te pasowały jak ulał do okolicy, w której kiedyś przyszło mi pracować, a mianowicie położonego - naprawdę - za siedmioma górami (rzek nie liczyłem) przysiółka o wdzięcznej nazwie Zaszczynki. Administracyjnie przysiółek należał do pewnej wsi, leżącej za górą, a nazwa była nieoficjalna, ale Prezes komentując temat i tak nigdy nie mówił inaczej, jak "Sławek w szczynach siedzi" - co w jego pojęciu stanowiło kapitalny dowcip, którym uwielbiał błyszczeć jako prawdziwy lew salonowy.

Miałem w okolicach tych Zaszczynek zbudować kilka drewnianych mostków przez górskie potoki. Budowy były rozrzucone na kilkunastu kilometrach kilku różnych dróg. Robotnicy dojeżdżali ze kwater we wsi samochodami, a ja miałem bazę na budowie najbliższej cywilizacji - kilometr za wsią S., której dwieście dymów stanowiło największe skupisko ludzkie w promieniu kilkunastu kilometrów.
Pewnego razu siedzę sobie spokojnie w biurze popijając ciepłą góralską herbatę, gdy nagle zadzwonił telefon. Telefonował mój dobry znajomy, Starszy Jurek Sztabowy z najbliższego gminnego "cyrkułu".

- Sławcju, ty gdz’ie? Ty w S.? Ta weź’ ty i przyjedz’ szybko do Zaszczynków, a? - mówił dość zaaferowanym głosem.
- Jureczku, nie mogę jechać, bo herbatę wypiłem*...
- Ta sraj ty na te harbate i przyjedz’ ! Toż c’iebie tu nikt nie zatrzyma, bo ja z radiowozem tu, w Zaszczynkach s’iedze, a aspiran’cik nie przyjedz’ie, bo ta czym? Welocypedem? Ta przyjedz’, ważna rzecz się stała! - zawsze mnie zachwycało jego przepiękne gładkie "ł".
- Co się stało, Jureczku?
- Ta ludzie twoje do sklepu jechali, ta ja ich zatrzymał…
- Pijane? - spytałem przerażony, mając niezłe pojęcie o stanie przydzielonego tam Żuka, lokalnych serpentynach i możliwościach moich ludzi w dziedzinie metod zabijania nudy.
- Ta nie pijane… Ta mówię tobie, przyjedz’ ty lepiej…
Odłożyłem słuchawkę z mieszanymi uczuciami. Chcąc mnie zaprosić na ścinanie białka, Jurek zwykle stosował bardziej bezpośrednie metody w stylu "Ta chodz’, szkiełko przewietrzym" lub podobnym. Zostawiwszy ostatni łyk herbaty do czasu powrotu, wsiadłem w UAZ-a i pognałem w stronę Zaszczynek.
Wedle opowieści firmowych mechaników UAZ pochodził z tej sławetnej kolumny, którą pamiętnego dnia przemieszczał się generał Świerczewski koło Baligrodu, toteż gnałem nim z zawrotną prędkością, oscylującą między 40 a 50 kilometrów na godzinę, wysłuchując wszelkich możliwych rzężeń, stuków, jęków i skrzypień. Siąpił deszcz. Radiowóz Jureczka zobaczyłem przed sklepem w Zaszczypkach, zjechałem więc na udeptane błoto na poboczu i wlazłem do radiowozu.
- Cześć Jureczku, to co się dzieje?
- No czes’c’ Sławcju, ta ja ci już mówił: ludz’i twoich ja zatrzymał pod sklepem… Wrócic’ nie pozwolił…
- Ale czemu? - wciąż mi się nie mieściło w głowie, żeby taki doświadczony wyjadacz jak Starszy Sztabowy Jurek robił aferę z byle powodu. Jureczek patrzy na mnie, zezując znad swego nosa a’la Charłamp i powiada:
- Ja im kazał za sklep, pod stodołę zajechac’, ta żeby spektakl’u nie robic’... Ty chodz’, zobaczysz…

Wygramoliłem się z radiowozu i wraz z Jurkiem poszedłem za sklep. Stanąłem jak wryty.
Moi ludzie w liczbie czterech cieśli plus przodowy Tupaj stali w rządku z pospuszczanymi głowami. Wziąłem ich na spytki i sytuacja stała się jasna.

Budowa, z której przyjechali do sklepu, mieściła się jakieś 4 kilometry od Zaszczynek. Żuk pojechał po gwoździe i impregnat, a im się przypomniało, że nie mają nic na śniadanie. Tu nie wytrzymałem:

-Taaa, śniadanie, nie pie*dol mi tu za uszami, Tupaj, bo na hektar czuję, że was kacor męczy…
- A nie męczy, k*rwa!
- Kłamiesz, k*rwa.
- No kłamię… k*rwa…
- To odszczekaj, k*rwa.
- Bo co, k*rwa?
- Bo ci, k*rwa, przyp***dolę.
- Hauuuuuu… - odszczekał chrapliwie na pół wsi, przy czym z dachu spadły trzy wróble, porażone jego oddechem.

Iść im się nie chciało, to pojechali.
Wielką gąsienicową koparką, która stała obok jako corpus delicti.
Gąsienicami nie wolno jeździć po asfalcie. Do tego żaden nie miał na nią uprawnień.

Nie wiedziałem, czy się śmiać, czy płakać… Kiedy sprawa się rozeszła, pół firmy trzęsło się ze śmiechu. A ilekroć potem popiliśmy, tylko wtajemniczeni wiedzieli, dlaczego Tupaj dostawał zawsze piany na ustach, kiedy ktoś rzucał hasło: "Tupaj, opowiedz jeszcze raz o czterech pancernych i psie!"

----------------------------------------------------------------------------------------
* dla niezorientowanych w temacie wyjaśniam - góralska herbata różni się od zwykłej tym, że połowę jej objętości stanowi wysokoprocentowy alkohol, w tym konkretnym przypadku była to słynna łącka śliwowica. Ta o gwarantowanej mocy 70 procent. Z reguły ma więcej.

Podpis użytkownika:
   
NEVIL
Przyjaciel Forum
NEVIL



Dołączył: 07 Kwi 2005
Posty: 17102
Skąd: LUBIN
Osiedle: Przylesie
Wysłany: Sro Wrz 26, 2007 11:59

Co tu dużo gadać, skoro i tak wszyscy wiedzą - napoje i kanapki na bok, głos ma Kerownik ;)

Spore zadanie inwestycyjne w byłym mieście wojewódzkim w mniej więcej centralnej Polsce na długo pozostanie w mojej pamięci. Budowaliśmy kawał drogi wraz z estakadą nad parkiem, dwa przejścia podziemne i kładkę dla rowerzystów, do tego oczywiście setki metrów przekładek infrastruktury, bo teren silnie zurbanizowany.

Mieliśmy tam wszystkie możliwe atrakcje: TeleKomunę do spółki z Dialogiem i Netią, (część na słupach, część pod ziemią), wysokie, średnie i niskie napięcie, rury dwóch spółek wodociągowych, potężny kolektor kanalizacyjny biegnący do oczyszczalni, ciepłociąg zasilający pół miasta (ach, ten dyskretny urok komór rewizyjnych, raju dla szczurów oraz amatorów mózgojebów), a na dodatek gazociąg - a całość znajdowała się w przylegajacym do rzeki miejskim parku, będącym wraz z sąsiadującymi nieużytkami ulubionym miejscem spacerów mieszkańców, nocowania bezdomnych, picia meneli, handlu prochowych dilerów, wąchania rozpuchola, ofiarnej pracy prostytutek i patroli nowoczesnych potomków dzielnych szeryfów, czyli tzw. Straży Miejskiej.

Budowa jak budowa, trzeba tu i ówdzie coś wykopać, coś tam wbić w ziemię, dojechać sprzętem, zabetonować. Straż Miejska prędko wyczuła zapach paśnika i za każdy walający się po parku papierek mój portfel pęczniał od wypisywanych na kolanie mandatów. Miałem to oczywiście w głębokim poważaniu i tymi świstkami dekorowałem ściany biura tudzież używałem ich awaryjnie do czyszczenia gumiaków, ale chłopaki się nie przejmowali - dalej czaili się na każdego rzuconego peta, walili mandaty i straszyli komornikiem, co robiło na mnie zbliżone wrażenie jak wiadomość o pryszczu na tyłku towarzysza Kim Dzong Ila.

Do tego dochodziły wieczne kłopoty z właścicielami infrastruktury. Zwłaszcza dali nam popalić kanalarze oraz pewna lokalna kanapowa firemka drogowo-mostowa, zła, że to nie ona wygrała przetarg. Z kanalarzami sprawa była w sądzie o jakąś najechaną kołem i pękniętą studzienkę, i nie dało się gamoniom przetłumaczyć na polski, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą... Ale nie o tym chcę napisać.

Tempo roboty było wariackie, bo na którejś z cyklicznych popijaw z prezydentem miasta nasz drogi prezes (ksywa ’M.C. Tampon’, może pamiętacie, dlaczego) obiecał w pijackim widzie skrócić termin o trzy miesiące w stosunku do kontraktowego. Poobiecywał mnie i Czerwonym Brygadom złote góry, morze piwa, po kaszance dla każdego, pół firmy i córkę za żonę i [...] wie co jeszcze, wynajął sobie pokój w hotelu i codziennie nas nadzorował, a jego dynamizacja przy mojej była jak wodospad Niagara przy strumyczku moczu pięciolatka. Kopanie, składanie rur, montowanie konstrukcji, izolowanie, zasypywanie - wszystko leciało jak za czasów Mateusza Birkuta, a krajobraz zmieniał się w kalejdoskopie.
Geodeci nie nadążali mierzyć, nie mówiąc o nanoszeniu nowych instalacji na mapy. Widząc geodetów siedzących w budzie przy rysunkach, M.C. Tampon dostawał białej gorączki i wyganiał ich na budowę nie szczędząc ostrej jazdy po genealogii, a ich nieśmiałe protesty kwitował zawsze ’Potem to k*rwa zrobisz, a teraz zap***dalaj niwelować’.

Kierownicy robót liniowych, a zwłaszcza wiecznie zakopany we wspomniany sądowy proces podwykonawca, prowadzący roboty na kanalizacji, byli tak zakręceni, ze siadając wieczorem do samochodów spoglądali w prawa jazdy, żeby sobie przypomnieć jak się nazywają. Szał gwizdka - albo paranoja dżezu, jak mówił jeden z nich.

Podpory estakady posadowione były na palach, dość głębokich ze względu na kilkumetrowe warstwy słabego gruntu, naniesionego przez rzekę. Kolega, prowadzący roboty palowe, miał robotę najłatwiejszą ze wszystkich: stawiał swoją potężną maszynerię nad wbitym przez geodetę palikiem, opuszczał świder i rury obsadowe, puszczał maszynę w ruch i wiercił w glebie dwudziestometrową dziurę o średnicy półtora metra, do której następnie wstawiał szkielet zbrojenia i wlewał beton. Potem przejeżdżał na następny palik i tak da capo.

Pewnego dnia rankiem właśnie miało się zacząć betonowanie pala. Otwór wywiercony na odpowiednią rzędną, zbrojenie odebrane i wstawione, czekamy na beton. Wszystko gra, myślę i poszedłem do mojej oddalonej o dwa rzuty beretką pakamery na tradycyjną poranną kawę - emerytkę oraz bułkę z salcesonem. Siedzę sobie i konsumuję, gdy nagle dzwoni do mnie kierownik róbót palowych.

- Sp***dalaj, Pituś, śniadanko jem.
- Panie Sławku, tu siakieś jaja są.
- Ke pasa ?
- Piątą gruszkę leję w tego sk*rwiałego pala i końca nie widać.
- Masz tam Tampona, to się go spytaj, hehe...
- Tampon każe lać dalej, kaca ma, bąki puszcza jak brontozaur i okulary zgubił.
- Hehe, to pewnie się do skarbu dokopałeś. Sp***dalaj, mówię, jak zjem to przyjdę. - Czerwony guziczek na telefonie zawsze był moim ulubionym.

Zjadłem, wyczyściłem gumiaki kolejnym mandatem, wyszedłem na słoneczko i pomalutku podążam w kierunku palownicy. Naraz przez papierosowy dym poczułem pewien zapach, aromat nie dający się z niczym innym pomylić, będący efektem pracy niestrudzonych miliardów bakterii coli i ich licznych krewnych - zapach kanalizacji. Mój nieomylny nos Kerownika natychmiast zlokalizował jego źródło, a mózg dokonał szybkiego wnioskowania...

- Wstrzymać betonowanie!!! - ryknąłem, rzucając się w kierunku palownicy.

Krótkie oględziny i równie krótkie śledztwo potwierdziły moje obawy. Pituś co prawda postawił palownicę idealnie nad palikiem, ale wbijając tenże palik geodeta posługiwał się planem, na który inny geodeta, popędzany przez prezesa, nie zdążył nanieść pewnej Bardzo Ważnej Kreski... Efekt był taki, że kolega Pituś PRZEWIERCIŁ PALOWNICĄ NA WYLOT KOLEKTOR ŚCIEKOWY FI DWA TYSIĄCE, ZBIERAJĄCY ŚCIEKI Z POŁOWY MIASTA...



Konsekwencje pijackich obietnic M.C. Tampona były następujące: sześć metrów sześciennych wysokiej klasy betonu wlane w główny ciąg kanalizacyjny miasta, które skutecznie tenże kolektor zatkały, powodując potężną cofkę i efekt strzelających toalet w położonych w sąsiedztwie i w lekkiej depresji budynkach spółki kanalizacyjnej; kolejny proces sądowy z wkurzonymi do białości kanalizatorami, którym przy spokojnej toaletowej lekturze porannej gazetki własne kupy zrobiły malowniczy come back. Najbardziej jednak ucierpiał biedny M.C.Tampon, który - za koncertowo wykonaną awaryjną naprawę - musiał wybecelować Czerwonym Brygadom oraz niżej podpisanemu sto procent premii.

Aha, byłbym zapomniał: wyczekałem na dzień po kolejnej popijawie Prezesa w ratuszu, zaniosłem mandaty do prezydenta miasta i korzystając z jego lekkiego zamroczenia powiedziałem, żeby komendant straży wsadził je sobie w buty, będzie wówczas wyższy i może nieco poszerzy mu się horyzont.
Czy to zrobił - nie wiem, ale więcej mandatów nie było.

Podpis użytkownika:
   
NEVIL
Przyjaciel Forum
NEVIL



Dołączył: 07 Kwi 2005
Posty: 17102
Skąd: LUBIN
Osiedle: Przylesie
Wysłany: Czw Wrz 27, 2007 08:55

Wasz ulubiony Kierownik, dziś w wersji "on the road", serwuje wielce pouczającą historię o prawidłowych zasadach w ruchu drogowym - jak zawsze w stylu, przy którym blednie amerykańskie kino. Zatem kanapki na bok, napoje takoż - i do lektury przystąp :)

Było to dawno, dawno temu, tak dawno, że niemalże w okresie prehistorycznym. Czasy to były wspaniałe. Nie dość, że firma płaciła dobrze i regularnie, to na dodatek co pół roku człowiek dostawał kompletnie za friko pastę BHP, mydło i ręcznik, a do tego wymiatający szykiem czerwony mundurek, mający na plecach logo, które można było nosić z dumą, i raz na rok prawdziwe gumiaki.

Naftę co weekend stać było wówczas na iście rakietowe ciągi, po których orbitował nieraz niby Łajka i z równym wdziękiem spadał na ziemię po trzech dobach.

Tupaj kisił zacier nie z konieczności, ale wyłącznie w celach naukowych, hobbystycznie, tudzież k’woli zachowania tradycji.

Kerownik czyścił gumiaki prawdziwym Kiwi PractiCremem i codziennie jadł na śniadanie prawdziwy salceson, i nigdy nie zalewał kawowych fusów więcej niż jeden raz.
Nawet M.C. Tampon był jeszcze po prostu zwykłym sobie Marianem C. …

Jednym słowem było to dawno, dawno temu, choć nie w bardzo, bardzo odległej galaktyce, jeno w pewnej dziurze kawałek za Katowicami - jako żywo, niemniej niż ta galaktyka zapuszczonej, odległej i dzikiej.

Budowaliśmy tam półtora kilometra drogi z jakimś zabawkowym mostkiem przez rów melioracyjny, skrzyżowaniem i paroma przepustami. Prezes oczywiście robił to, co zawsze: zamieszkał w wynajętym mieszkaniu tuż obok budowy, pił na umór z władzami gminy, klął, pierdział, szalał i rządził. Kaca leczył codziennie na budowie, przez co musiałem chłodzić piwo w strumyku zamiast w lodówce, bo prezes w przystępie ułańskiej fantazji wyżarł z niej kiedyś nawet lód z zamrażalnika…

Lato było, cieplutko, pięknie, termin nie gonił. Budowa byłaby nawet przyjemna, gdyby nie codzienne poalkoholowe dolegliwości gastryczne Prezesa, skutkujące stałą obecnością w pakamerze sporej ilości gazów gnilnych. Uwalnianiu tychże towarzyszyły niesamowite efekty dźwiękowe, głośne jak wybuch granatu i fantazyjnie przez wyćwiczony mięsień modulowane w całym zakresie słyszalnych częstotliwości - nic więc dziwnego, ze większość czasu spędzałem na świeżym powietrzu.

Czerwone Brygady, doraźnie wsparte Niebieskimi z pewnej firmy drogowej, znały swoje miejsce w szeregu i zasadniczo po obowiązkowej i zwyczajowej porannej dynamizacji niewiele już miałem do roboty oprócz leniwego włóczenia się po terenie, markowania roboty, popijania piwka w błogim chłodzie rowu melioracyjnego i pilnowania, aby przez przypadek Czerwoni ani Niebiescy nie odważyli się robić tego samego.

Któregoś razu z nudów postanowiłem wybrać się z kierowcami po materiał na budowę nasypów, co oznaczało cały dzień błogiej nieobecności na budowie, bez konieczności noszenia w budzie maski p-gaz i wysłuchiwania przeplatanych barokowymi bąkami dziwnych dywagacji na temat mojej genealogii. Wycieczka na żwirownię mogła być miłym przerywnikiem.

W tamtych szczęśliwych czasach nikt sie nie zastanawiał nad odległością transportu. Wiadomo było, gdzie jest najlepsze kruszywo, i po prostu się je brało bez szukania tanich półśrodków, i może dzięki temu drogi budowane 10 lat temu sa w lepszym stanie niż te oddawane dzisiaj. Towar na nasypy wozili nam wynajęci dostawcy z nadodrzańskich żwirowni za Raciborzem. Miałem w stałej dyspozycji 24 ciągniki siodłowe z naczepami typu ’łódka’, stare, dychawiczne, setki razy reanimowane, ale wciąż sprawne sztrucle wyśmienitej europejskiej marki, pracowicie jeżdżące w tę i nazad, każdorazowo przywożąc około 30 ton pospółki czy piachu.

Tego dnia była sobota, i na żwirownię jechaliśmy rankiem w dziesięć wozów. Jedziemy sobie z Marcinem (czyli Cinkiem) spokojnie czteropasmówką jako ostatnie auto kolumny, on opowiada jakieś gwoździowate kawały śmiejąc się do rozpuku, ja spokojnie palę papierosa i popijam zimne piwko, chłodzone w jakimś cwanym patencie podpiętym do klimy. Kabina obwieszona proporczykami, na których uwidoczniono scenki, hm… dalekie smakiem od tych, o których śpiewał Grechuta słowami: "Z nieskromnymi kobietami szkice nastrojowe". Przed nami kula się jeszcze jeden z naszych, reszta wysforowała się jakiś kilometr do przodu, poza tym - właściwie zero ruchu. Nagle wyprzedza nas coś, w czym pod dziesiątkami rdzawych łat na białej blasze i bąblami spartaczonej szpachlówki z trudem rozpoznałem starą audicę ’setkę’, popularnie zwaną ’cygarem’. Wyprzedziwszy nas, audica zrównała prędkość z naszym szalonym 70 na godzinę, pasażerowie zaś oraz kierowca otwarli szyby i kolektywnie wystawiwszy przez nie pięści, pokazali nam Międzynarodowy Gest Przyjaźni. Spełniwszy ambicje, zadymili z rury, wyprzedzili zestaw jadący przed nami i poszli w długą.

Marcin czyli Cinek, skaleczony w sam środek swojej dumy kierowcy, ryknął jak wściekły nosorożec, bluznął wielce oryginalną dynamizacją i łapnął za CB. Okazało się, że ziomale z ’cygara’ identyczny numer powtórzyli temu, który jechał przed nami… To było wypowiedzenie wojny.

Słuchałem z zaciekawieniem rozmów Cinka z kolegami w samochodach będących przed nami. Ciekaw byłem, co z tego wyjdzie… Znając osobliwe poczucie humoru naszych truckerów, spodziewałem się niezłych atrakcji. I nie zawiodłem się. Cinek odwiesił CB, zapalił i spokojnie jechaliśmy naprzód.

Po jakimś kilometrze ruch na drodze zamarł. Marcin (czyli Cinek) spokojnie zatrzymał samochód na lewym pasie, włączył awaryjne i wysiadł z kabiny, a ja za nim. Podeszliśmy nieco do przodu… Obrazek był następujący :

Korek na drodze stworzyło dziesięć ciężarówek, wszystkie czerwone z białym pasem i wszystkie - co za traf, panie władzo! - tej samej firmy. Kierowcy dwóch pierwszych dla pozoru pootwierali maski i grzebali coś przy silnikach. W środku korka stało natomiast białe, poobtłukiwane audi ’cygaro’, w którym siedziało czterech nażelowanych i śmiertelnie przerażonych nastolatków. Sądząc po minach, najwyraźniej wysilali właśnie zwieracze, żeby nie popuścić ze strachu w gacie… Dodajmy, że epoka była zasadniczo przedkomórkowa, ruchu zero, sobota, odludzie i znikąd pomocy.

Dookoła samochodu zebrało się ośmiu kierowców ciężarówek (z minami nie przypominającymi w niczym Troskliwych Misiów, i zamiarami bynajmniej nie dydaktycznymi) oraz jeden Kerownik w roli niezależnego obserwatora. Chłoptasie w audi szczelnie zakręcili szybki i czekali, co będzie. Kiedy w rękach jednego z ’naszych’ ni z stąd, ni zowąd pojawił się klucz do kół, kierowca ocenił, że warto rozpocząć negocjacje i otwarł okno.

- Chłopaki - odezwał się grzecznie właściciel klucza - pokażcie no może jeszcze raz te paluszki, co ?
- Ale… Ale panowie… My tylko tak… - bełkotał trzęsąc się niemiłosiernie młodzieniec z audicy.
- Teraz grzecznie pojedziesz z nami, chłoptasiu, i bez sztuczek. Na sucho wam to nie ujdzie - mówi Człowiek z Kluczem i mimochodem dorzuca: - I nie próbuj wyprzedzać, wiesz przecież, że w tych lusterkach tak mało widać…

Kierowcy znali drogę jak własną kieszeń. Na tym odcinku czteropasmówki nie było żadnego zjazdu ani skrzyżowania. Zaholowali swoje ofiary konwojem na najbliższy parking i…
*
*
*
Zgadnijcie, ile czasu zajmuje czterem nastolatkom umycie własnymi gatkami szyb i reflektorów w dziesięciu zabłoconych ciężarówkach? Dość powiedzieć, że żel kapał ze spoconych łbów, a chłoptasie pracowali w takim tempie, że nasz pierwszy samochód miał na wadze żwirowni tylko 10 minut obsuwy w stosunku do harmonogramu.

Podpis użytkownika:
   
NEVIL
Przyjaciel Forum
NEVIL



Dołączył: 07 Kwi 2005
Posty: 17102
Skąd: LUBIN
Osiedle: Przylesie
Wysłany: Czw Wrz 27, 2007 14:26

Jako, że już od ponad m-ca klikam na nasze forum spoza Lubina, dzisiaj w przeddzień powrotu w rodzinne pielesze, pozwolę sobie zamieścić dwa odcinki wspomnień kierownika wesołej budowy. A jutro... nareszcie w domu ! :usmiech:
.

===================================================



Nałogowym czytaczom "Wspomnień" wydawało się pewnie, że znają już wszystkie kluczowe osoby dramatu (typy ulubieńców można wpisywać poniżej ;) ). Dziś czeka ich jednak spora niespodzianka. Oto pojawia się nowy bohater - przed Państwem Kerownik w arcyciekawym towarzystwie.


Aparat, zwany obocznie Czereśniakiem, główny zaopatrzeniowiec naszej firmy, był tak nijaki, że aż oryginalny w swojej nijakości.

Ubierał się jak abnegat, jego płaszcz pamiętał ponoć jeszcze Gomułkę, a wąż w kieszeni dawno zdechł z głodu.
Sięgał mi mniej więcej do pachy, a malująca się na jego twarzy inteligencja przywodziła na myśl świątecznego karpia, leżącego już na kuchennej desce. Kiedy nad czymś myślał, ruszał bezwiednie mięsistymi, rybimi ustami, co znów nasuwało mi ichtiologiczne skojarzenia. Mało kto mógł się poszczycić, że to zjawisko widział na własne oczy, bowiem procesy myślowe Aparata były jak jastrzębie - tak rzadkie, że podlegały ochronie gatunkowej.
Włosy miał wiecznie pozlepiane w tłuste strąki. Niektórzy twierdzili, że wyciera w nie paluchy po zjedzeniu na gazecie codziennej porcji wędzonych szprotów, które stanowiły jego ulubiony lancz, w ten sposób te włosy impregnując - był bowiem za skąpy, by sobie kupić parasol.
Do tego mówił kompletnie bez żadnej intonacji, dzieląc wyrazy na sylaby jak robot z filmu "Miś Kolargol w Kosmosie". I wiadomo było powszechnie, że kiedy mówił, trzeba było się odsunąć na nawietrzną. Niektórzy podejrzewali, że w młodości coś zdechło mu w ustach i do dziś to przeżuwał, ale są to jedynie niczym niepotwierdzone supozycje.


Ani gigantem fizycznym nie był, jak widać, ani tytanem umysłu tym bardziej.

Szczycił się enigmatycznym tytułem "Dyplomowanego Kogoś-Tam" i doprawdy, gdyby Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii przyznawały istoty z innego wymiaru, byłby on do niej pewnym i murowanym kandydatem. Ekonomię uprawiał pokrętną, pełną niepojętych meandrów i hermetycznych tajemnic zaiste godnych Nostradamusa. Chodził dumnie po biurach i magazynach, a z całej jego postawy biła trawestacja słynnych słów Franza Maurera: To ja jestem EKONOMIA! Na dodatek miał iście mesjańskie przekonanie o swej nieomylności i nigdy nikogo o nic nie pytał. Ekonomia w wydaniu Aparata była dziwką nieprzewidywalną i nieokiełznaną, i wielokrotnie płatała rozkoszne figielki różnym pracownikom firmy, w tym również i mnie, a jeden z lepszych numerów opisuję poniżej.

Stal zbrojeniowa jest żebrowana - każda klasa inaczej - dla łatwego rozpoznania i uniknięcia pomyłek, które mogłyby być tragiczne w skutkach. Każdy budowlaniec wie o tym i odróżni poszczególne klasy bez problemu.

Pewnego razu zamówiłem spory transport stali - 120 ton, wysokiej klasy A-III (dwuskośnie żebrowana), z przeznaczeniem na budowę sporego mostu. Pisemne zamówienie, wraz ze szczegółową specyfikacją gatunku, ilości, średnic i innych wymagań, wręczyłem Aparatowi osobiście. Budowa była jeszcze niezorganizowana i jedynym, co mieliśmy na miejscu, był pusty plac, rozdzielnia prądu i buda z wiecznie zawianym stróżem w środku. Na miejsce przyjechałem w dniu ostatniej dostawy. Krótka inspekcja - ciśnienie na pograniczu wytrzymałości - łapię za telefon i dzwonię do Aparata.

- Panie, co wy mi tu, kurrrrrrwa, za badziewie wozicie?
- No-jak-to-co, stal wo-zi-my… - zaklekotał z pretensją w głosie.
- Ale JAKĄ? Ja zamawiałem A-Trzy, a to jest A-Dwa. Prawie o połowę słabsza. Co ja z tym sianem, kurrrrrna chata, zrobię?!
- A-le pa-nie, pa-nie, niech się pan u-spo-ko-i.
- Jak ja się mam uspokoić? Mam na placu, w pi*zdu mamuta, czterdzieści balotów pierza, które na nic się nie przyda. Chyba że na złom. Zbrojenie mam robić, a z czego?

Aparat pomilczał chwilę i zaklekotał:

- Ja pana naprawdę nie rozumiem, panie ĘŻYNIERZE. Przecież i ta jest żebrowana, i tamta też. Tak. A w hucie była akurat WYPRZEDAŻ. Wy-prze-daż, rozumie pan, co to znaczy? Znaczy, że TANIEJ, wiec czemu nie zaoszczędzić firmie paru groszy. Tak. Wy, ĘŻYNIEROWIE, to nic się nie rozumiecie na ekonomii. Przecież stal to stal, co za różnica. W rękach pan nie złamie. Tak. Najwyżej niech pan da trochę więcej tej słabszej, a ja pana jakoś wytłumaczę przed prezesem. Tak. Ja pana naprawdę nie rozumiem.

Strzeliłem telefonem w kolano, aż mnie zabolało, ale szybkie i skuteczne rozłączenie klekoczącego debila było konieczne, bo zaczynało mi się dymić z uszu. Przez dwadzieścia pięć lat pracy w zaopatrzeniu nawet tresowany szympans nauczyłby się więcej niż ten bezdenny gamoń. Wyprzedaż twoja mać, pomyślałem ze złością. I jeszcze "ja pana jakoś wytłumaczę przed prezesem"! Nie dość, ze spartolił, to jeszcze może wina ma być po mojej stronie? A tłumaczenie, że stal jest stalą, bo ani jednej, ani drugiej nie złamie się w rękach, przypominało mi jako żywo encyklopedyczne wywody Xiędza Benedykta Chmielowskiego na temat konia, albo też stary dowcip pt. "Czym się różni kiszony ogórek od wieży Eiffla". Czym? Niczym, bo ani jednym, ani drugim się nie ogolisz.

W obliczu takiej koszmarnej ignorancji nie pozostało mi nic innego, jak tylko rzucić dynamizatorem, zostawić rozładunek własnemu losowi, zatrąbić wsiadanego i kolektywnie, wraz z moimi wiernymi Czerwonymi Brygadami, pojechać na piwo. Co też uczyniłem.

Przyjechałem następnego dnia skoro świt. Złożone równiutko na placu sterty nikomu niepotrzebnej stali pięknie połyskiwały poranną rosą, ale już z daleka rzuciły mi się w oczy dziwne, rozległe, białe plamy na ich powierzchni. Podszedłem bliżej i…

Nie, to doprawdy było nie do uwierzenia. Nie dość, że bałwan kupił "na promocji" nie taką stal, jak należało, to jeszcze po zakończeniu rozładunku kazał "dla zabezpieczenia przed kradzieżą" POLAĆ STOSY STALI WAPNEM! Korodującym jak [...], alkalicznym, nie mającym prawa znaleźć się w betonie, nie dającym się nijak usunąć WAPNEM! Stal zbrojeniową! Jak stos węgla czy paletę cegieł! Nawet nie dzwoniłem do niego, bo bałem się, że nad sobą nie zapanuję. Wkurzony jak szop pracz na pustyni zadzwoniłem do prezesa.

- Panie prezesie, mam na budowie sto dwadzieścia ton niewłaściwej stali i sądzę, że…

Nic więcej nie zdołałem powiedzieć. Dowiedziałem się za to błyskawicznie, gdzie mam sobie umieścić swoje zastrzeżenia. Prezes wyraził swą szybką i potoczystą mową życzenie, bym natychmiast i niezwłocznie udał się na najbliższe pole szczawiu i nie zabierał mu czasu podczas absorbującego procesu wyboru odświeżacza powietrza do samochodu. Następnie zarzucił mi kwieciście: najpierw zoofilię, zaraz później homoseksualizm, a na koniec kompleks Edypa, po czym usłyszałem również sporo nowych i odkrywczych rzeczy na temat mojego pochodzenia, zawodu szanownej rodzicielki oraz kondycji narzędzia, przy pomocy którego zostałem rzekomo spłodzony… Na finałową arię, traktującą o moich inżynierskich kwalifikacjach, spuszczę miłosiernie zasłonę milczenia. Nie pozostało nic innego jak szybko zakonotować (celem włączenia do własnego repertuaru) co ciekawsze związki frazeologiczne, powiedzieć "do widzenia" i wyłączyć się. Dynamizacji werbalnej, powiadam wam, uczyłem się od najlepszych.

Po awanturze, którą rozpętałem, firma nadzorcza zażądała usunięcia całej dostawy z budowy. Pechowa stal pojechała gdzieś w świat, a mnie przywieziono właściwą, co Prezes przeżywał bardzo osobiście i czemu dawał wyraz w licznych telefonach do mnie, w stylu, którego próbkę podałem. Koszta zbytecznego załadunku i transportu pokryły oczywiście nigdy nie wypłacone premie Czerwonych Brygad, jak również wpompowano w nie wątpliwy zysk, wynikający z równie wątpliwej "promocji".

A zaopatrzeniowiec dalej robi swoje. Od owego czasu jednak wyrażano się o nim w firmie z dużo większym szacunkiem. Z normalnego "Aparata" stał się mianowicie "Aparatem Siedmiolampowym".

Podpis użytkownika:
   
NEVIL
Przyjaciel Forum
NEVIL



Dołączył: 07 Kwi 2005
Posty: 17102
Skąd: LUBIN
Osiedle: Przylesie
Wysłany: Nie Wrz 30, 2007 11:04

W dzisiejszym odcinku "Wspomnień..." trafia nam się równie wyjątkowy zlot gwiazd serialu. Proszę odstawić artykuły spożywcze, ze szczególnym uwzględnieniem piwa - bo o pseudopiwo Bojownictwa nie podejrzewamy ;) - i zastąpić je strawą duchową, której poziom wespnie się dziś na najwyższe wyżyny.




Razu pewnego na budowę zawitała nad wyraz osobliwa delegacja. Na widok duetu, który wygramolił się na lipcowe słońce z poobijanego służbowego seicento (wersja "van" ze względu na VAT), Czerwone Brygady z wrażenia rzuciły robotę i jak jeden mąż porozdziawiały paszcze i zrobiły okrągłe oczy. Było to tak, jakby na budowę przyjechali razem Jay Leno i Conan O’Brien albo nie przymierzając Romuś Koniogębny i Jądruś-W-Pasiastym-Krawacie… W każdym razie kabaret zapowiadał się niezły, bo oto na placu budowy stanęły w całej krasie moje dwa ukochane pieszczoszki: Aparat i Behapizda.

Pierwszy robił za kierowcę, drugi przyjechał na rutynową kontrolę. Po krótkich i powitaniach Behapizda przebrał się w swój służbowy mundurek i ruszyliśmy na budowę. No więc idziemy - ja w przepisowym kasku i wypastowanych trzewikach na "olejoodpornej" podeszwie, on w swoim niezapomnianym kombinezonie z napisem "Służba B…P" ("H" mu wcięło podczas pamiętnej jazdy na dupsku ze ściany wykopu, kiedy to bohatersko ratował koparkę)i z nieodstępnym kapownikiem w dłoni, i budzimy powszechną wesołość swoją nadętą powagą.

Behapizda coś tam popisała, za coś mnie tam opieprzyła, mandatem pogroziła za braki w apteczce, zrobiła parę zdjęć, kazała wyrzucić z budowy wszystkie puste puszki po piwie, po czym wróciliśmy do mojej kierowniczej kanciapy, gdzie przy szklance herbaty czekał na nas Aparat.

Jako wybitny specjalista od oszczędności, osobnik ów nie cierpiał marnotrawstwa. Zagotował więc sobie dzielnie wodę w czajniku, zalał wrzątkiem herbacianą skarpetkę, po czym, ledwo zaczęła puszczać kolor, wyjął ją i położył na spodeczku.

- Panie Sławku, ja sobie tu herbatkę pozwoliłem zrobić.
- Ależ panie Leonie, przecież nie ma sprawy.
- Ale widzi pan. Ja tu torebeczkę wyjąłem i zostawiłem na potem. Tak. Nawet nie wycisnąłem za bardzo. Oszczędzać trzeba, panie ĘŻYNIERZE. Tak. Wy, ĘŻYNIEROWIE, KEROWNIKI, to WOGLE ani WSZCZEGLE pojęcia o ekonomii nie macie. Tak. To może się panowie herbatki napiją?
- Dziękuję, panie Leonie, ja wolę mocną. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą, zresztą miałem w lodówce co innego… Ale o tym za moment.
- Tak. Pan, panie ĘŻYNIERZE, to ma dopiero hrabiowskie maniery. Ja z tym coś muszę zrobić. To jest przecież służbowa "Liptonka". Z jednej półtora, panie, litra śmiało wychodzi. Tak. Hra-Biow-Skie Ma-Nie-Ry… - zaklekotał na to Aparat.

Tu wtrącił się mój faworytny funkcjonariusz służb "B…P", który z mistrzem dynamizacji, M. C. Tamponem, z niejednej krzywej rurki już bimber spijał:

- K*rwa w d*pę mać! Leon, tyś chyba do cna och*jał! Twoje moczone skarpetki będę pił, k*rwa, poj*bało cię już chyba dokumentnie! Tę twoją YKONOMJE to se, k*rwa, zwiń w TROMBKIE i do d*py wsadź. Jak cię kiedyś który kierownik zaj*bie jak reksa za te twoje pierd*lenie w podniebienie, to przynajmniej, k*rwa, zwłoki zidentyfikują…



Aparat zdrętwiał. Jedną z jego zabawniejszych cech było bowiem to, iż nie znosił, kiedy ktoś używał przy nim słów powszechnie uznawanych za obelżywe. Wtedy zapowietrzał się, robił się czerwony aż po swoją iście eskimoską fryzurę, rzucał cytaty z Biblii i encyklik i generalnie powodował kapitalne rozładowanie atmosfery, bo, doprawdy, każdy kabaret przy nim wysiadał. Doskonale wiedział o tym prezes, który w chwilach chandry albo syndromu smutku postalkoholowego zwykle wzywał Leona do siebie i jeździł po nim jak po burej suce, śmiejąc się do rozpuku. Jakie zdziery robili sobie z tego robotnicy, kierownicy i majstrowie, operujący na co dzień tzw. językiem ogólnobudowlanym - chyba opisywać nie muszę… Ja natomiast zawsze przy nim trzymałem formę i nigdy, powtarzam: nigdy nie zdarzyło mi się zakląć przy Aparacie. Ot, taka ułańska fantazja. Za to on miał mnie prawie za świętego…

W każdym razie Aparat, czyli inaczej Czereśniak, swoją przykruchcianą czereśniakowatością wprowadzał w siermiężne i monotonne życie budowy pożądany element komiczny.

Łypnął zatem na spoconego Behapizdę, który już zdążył się przebrać z powrotem w garnitur i właśnie zaczynał pisać protokół. Łypnął, jako się rzekło, ale nic nie powiedział. Spokojnie siorbał swoją słomkową herbatkę z połową łyżeczki cukru, i tylko patrzał na adwersarza z nienawiścią. Jak go znałem, to właśnie obmyślał truciznę, w której zamoczy śmiertelne żądło. Wysiłek myślowy spowodował, że zrobił tradycyjnego "karpika" i ruszał otwartymi ustami w sposób, który jako żywo kojarzył mi się z oralnymi aktami płciowymi w wykonaniu panienek na obrazkach, którymi wyklejone były budy Czerwonych Brygad.

Behapizda skończyła pisanie. Gorąco było jak diabli, a ja miałem w lodówce dwie butelki "Karmi", zostawione przez sekretarkę.

- Panie inspektorze, khem… Wie pan… Tak gorąco jest, może by się pan napił czegoś takiego… - zagaiłem. - Jeżeli pan Leon nie będzie miał nic przeciwko temu… - i wyjąłem butelki z lodówki.

Leon Zawodowiec wzruszył tylko ramionami i dalej rozmyślał.

- No to cyk, panie inspektorze. Nie mam nic innego, to takie sobie jest. Nawet upić się tym nie można…

Na to Leon podskoczył jak oparzony, warknął: "Nie spodziewałem się tego po panu, panie ĘŻYNIERZE! Czekam w samochodzie!" i wymaszerował z kanciapy z miną Raptusiewicza, mówiącego "Nie będę ja z ziemi zbierał, co Milczkowi z nosa spadło!"

Behapizda wzruszył ramionami, spokojnie dopiliśmy nasze pseudopiwo, po czym pożegnaliśmy się i odprowadziłem go do samochodu. Kiedy podeszliśmy, Aparat właśnie kończył rozmowę telefoniczną. Spojrzał na mnie mściwie spod oka i warknął:

- No. To ja teraz dzwoniłem do prezesa. Tak. On pana będzie wzywał. Tak. Jak pan się mógł tak zachować, panie ĘŻYNIERZE. Pan mnie obraził. O-Bra-Ził. Żegnam się z panem ozięble. Tak. - klekotał swoim beznamiętnym głosem jak bocian na gnieździe.

Odwrócił się gwałtownie, aż wyleniała, zatłuszczona grzywa opadła mu na oczy, wrzucił wsteczny i odjechał z piskiem opon. "Wsiowy debil", pomyślałem dość nieodkrywczo i wróciłem do budy. Nagle telefon. Numer zastrzeżony, więc pewno prezes.

- Halo! Sławek, dzwonił Leon, żeś go, k*rwa, obraził.
- Że jak? Ja? Słowem nawet. Beha-… khem… -powiec świadkiem.
- Mówił, żeś brzydkiego słowa użył. Wiesz przecież jak ta j*bnięta p*zda na to reaguje.
- Słowa? Jakiego, k*rwa, słowa?!
- NADUPIĆ. Żeś dał Beha-… hmmm… -powcowi ciemne piwo i powiedział, że tym się nadupić nie można.

Musiałem przysiąść na stosie krawężników, bo zaczęło mi skręcać kichy ze śmiechu. Przecież nie będę tłumaczył Tamponowi, że jego ulubiony Leon Zawodowiec, brudas i abnegat, ma w uszach po pół kilo wosku jak niejaki Shrek, i że zamiast "nawet upić" usłyszał "nadupić"… Nie będę, bo i po co? Tłumiony śmiech zaczął powodować ból przepony i skurcze w szczęce, o łzawieniu oczu nie mówiąc, więc wykrztusiłem tylko w słuchawkę:

- A co, k*rwa, może można?!
- Ja nie. Ty nie. Ale ta p*zda Leon po jednej flaszce by się czołgał po glebie. - Rzucił spokojnie M.C. Tampon i dodał: - Tak trzymaj.

Oczywiście odwaliłem klasycznego ROTFLA i wpadłem w ogólny BRECHT, co skończyło się doraźnie dość silną czkawką. Przeszła jednak bez śladu, kiedy "dla zdrowotności" posłałem któregoś z młodych po flaszkę "Tyskiego".

Od tego czasu Leon Czereśniak, Aparat Zawodowy, który nigdy nie dowiedział się prawdy, nie mówił o mnie inaczej jak tylko "Ł…ski, ten sługa bluzgającego Szatana".

A "Karmi" nie cierpię. Bo nawet upić się nim nie można.

Podpis użytkownika:
   
NEVIL
Przyjaciel Forum
NEVIL



Dołączył: 07 Kwi 2005
Posty: 17102
Skąd: LUBIN
Osiedle: Przylesie
Wysłany: Sro Paź 03, 2007 07:50

Dzisiaj ostatni odcinek twórczości lansky'ego


Wezwano mnie kiedyś do wypadku drogowego. Według informacji od policji rzecz przypominała jatkę: "Jeden poszkodowany, kompletnie zniszczony pojazd, uszkodzone oznakowanie, karetka reanimacyjna już w drodze". W te pędy włożyłem na siebie rynsztunek bojowy w postaci kamizelki "kuloodpornej" oraz kasku, wskoczyłem w locie do samochodu, którym nasz funkcjonariusz BHP (ksywa "Chluba", nie mylić z Behapizdą) już mijał bramę, żółty kogut na pełne obroty, klakson i wio, bo z tymi sprawami żartów nie ma.

Padał deszcz, temperatura około 13 stopni. Według opisu wypadek miał się zdarzyć na wykończonym już, ale zamkniętym dla ruchu odcinku drogi. Droga niby zamknięta, ale kto upilnuje dwunastu kilometrów?
Lecieliśmy na kogucie i klaksonie, na złamanie karku, mijając grupy pracowników, zajętych przedodbiorowymi robotami w stylu "genius touch": grabienie poboczy, obsiewanie trawą, ustawianie tych śmiesznych biało - czerwonych słupków z cyferkami oznaczającymi kilometraż, jakieś ostatnie, retuszerskie malowania mostowych poręczy. Miałem mocno podniesione ciśnienie perspektywą tego, co mogłem zastać na miejscu, więc tylko automatycznie zanotowałem w pamięci brak kamizelek u wielu z nich, czyli łamanie przepisów BHP, ustaleń kontraktowych i zdrowego rozsądku.

Na miejscu wypadku stał radiowóz. W radiowozie - znajomy sierżant. A wypadek wyglądał tak:

"Jeden poszkodowany" oznaczało pijaczka z podrapanym nosem i ręką, który teraz, owinięty w kawał geowłókniny, siedział na mokrym asfalcie obok kałuży wymiocin, cuchnął na milę przetrawionym mózgojebem, kiwał się w przód i w tył, puszczał bańki ze śliny i mamrotał coś pod nosem.

"Kompletnie zniszczony pojazd" okazał się, po przełożeniu z urzędniczego na ogólnoludzki, rozpieprzoną o barierę motorynką, pamiętającą jeszcze czasy świetności zakładów "Romet". Nawet przed wypadkiem musiała być w stanie agonalnym, bowiem na widok jej rdzawego koloru zbledłyby z zachwytu wszystkie gwoździe mego faworyta, m*****a_11.

"Uszkodzone oznakowanie" miało postać przewróconego gumowego pachołka.

"Karetki reanimacyjnej" oczywiście nie było, bo i po co. Była zwykła, widziałem tylko jej tył na zakręcie, gościa opatrzono i nie było sensu tracić więcej czasu.

Sierżant wysiadł z radiowozu z ucieszoną gębą. Zrozumiałem w lot - z miejscową policją byliśmy w dobrych układach i obu stronom często zdarzało się robić sobie nawzajem różne niewinne kawały, jak na przykład ten: wywleczenie mnie z cieplutkiego biura na deszcz i chłód oraz napędzenie mi stracha. Poprzysiągłem mu, w języku ogólnobudowlanym, perfidną i bolesną zemstę przy najbliższej okazji, podpisałem protokół i obaj z BHP-owcem pojechaliśmy z powrotem. Sierżant został, czekając na wsparcie, prawdopodobnie po to, aby zarzyganego pijaczka odtransportować tam, gdzie zwykle policja transportuje zarzyganych pijaczków.

W drodze powrotnej kolega Chluba postanowił zwrócić uwagę pracującym przy drodze robotnikom, żeby "nie lecieli, k*rwa, w ciula" i włożyli kamizelki ostrzegawcze. Chluba miał zwyczaj, kiedy zauważył robotnika bez kamizelki, zadawać na "dzień dobry" zawsze to samo pytanie: "Przepraszam, czy pan / pani tu, k*rwa, pracuje?" i dopiero po uzyskaniu odpowiedzi twierdzącej udzielał reprymendy.

Zatrzymaliśmy się zatem obok jednej z brygad, i ze zdumieniem skonstatowałem, że składała się ona wyłącznie z kobiet. BHP-owiec zadał swoje tradycyjne pytanie, któraś coś zagaiła i w toku rozmowy wyszło co następuje: były to bezrobotne, zatrudnione w ramach robót publicznych czy jakkolwiek się to obecnie nazywa, do niewykwalifikowanych robót. Wystraszyły się, tłumaczyły, że pada, że kamizelki na płaszcze przeciwdeszczowe są za ciasne i przeszkadzają w robocie, prosiły, żeby kierownikowi nie mówić, bo mogą stracić tę z trudem zdobytą robotę… Jako długoletni Kerownik rozumiałem to doskonale i oczywiście nie miałem najmniejszego zamiaru robienia z tego afery, byle zastosowały się do przepisów. Włożyły kamizelki, a my pojechaliśmy dalej.

Po przejechaniu może z kilometra Chluba Polskich Służb BHP pokazuje palcem na pobocze i mówi:

- K*rwa, paczpan, a te zaś bez kamizelek. Zaraz je opi*rdolę, ileż można tłumaczyć, jak krowie na rowie norrrrrmalnie…

Istotnie, poboczem szły dwie postacie pod parasolami. Postacie ewidentnie żeńskie. Zatrzymaliśmy się, on opuścił szybę i zapodaje basem swoją mantrę:

- Przepraszam, czy panie tu, k*rwa, pracują?!

Na to one spojrzały po sobie i jedna z nich odpowiedziała:

- Nie, k*rwa. Czekamy, aż drogę skończycie. Pracować będziemy potem, panie ładny…

Jego zatkało, a ja nie odwaliłem K.R.(*) tylko dlatego, że na siedzeniu pasażera w Corolli nie ma wystarczającej ilości miejsca na odwalenie K.R. przez faceta o parametrach fizycznych znacznie przekraczających statystyczną średnią…

__________

(*) K.R. = Klasyczny Rotfl. Copyright by Troll Corp.

Podpis użytkownika:
   
Bażant
Bywalec


Dołączył: 02 Wrz 2021
Posty: 269
Wysłany: Nie Wrz 25, 2022 10:42

Oczywiście to właśnie przede wszystkim na budowie należy w głównej mierze zadbać o bezpieczną pracę i myślę, że stosowanie odzieży ochronnej jest jak najbardziej dobrym wyborem. W każdym razie ja z powodzeniem stosuję rękawice powlekane NBR https://znaki-bhp.pl/ochrona-rak/rekawice-powlekane-nbr i wiem doskonale jak dobrze się one sprawdzają w praktyce.

Podpis użytkownika:
   
Wyświetl posty z ostatnich:   
Strona 2 z 2  
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku
Skocz do:  


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Posty na Forum są własnością ich autorów - redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść postów.